Jak pracowałem w hurtowni wyrobów hutni3ch, to czasami przeciągaliśmy suwnicą pojedyn3 wagon (chyba nie więcej jak 50t.).Żeby go wychamować, a pędził jakieś 2,5km/h,podkładaliśmy pod koła takie przekładki drewniane 25x25 cm. Strzelały jak zapałki. A chłop jak maluchem 8dych za.pierdol i£ w drzewo, to tylko korę zarysował. Jest moc.
ŚWIEŻO MALOWANE
-
-
znalezione w internecie ...
Nauczycielka groziła uczniom, że ich "obleje" jeśli nie pójdą z nią do łóżka.
https://wiadomosci.wp.pl/nauczycielka-grozila-uczniom-ze-ich-obleje-jesli-nie-pojda-z-nia-do-lozka-zachecala-ich-pikantnymi-zdjeciami-6188850628318849a
Ech, że za naszych czasów nie było takich "chętnych" nauczycielek ! ;)
Obleje mlekiem? :)
Ciekawe co sobie pomyśleli rodzice piątkowych uczniów i uczennic zwłaszcza :D
- Edytowany
A tymczasem w Świnoujsciu bawią się w partyzantów i gajowego (albo jak kto woli w policjantów i żłodziei)
Zaczęło się od tego, że skradziono w Szwecji "teslę X" wartą pół melona złotych.
[img]http://www.newsmobile.in/wp-content/uploads/2017/07/2016-tesla-model-s-19-of-43.jpg[/img]
Jakimś cudem wjechali trym skradzionym autem na prom i zaczęło się...
[i]Złodzieje przetransportowali samochód ze szwedzkiego Ystad na teren Polski na promie. Gdy 11 listopada Straż Graniczna chciała sprawdzić pojazd, złodzieje staranowali bramki na terminalu promowym i zaczęli uciekać. Funkcjonariusze ruszyli w pościg. Sprawcy porzucili samochód kilka kilometrów dalej. [/i]
Policjanci wpisali sobie do księgi sukcesów odbicie kradzionego samochodu i odholowali je na policyjny parking.
[iParking strzeżony, m[size=small]onitorowany i dobrze oświetlony. W środę przed północą tesla została skradziona po raz drugi. Złodzieje zdemontowali płot, nie przeszkodził im nawet funkcjonariusz, który oddał w ich kierunku kilka strzałów.[/i][/size]
Natychmiast
[i]Zablokowano drogi wyjazdowe ze Świnoujścia i rozpoczęto przeszukiwanie miasta. Udało się - funkcjonariusze z KWP w Szczecinie we współpracy ze Strażą Graniczną w Świnoujściu odzyskali auto. Odnaleźli je w garażu w centrum miasta.[/i]
Pewnie kradzieje zapomniały wyłączyć GPStracking, który każda taka tesla ma standardowo. Ciekawe co będzie dalej
na razie jest komenrtarz w necie
[i]Elon Musk niedługo wyśle człowieka na Marsa, ale nie wymyślił jeszcze zabezpieczenia przeciw polskim złodziejom samochodów[/i].
A swoją drogą w zeszlym roku Kitajce byli bardziej subtelni. Nie kradli całej tesli, tylko przejęli kontrolę nad oprogramoweaniem które nią steruje. Coś pechowy ten samochód
- Edytowany
To powinno iść do śmieszności, ale jeszcze by jakiś przewrażliwiony się przy3,14rdolił, że się nabijam ze świętości. Wiec ląduje tutaj.
Władze Kamienia Pomorskiego zdecydowały, by na Narodowe Święto Niepodległości u podstaw ratusza umieścić wielki wizerunek Godła Rzeczypospolitej Polskiej. Dziennikarze z portalu ikamien.pl, stwierdzili, że z Orłem jest coś nie tak (nie odpowiada wymogom ustawy, o:
[img]http://bi.gazeta.pl/im/c7/9d/15/z22664391IE,Pytanie-o-godlo-i-odpowiedz-z-urzedu-w-Kamieniu-Po.jpg[/img]
więc napisali w tej sprawie do Urzędu Miejskiego. A oto odpowiedź (cytowana dosłownie bez zmian):
[i]Niekonwencjonalny wizerunek orła u podstaw ratusza był wysublimowaną instalacją plastyczną, która aczkolwiek abstrahuje od altruistycznych sofizmatów i metafizycznego pietyzmu, to w konkluzji artysta był w swej wizji sugestywny, co zapewne jest w stanie udowodnić empirycznie. Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji. Przedostatnim ogniwem tego łańcucha myśli artystycznej było przysłonięcie pamiątkowej tablicy, by ostatnim jego elementem stał się nacechowany artyzmem finezyjny paradoks. [/i]
podpisano: Sekretarz Gminy Kamień Pomorski Anna Stanaszek-Kaczor. Pani sekrtetarz wygląda tak
[img]http://www.ikamien.pl/im/artykuly/21186_21042017.jpg[/img]
(i wszystko jasne ;)
kurde nobel z literatury się kobiecinie należy.
