- Edytowany
[quote]#post1711699
Jeśli Płatek wyłożył dużo siana na wykup akcji to raczej nie po to aby nas spuścić. Model biznesowy Borussi Dortmund czy Ajaxu też jest oparty na odbudowywaniu piłkarzy, szukaniu perełek i szkółce. Z sezonu na sezon może się zmienić 80% składu i dają rady. Jeśli tylko to zapewni nam stabilny byt z europejskimi pucharami i skauting nadąży to czemu nie?
.[/quote]
Też tak myślałem, ale niestety jest jeszcze trzecia opcja. W tym scenariuszu "Cracovia Platka" nie musi spadać, ale on w nią nie musi inwestować. Wystarczy, że będzie ją miał ... i cisnął o zielonego Excela, jakiegokolwiek prezesa. I to niestety w zupełności wystarczy, aby dobrze ulokować pieniądze i w drugim terminie podnieść wartość całej inwestycji.
Zrozumiałem to po spotkaniu dla founderów, na którym byłem jakiś miesiąc temu. Była tam bardzo ciekawa prezentacja o funduszu, a właściwie o firmie — to słowo klucz — która skupowała niszowe spółki IT, o podobnej wielkości. I to był jedyny czynnik wspólny: szeroko pojęty sektor IT oraz zbliżona skala działalności.
Nic, o czym moglibyście pomyśleć w kontekście synergii do wykorzystania — na przykład wspólna sprzedaż, wspólne wytyczne czy wymiana pracowników — nie interesowało tej firmy. Czasami były to nawet konkurencyjne spółki działające na tym samym rynku, bodajże w sektorze zdrowia publicznego w Łotwie czy Estonii.
Cały ich playbook polegał na tym, że mieli dobrze rozpracowane, jakie proporcje kosztów w stosunku do obrotów, marży i zysków powinna generować dana spółka. Ten — jak oni to nazywają — playbook przekładali na zarządy. Kwestie marketingu, sprzedaży czy specjalizacji zostawiali spółkom, zakładając, że te lepiej znają lokalny rynek.
Czekali, czy zarząd wdroży wytyczne; jeśli nie, wymieniali pojedynczych jego członków, aż do osiągnięcia efektu, czyli proporcji, o których wspomniałem — tak, żeby Excel świecił się na zielono. Spytacie: gdzie tu zarobek?
I tu przechodzimy do meritum sprawy. Oczywiście finalnie nie chodziło o same spółki, które były kupowane, lecz o spółkę-matkę — fundusz, który poprzez ciągłą akwizycję kolejnych podmiotów „zielonych w Excelu” wykorzystywał różne metodologie i mnożniki wycen. To sprawiało, że spółka-matka i cały fundusz znacząco zyskiwały na wartości, co z kolei pozwalało pozyskiwać dalszy kapitał...
I niestety widzę tu sporo podobieństw do naszej sytuacji oraz działań rodziny Płatków. Pamiętajcie, że Płatek to człowiek zarządzający funduszami Michaela Della — a zapewne także innych miliarderów. Zarządza czymś na kształt fundacji rodzinnych, nastawionych na długoterminowe inwestowanie kapitału, przede wszystkim w bezpieczne aktywa o wysokim prawdopodobieństwie zwrotu.
Polska liga na pewno będzie rosła na wartości — to już widać. Nie chodzi mu jednak wyłącznie o pojedynczą dźwignię inwestycyjną. Chodzi o zgrupowanie klubów kupowanych za podobne pieniądze i funkcjonujących przy zbliżonych budżetach. To tłumaczy, dlaczego dla nowych właścicieli narodowość czy pozycja w tebeli danego klubu nie ma większego znaczenia — czy to Portugalia, Duńczycy, czy Polacy.
To też tłumaczy brak zaangażowania czy tez brak ingerencji w sprawy sportowe. Wytlmaczeniem jest znajomość w lokalnego rynku, jak oni to nazywają. Zostawiają lokalne struktury, ale wymieniają elementy, które nie przekładają się na „zielony Excel” — jeśli wyniki finansowe się nie spinają. (Patrz. Gambal został Dróżdż nie, teraz odpusxila Ela bo stala by sie twarzą cięcia kosztów). Docelowo zostanie zarząd, który znajdzie sponsora i obniży koszty tak, by wyniki co roku świeciły się na zielono.
Jaki będą mieli zysk? Taki, że będą kupować kolejne podobne kluby, a cały fundusz — jako właściciel portfela klubów piłkarskich z rosnącą wartością — będzie bardzo, bardzo zyskiwał.
Co to oznacza dla Cracovii? No niestety — trwanie w tej mitycznej stabilności. To w pewnym sensie nasza klątwa… a właściwie nie klątwa, tylko konsekwencja działań Filipiaka. Głównym celem była stabilność — tak nas postrzegano i tak też zostały skonfigurowane aktywa oraz proporcje finansowe spółki. W związku z tym byliśmy łakomym kąskiem dla podmiotów, które szukają stabilnych firm czy klubów.
Myślę, że jeśli kiedykolwiek zdobędziemy puchar, to raczej przez słabość ligi, a nie dzięki ambicji właścicieli. Ich filozofii nie interesują aspiracje do pucharów — tym bardziej regularna gra w nich, zwiększanie budżetów na dużo lepszych zawodników czy utrzymywanie się w europejskich rozgrywkach, to dla nich to nie wartość a jedynie podnoszenie ryzyka, a nie po to kupili nasz klub.
Naprawdę zaczynam wierzyć, że jesteśmy przeklęci...