słowniczek użytych pojęć (za "Słownikiem Języka Polskiego" PWN):
wysublimowany - będący wyrazem wysokiego poziomu artystycznego lub umysłowego
abstrahować - pomijać to, co uważa się za mniej ważne, tworzyć pojęcia ogólne
altruizm - kierowanie się w swym postępowaniu dobrem innych, gotowość do poświęceń
sofizmat - rozumowanie pozornie poprawne, ale w istocie zawierające rozmyślnie utajone błędy logiczne, świadome dowodzenie nieprawdy
metafizyka - nauka filozoficzna, której przedmiotem są podstawowe kwestie dotyczące istoty i przyczyny bytu
pietyzm - wielka dbałość o coś, rzadziej o kogoś, wynikająca z głębokiego szacunku dla tej rzeczy lub osoby
empiria - doświadczenie, filoz. "poznanie za pośrednictwem zmysłów"
propedegnacja - brak w słowniku (to chyba radosna tfu-rczość Pani Sekretarz)
deglomeracja - planowa działalność urbanistyczna, przeciwdziałająca nadmiernemu rozrastaniu się wielkich miast
symbioza - współżycie dwu różnych gatunków, korzystne dla jednej lub obu stron
paradoks - twierdzenie zaskakująco sprzeczne z przyjętym powszechnie mniemaniem, często ujęte w formę aforyzmu
Tesle trafili w garażu w centrum miasta wczoraj.
[img]https://tamiyablog.com/wp-content/uploads/2017/11/Tamiya-35359-1-35-U.S.-Medium-Tank-M4A3E8-Sherman-%E2%80%9CEasy-Eight%E2%80%9D-Korean-War-e.jpg[/img]
Najnowszy model firmy Tamiya - czołg Sherman M4A3E8 , początek lat pięćdziesiątych, wojna w Korei .Malunek super . :)
Polka na pokładzie zaginionego okrętu podwodnego .
Na pokładzie zaginionego okrętu podwodnego ARA San Juan jest Polka z pochodzenia - Eliana Maria Krawczyk, pierwsza kobieta-oficer w argentyńskiej marynarce wojennej.
Kontakt z jednostką utracono w środę, gdy znajdowała się ona ok. 430 km od wybrzeży Patagonii.
Okręt wypłynął z portu Ushuaia na argentyńskiej Ziemi Ognistej, płynął do Mar del Plata w prowincji Buenos Aires.
Załoga zgłaszała problemy z łącznością, których przyczyną mogła być awaria elektryczna. Przepisy wymagają w takiej sytuacji, by jednostka wynurzyła się na powierzchnię.
Na pokładzie zaginionego okrętu są 44 osoby. Wśród nich - Eliana Maria Krawczyk, pochodząca z argentyńskiej Polonii pierwsza kobieta-oficer w argentyńskiej marynarce wojennej.
Cytowana przez Fakt24.pl rodzina kobiety stwierdziła, że Eliana miała kontaktować się z rodziną kilka dni przed zaginięciem okrętu i już po wynurzeniu się jednostki.
Eliana Maria Krawczyk ma 35 lat, na okręcie odpowiada za broń i cumowanie.
Jak pisze o niej portal Clarin.com, kobieta, która pochodzi z miasta Obera w prowincji Misiones, do 21 roku życia nie opuszczała miejsca zamieszkania. Po ukończeniu szkoły średniej zdecydowała się na studia inżynierskie. Dwie tragedie, które spotkały ją w krótkim odstępie czasu - śmierć brata i matki, zmieniły jej plany.
Jak mówiła w wywiadzie dla argentyńskiej "Vivy", pewnego dnia zupełnym przypadkiem znalazła w Internecie informację o naborze młodych ludzi do marynarki. Tak znalazła się w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej, którą skończyła w 2009 roku.
Trzy lata później zaskoczyła wszystkich, składając podanie do szkoły kształcącej oficerów okrętów podwodnych. Studia ukończyła w 2012 roku i stała się pierwszą kobietą-oficerem pływającym na okrętach podwodnych argentyńskiej marynarki wojennej.
W poszukiwaniach argentyńskiego okrętu uczestniczy amerykański zespół wyspecjalizowany w podwodnych poszukiwaniach, wyposażony w zdalnie sterowane roboty i kapsuły do transportu ludzi z zatopionych jednostek na powierzchnię. Szukają jej też helikoptery.
Dziś ministerstwo obrony Argentyny poinformowało, że odebrano 'sygnały satelitarne" pochodzące z zaginionej jednostki. Trwa ustalanie miejsca, skąd zostały wysłane.
https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/swiat/polka-na-pok%C5%82adzie-zaginionego-okr%C4%99tu-podwodnego/ar-BBFf7x2?li=AAaGjkQ&ocid=spartandhp
za
Przez norweskie serwisy branżowe przetoczyła się ostatnio burzliwa dyskusja dotycząca bezpieczeństwa transportu. To wynik mrożącego krew w żyłach nagrania, jakie trafiło niedawno do sieci.
[img]http://i.iplsc.com/w-kabinie-tej-ciezarowki-siedzial-bohater/000703MGIMJX2G6I-C122-F4.jpg[/img]
Kilka dni temu w internecie pojawił się filmik ukazujący zdarzenie, do którego doszło w połowie czerwca w Norwegii. Na drodze krajowej nr 7, w miejscowości Herad, dwójka dzieci zza autobusu szkolnego wybiegła na jezdnię wprost pod koła nadjeżdżającej ciężarówki. Gwałtowne hamowanie oraz trzeźwa reakcja dzieci sprawiły, że udało się uniknąć, zdawało się pewnej, tragedii.
więcej : http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/bezpieczenstwo/news-dzieci-wbiegly-pod-ciezarowke-nowe-fakty,nId,2466542
MIAZGA!!!!!
[img]https://scontent.fwaw3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.0-9/23722321_1784567664901351_7010410182331159519_n.jpg?oh=4048eb8dea7226a17954a988e8231619&oe=5A971524[/img]
[i]W środę rano Dorota R. została zatrzymana przez policję, a następnie przewieziona do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Informację tę potwierdził Rzecznik Prasowy Prokuratury Okręgowej, Łukasz Łapczyński w wydanym oświadczeniu. Piosenkarka jeszcze dziś ma usłyszeć zarzuty. Jak wynika z oświadczenia, chodzi o sprawę przeciwko m.in. Emilowi S. i Jackowi M., którzy są:podejrzani o nakłanianie innych, ustalonych w sprawie osób do zmuszania Emila H. do określonego zachowania poprzez kierowanie wobec niego gróźb bezprawnych - czytamy w oświadczeniu.. Dorota R. i jej partner biznesowy, Emil S. mieli zastraszać byłego partnera piosenkarki, Emila H.[/i]
czytając powyższe myślałem, ze chodzi o niejaką Dodę, ale to nie może być prawda. Wszak w tekście wyraźnie stoi "piosenkarka"
Ale zaorał .Nieuwaga kierowcy tira mogła doprowadzić do tragedii .
https://youtu.be/PRMtOPxh7no
za http://motoryzacja.interia.pl/nieuwaga-kierowcy-tira-mogla-doprowadzic-do-tragedii-video,vId,2426700
Jak Dodazróbmiloda pier do lee tylko Emili, jak ona to robi,że jej się nie pomyli?
ŚWIEŻO MALOWANE
Pedofilia na wyspie Jersey. "Ustawiali nas w rządku, a panowie wybierali". W tamtejszych domach dziecka bywał gwiazdor BBC.
"Najgorsze były noce. Różni ludzie wyciągali dzieci z łóżka. Wszyscy udawali, że nie słyszą błagań o pomoc, że śpią. Sam też udawałem, gdy nie mnie wynoszono". Domy dziecka na wyspie Jersey były miejscem łowów dla pedofilów.Czytasz ten artykuł, bo jesteś prenumeratorem Wyborczej. Dziękujemy!
St. Helier, stolica Jersey, jednej z Wysp Normandzkich położonych u wybrzeży Francji. 3 lipca 2017 roku. Ian Gorst, szef rządu, spóźnia się na konferencję prasową pół godziny. – Wieczorem kupował ziemniaki ze stoiska przy farmie w Saint Brelade – mówi jeden z dziennikarzy. Politycy na wyspie nie wstydzą się jeździć na rowerze ani biegać z siatkami. Dbają o wrażenie bliskości z wyborcami.
Zwykle na premiera czeka najwyżej trzech miejscowych dziennikarzy, ale dziś są też korespondenci największych stacji z Londynu. Na tę najbardziej znaną z Wysp Normandzkich zaglądają w czasie wakacji sprawdzić, którzy celebryci wylegują się na plażach. Tym razem okazja jest inna: rząd zapowiedział ujawnienie raportu, nad którym przez cztery lata pracowała powołana w bólach specjalna komisja. Temat: przemoc wobec dzieci z lokalnych sierocińców. Molestowanie seksualnie, gwałty, fizyczne i psychiczne maltretowanie. Na masową skalę. Od 1945 roku do dnia dzisiejszego. W warunkach bliskich społecznemu przyzwoleniu. Niesłuchane przez nikogo ofiary długo siedziały cicho. Raport liczy prawie tysiąc stron. Niektóre rozdziały przypominają scenariusz horroru.
Kiedy Ian Gorst wreszcie zjawia się, wygląda, jakby miał się za chwilę rozpłakać. – Zawiodły nasze instytucje oraz my sami – mówi. – Zawiedliśmy dzieci, które potrzebowały troski i opieki. Nie chcieliśmy ich słuchać, nie chcieliśmy im wierzyć, zamiataliśmy prawdę pod dywan. Ludziom bardziej zależało na spokoju niż na dobru dzieci. Są zagrożone nawet dziś. Jestem wstrząśnięty, zasmucony. Przepraszam.
– No to przeprosiłeś. I co dalej? – pyta korespondent SKY News z czwartego rzędu.
Opiekunka zakładała gumkę na penisa
James, 60 lat, Haut de la Garenne: – Mój ojciec pił, mama miała problemy psychiczne. Dlatego w wieku dwóch lat wylądowałem w Haut de la Garenne. Żyłem w ośrodku 13 lat. Morag Jordan, która opiekowała się grupą maluchów, była potworem. Wysoka Szkotka z twarzą zdeformowaną na skutek polio. Nie znosiła mnie. Nie wiem, dlaczego. Biła nas wszystkich, ale mnie chyba najczęściej. Policzkowała, kopała, potrafiła uderzyć kijem lub miotłą. Raz musieli założyć mi szwy w szpitalu. Zdarzało mi się moczyć w nocy. Za każdym razem obrywałem. W końcu Morag zaczęła zakładać mi co noc na penisa gumkę. Ściskała ją bardzo mocno. Budziłem się z członkiem napęczniałym jak balon. Kilka lat później chciałem się zemścić i zaczaiłem się na Morag z widelcem. Rzuciłem się na nią, nie widząc, że szedł za nią jej mąż. Strasznie mnie wtedy skatowali.
Inna opiekunka molestowała mnie seksualnie. Po raz pierwszy, gdy miałem 12 lat. Wieczorem, gdy brałem prysznic, próbowała mnie zmusić do współżycia.
Nie udało jej się, bo nie miałem erekcji, byłem za młody. Wściekła się. Groziła, że mnie utopi, biła, kopała.
Najgorsze były noce. Nocami różni ludzie przychodzili do naszej sypialni i wyciągali dzieci z łóżek. Ciągnęli je, krzyczące. Wszyscy udawali, że nie słyszą błagania o pomoc, że śpią. Sam także udawałem, gdy akurat nie mnie wynoszono, ale innego nieszczęśnika.
Wyspa Jersey: raj wakacyjny, podatkowy, pedofilski
Jersey jest rajem wakacyjnym, a od II wojny także podatkowym. Bardzo zamożnym. Usługi finansowe to ponad 60 proc. PKB (na głowę każdego mieszkańca przypada tu ok. 40 tys. dolarów rocznie). Jersey jest dependencją Korony Brytyjskiej, co oznacza, że rząd w Londynie odpowiada za obronę i politykę zagraniczną (wyspa nie należy do Unii Europejskiej, a gdyby należała, jej 100 tysięcy mieszkańców w przygniatającej większości poparłoby brexit). Przedstawicielem królowej jest gubernator, którego wielka posiadłość ze strumykami i pagórkami znajduje się niedaleko stolicy. Realną władzę mają rząd i parlament, a zasiadający w nich politycy stosują się do reguł Jersey Way.
Andrew, którego rodzina przybyła z Normandii 400 lat temu, tłumaczy, że Jersey Way to życie w ścisłej wspólnocie, która ustala ważne dla siebie wartości i stara się je utrzymać. To pomoc człowiekowi w potrzebie, szacunek dla sąsiada, historii i tradycji wyspy. Andrew jest zawsze gotów pokazać przybyszowi najpiękniejsze miejsca Jersey. Tradycją szczególnie mu bliską są wyścigi starych samochodów, które odbywają się 26 grudnia. Na tę okoliczność od początku listopada Andrew nabłyszcza swe cztery zabytkowe rolls-royce’y.
Innego zdania są działacze społeczni, którzy doprowadzili do ujawnienia przestępstw i powołania komisji. Na przykład Neal McMurray, wygolony 50-latek, były rybak o posturze ochroniarza. – Jersey Way to narzędzie w rękach elity do obrony status quo, zachowania przywilejów i zastraszania wszystkich, którzy odważyliby się nadszarpnąć reputację wyspy. Bo zła reputacja mogłaby odstraszyć zagranicznych inwestorów, których bogactwo skapuje na konta lokalnych polityków i biznesmenów. A ci w większości pochodzą z pięciu najbardziej zamożnych i wpływowych rodzin na wyspie.
To dzięki Jersey Way przez lata utrzymywano w tajemnicy niezliczone przypadki molestowania dzieci.
Złośliwi podają przykład: współwłaścicielem jedynej gazety na Jersey, „Jersey Evening Post”, do niedawna był znany bogacz i wpływowy polityk. Jego gazeta niechętnie pisała o przestępstwach na dzieciach. Nawet dzień po ogłoszeniu raportu w lipcu 2017 r. dziennik oburzał się na pierwszej stronie, że prace komisji pochłonęły aż 20 milionów funtów, a pomijał dramatyczne świadectwa ofiar i zdawkowo opisywał sprawę.
Pedofile wybierali sobie dzieci jak cielaki na targu
Anthony, 50 lat, Haut de la Garenne: – Jeden z opiekunów przychodził po mnie w nocy co najmniej cztery razy, może sześć. Prowadził mnie do swojego pokoju. Często bywał pijany i mnie także częstował alkoholem. Obmacywał mnie i zmuszał, bym go masturbował. Podniecała go również przemoc. Co kilka tygodni oświadczał, że musi mnie ukarać. Był zawsze podniecony, gdy chłostał do krwi moje nogi, plecy lub nagie pośladki.
Przy różnych okazjach w naszym ośrodku zjawiali się ważni panowie, wśród nich także lokalni politycy. Przychodzili niby na inspekcję. Czasami w ciągu dnia, czasami w nocy. Opiekunowie – na prośbę dyrektora ośrodka Colina Tilbrooka – prowadzili nas do pokoju, w którym grywaliśmy w bilard. Ustawiali nas w rządku, jedno dziecko obok drugiego, chłopcy i dziewczęta, a panowie przyglądali się nam i wybierali według własnego gustu. Jak cielaki na targu. Niektórzy decydowali się na jedno dziecko, inni na dwoje.
Wybrane dzieci opuszczały pokój razem z eleganckim panem i towarzyszyły mu przez następnych kilka godzin.
W ośrodku działały „gangi”, które rywalizowały o pozycję. Sam również należałem do jednego z nich. Było bicie, wyzwiska i molestowanie seksualne – to, co wcześniej opiekunowie stosowali wobec nas. Starsi chłopcy zmuszali młodszych do masturbacji i seksu oralnego – czasami pojedynczo, a czasami grupowo. W ten sposób pokazywali, kto ma najwyższą pozycję w gangu. Najgorszy z nich był Michael Aubin.
Gdy miałem 11 lat, może 12, zgwałcił mnie po raz pierwszy. Razem z kolegą, na zmianę. Kilkakrotnie. Bez żadnego lubrykantu. Założyli mi opaskę na oczy i zakneblowali buzię kuchenną ścierką, żebym nie mógł wołać o pomoc. Potem wyszli z łazienki, a ja leżałem na podłodze z krwawiącym odbytem. Później każdy z nich gwałcił mnie, gdy miał na to ochotę. Próbowałem się poskarżyć psychologowi, z którym miałem kilka spotkań. Usłyszałem, że mam przestać zmyślać, bo trafię do szpitala psychiatrycznego w St. Saviour. Panicznie bałem się tego miejsca. Wiem, jakie warunki w nim panowały, bo leczyła się tam moja mama.
Dom dziecka Haut de la Garenne na wyspie Jersey zagrał ponury dwór w serialu „Bergerac”
Z raportu wynika, że od 1945 roku Jersey było rajem dla pedofilów, którzy znajdowali pracę jako opiekunowie w ośrodkach dla dzieci. Dopuszczali się przemocy we wszystkich działających na wyspie sierocińcach: La Preference (prowadzony przez Towarzystwo Wegetariańskie; stosowano tam kary cielesne za próby jedzenia mięsa), Heatfield, Sacré Coeur (wyjęty spod kontroli państwa, prowadzony przez zakonnice), Family Group Homes i Les Chenes. Jednak symbolem tragedii jest Haut de la Garenne, ponury dwór w okręgu St. Martin. Założony w 1867 roku jako dom wychowawczy dla młodocianych włóczęgów z Jersey i południowej Anglii. W 1959 roku zamieniony na koedukacyjny dom dziecka, do którego kierowano dzieci miejscowe i z niektórych sierocińców Zjednoczonego Królestwa. Kiedy w 1986 roku zamknięto dom dziecka, ośrodek stał się sławny za sprawą kultowego serialu kryminalnego „Bergerac”. John Nettles zagrał rolę detektywa. Budynek sierocińca – komendę policji. Obecnie jest tam hostel dla młodzieży.
Byłam stale gwałcona
Shirley, 53 lata, Haut de la Garenne: – Moje siostry umieszczono w innym skrzydle, zakazując im kontaktu ze mną. Molestowanie zaczęło się już w pierwszych tygodniach. Jedna z opiekunek regularnie kładła się obok mnie. Dotykała moich piersi i genitaliów. Byłam sparaliżowana strachem, dlatego nikomu o tym nie powiedziałam. Jej partner gwałcił mnie przez cały czas mojego pobytu w ośrodku. Gdy miałam 14 lat, zaszłam z nim w ciążę. Gdy poroniłam, zabrano mnie do szpitala. Pielęgniarki twierdziły, że boli mnie z powodu zwykłej miesiączki, ale nie wierzyłam im.
Byłam molestowana także przez innego mężczyznę. Praktycznie co noc opiekunowie zabierali z sypialni kilkoro dzieci, których krzyki niosły się przez korytarze. Próbowałam powiedzieć o wszystkim władzom ośrodka, ale nikt nie chciał mnie słuchać. Byliśmy bezradni.
Śledztwo policjanta Cartera
Zaczęło się od Briana Cartera z wydziału rodzinnego miejscowej policji, który po 2000 roku przeglądał akta samobójców. Zauważył, że większość przynajmniej część dzieciństwa lub wczesnej młodości spędziła w ośrodku opiekuńczym. Zaintrygowany rozpoczął dochodzenie. Dotarł do wielu byłych wychowanków i spisał ich relacje: o biciu, poniżaniu, gwałtach.
Carter zgłosił się do przełożonych, dwóch podjęło wyzwanie. Pochodzili spoza wyspy, nie krępowała ich tradycja milczenia. Lenny Harper, Irlandczyk z Belfastu, był wiceszefem policji. Szybko zrozumiał, że problem trwa od dekad i że nie wystarczy aresztować kilku wychowawców. Na szeroko zakrojone dochodzenie zgodził się szef Harpera Graham Power, Szkot.
W 2007 roku Power zaczął operację „Prostokąt”. Dowodził nią Harper, a jego zastępcą został Carter. Obaj apelowali do ofiar, by zgłaszały się na policję.
I wtedy zaczęły się problemy. Najpierw do Harpera zadzwonił wściekły szef rządu Frank Walker (wcześniej właściciel „Jersey Evening Post”). Wrzeszczał: „Przestań nazywać tych ludzi ofiarami! Dopóki nie udowodnimy winy prześladowcom, są najwyżej świadkami!”.
Walker bał się upadku rządu i skandalu.
Harper, milcząc, odłożył słuchawkę. I wybrał numer NSPCC (National Society for the Prevention of Cruelty to Children) w Londynie, wielkiej organizacji zajmującej się ochroną dzieci. Poprosił o pomoc w uruchomieniu telefonu zaufania. W pierwszym tygodniu zadzwoniło 19 osób, w ciągu miesiąca blisko 100. W większości ofiary pracowników Haut de la Garenne.
Stałem już na parapecie. Do dziś żałuję, że nie skoczyłem
Tim, 55 lat, Haut de la Garenne: – Rodzice alkoholicy oddali mnie, gdy miałem siedem lat. Jeden z naszych opiekunów bił nas bez przerwy. Ktoś odezwał się za głośno, ktoś za cicho, poduszka leżała przekrzywiona, takie były powody. Byliśmy szarpani za włosy i uszy, rzucani po ścianach, bici mokrymi ręcznikami po gołym ciele. Zdarzało się, że z powodu widocznych siniaków i pręg na twarzach czy rękach nie mogliśmy chodzić do szkoły.
Gdy przeszedłem do grupy pana Williamsa, nie było dnia bez kopniaka, policzka, bez wyzywania. Nocami budził mnie i innych chłopców i kazał stać na baczność przez kilka godzin. Wybebeszał nasze łóżka, przewracał meble. Twierdził, że pójdziemy do więzienia, że jesteśmy złodziejami. Podczas zajęć na basenie próbował mnie podtapiać. Raz straciłem przytomność. Wściekł się i powiedział, że za karę nie będę mógł pojechać do dziadka, który zabierał mnie na weekendy. Wizja dwóch dni poza ośrodkiem trzymała mnie przy życiu, na każdy piątek czekałem jak na wybawienie. Pan Williams o tym wiedział. Miałem 11 lat, gdy zmarł dziadek. Chciałem popełnić samobójstwo. Stałem już na parapecie, ale pan Williams wciągnął mnie z powrotem do pokoju. Do dziś żałuję, że nie skoczyłem.
Oficjalnie mógł nas chłostać tylko dyrektor Tilbrook. Robił to często i porządnie.
Gdy płakałem z bólu, przytulał mnie i tłumaczył, że musi karać niegrzecznych chłopców. I dotykał moich genitaliów. Nie miałem komu o tym powiedzieć.
Williamsa zastąpił Wateridge. Wcześniej służył w armii i chciał zaprowadzić u nas wojskowy dryl. Był okrutny. Miałem 13 lat, byliśmy w łazience: ja, starsi koledzy i Wateridge. Ktoś wymyślił, by wsadzić mnie do worka po ziemniakach. Śmiali się, gdy próbowałem się bronić. Zawiązali mi worek nad głową. Napuścili wody do wanny. Chwilę później leżałem pod wodą. Worek kleił mi się do ust i do nosa, utrudniał wypuszczenie powietrza. Wateridge wyciągnął mnie dopiero, gdy zacząłem tracić przytomność. Wcześniej sam zachęcał kolegów.
Kolejne dwa lata to było piekło. Wateridge często mnie bił i kopał. Miał wielki brzuch i gdy się na mnie wyżywał, przyciskał mnie nim do ściany. Obejmował mnie rękami i podniecony, z pełną erekcję, ocierał się o moje nagie pośladki. Najczęściej działo się to w łazience. Podobnie traktował innych chłopców i dziewczynki.
Dziś mam 50 lat. Nie mam wykształcenia. Nie mam stałej pracy. Nie mam przyjaciół, nie lubię ludzi. Miałem żonę, gdy byłem młody, ale szybko się rozwiedliśmy. Nie mam dzieci. Cierpię na astmę, stany depresyjne, ataki paniki, nagłe wybuchy złości. Czuję się zagubiony.
Czego brytyjski premier szukał na wyspie Jersey?
Na Jersey zaczęło huczeć. Wyspa ma kieszonkowe rozmiary, jadąc na rowerze z południowego wybrzeża w dwa kwadranse dotrzesz na północne. Niemal każdy słyszał o kimś, kto pracował lub wychowywał się w sierocińcu. Czy jemu też działa się krzywda? Czy miły sąsiad z domu naprzeciwko mógł katować dzieci? Czy to prawda, że Wilfred Krichefski lubił małych chłopców i dlatego często wizytował Haut de la Garenne? Był senatorem, dyrektorem lotniska, szefem telewizji, fundatorem synagogi. Podejmował na wyspie księcia Karola, a raz na odjezdne podarował mu skrzynkę lokalnych pomidorów. Albo Colin Tilbrook, dyrektor Haut de la Garenne. W latach 70. wyjechał z Jersey i znalazł pracę w sierocińcu w Anglii. Teraz o gwałt oskarża go nawet adoptowana córka. I jeszcze sir Jimmy Savile, wielka gwiazda telewizji BBC, zwany pedofilem potworem (zmarł w 2011 roku). Brytyjska policja zarzuca mu kilkaset napaści seksualnych, ponad 30 gwałtów i molestowanie dzieci. Okazuje się, że regularnie przylatywał na Jersey. Odwiedzał sieroty u zakonnic w Sacré Coeur i w Haut de la Garenne. Albo Edward Heath, premier Wielkiej Brytanii w latach 1970-1974. Wielokrotnie przypływał na wyspę swoim jachtem „Poranna Chmura”. Mówi się, że sprowadzano mu na pokład całe grupy chłopców z sierocińców.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Pedofile na szczytach brytyjskiej władzy
Podczas operacji „Prostokąt” policjanci zebrali zeznania 160 ofiar i zamierzali postawić zarzuty sześciu osobom. Wtedy do akcji wkroczył sir William Bailhache, członek kolejnej wpływowej rodziny. Bailhache jako wicebaliw (zastępca ministra sprawiedliwości) postanowił, że do sprawy włączy własnego prokuratora. Lenny Harper, wiceszef policji, wysłał mu wszystkie dokumenty. Ale sprawa nie posuwała się, więc Harper na własną rękę aresztował jednego z podejrzanych. Nazajutrz Bailhache kazał go wypuścić. A jego brat Philip, pełniący funkcję baliwa (ministra sprawiedliwości i jednocześnie marszałka lokalnego parlamentu), skrytykował policjantów podczas dnia wyzwolenia spod hitlerowskiej okupacji: „Wykorzystywanie dzieci zawsze jest czynem skandalicznym, ale w tym przypadku prawdziwym skandalem jest nieusprawiedliwione i bezlitosne oczernianie wyspy i jej mieszkańców”. Wydawało się, że już po sprawie.
Byłam ulubienicą dyrektora
Linda, 48 lat, Haut de la Garenne: – Byłam ulubienicą dyrektora Colina Tilbrooka. Miałam niecałe siedem lat, gdy zaczął się przystawiać. Na początku zabierał mnie do domu, dotykał, całował. Później zaglądał do łazienki, gdy brałam prysznic. Wkładał mi ręce między nogi i mówił, że sprawdza, czy dobrze się umyłam. Wtedy też zaczął mnie gwałcić w różnych pozycjach, także analnie. Nie wzruszało go, gdy odmawiałam seksu oralnego, gdy mówiłam, że mam miesiączkę. Zawsze potrafił znaleźć sposób. Miałam 12 lat, gdy zdecydował, że będę brała pigułki antykoncepcyjne. Mniej więcej wtedy próbowałam popełnić samobójstwo. Trafiłam do szpitala, gdzie zrobiono mi płukanie żołądka. Przyszedł Tilbrook i wytłumaczył, że nikt mi nie uwierzy, jeśli powiem, co mi robił. Będę miała tylko kłopoty.
Mój oprawca umarł nieosądzony. Czuję się winna, bo gdybym doniosła na Tilbrooka, ktoś by go być może powstrzymał i inne dzieci miałyby więcej szczęścia niż ja.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Australia kaja się za pedofilię i przemoc w domach dziecka
65 zębów mlecznych i 165 fragmentów kości
Problemy śledczych dopiero się zaczynały. W styczniu 2008 roku robotnik remontujący Haut de la Garenne zgłosił na policję, że w ogrodzie wykopał kości i dziecięce buty. Lenny Harper natychmiast sprowadził na wyspę śledczych z Anglii. Teren ogrodzono, dziesiątki specjalistów w białych fartuchach zaczęły przeszukiwać teren. 23 lutego znaleźli okrągły przedmiot wielkości 6 cm x 4 cm. Wstępne analizy wykonane przez antropolożkę Julie Roberts wykazały, że to fragment czaszki dziecka. Przedmiot wysłano do dalszych badań. Harper na konferencji prasowej oświadczył, że na terenie sierocińca mogło dojść do morderstwa. Na posesję wjechały buldożery i koparki. Technicy przesypali przez sitka 150 ton ziemi. Brytyjskie media publikowały historie o domu horroru. Znaleziono 65 zębów mlecznych i 165 fragmentów kości.
Przez kilkanaście tygodni wyspa była w centrum uwagi. A potem przyszły ekspertyzy z Oksfordu i Londynu. Według zgodnej opinii British Museum i Oxford University znalezionym przedmiotem była skorupa kokosa, zaś kości pochodziły z XVII wieku i należały do zwierząt.
Rząd Jersey triumfował, a policjanci znosili publiczne upokorzenie.
W sierpniu 2008 roku Lenny Harper przeszedł na emeryturę. Jego następca David Warcup oświadczył, że dochodzenie prowadzone było nieprofesjonalne, a nadzorujący niepotrzebnie biegali do mediów. W tym samym czasie zawieszono w obowiązkach Grahama Powera.
Operacja „Prostokąt” zaczęła przygasać. Udało się przesłuchać blisko dwieście ofiar i zidentyfikować ponad 150 sprawców. Ale większość z nich nie żyła albo dawno temu opuściła Jersey. Zarzuty usłyszało osiem osób. Siedem zostało skazanych. Wśród nich Michael Aubin, wychowanek Haut de la Garenne. Dostał dwa lata policyjnego dozoru. Morag Jordan trafiła za kraty na dziewięć miesięcy. Rząd wypłacił rekompensaty byłym wychowankom. Ofiary musiały udowodnić, że stosowano wobec nich przemoc fizyczną, psychiczną lub że były wykorzystywane seksualnie. Na odszkodowania dla 125 osób przeznaczono ponad 2 miliony funtów. 3,5 miliona rząd zapłacił prawnikom, którzy prowadzili przesłuchania, psychologom i psychiatrom. Nie wszyscy uznali, że to koniec sprawy.
Byłem brzydki, mogłem iść
Andy, 69 lat, Sacré Coeur i Haut de la Garenne: – Kiedy skończyłem 13 lat, zacząłem się stawiać zakonnicom. Gdy mnie biły, oddawałem. W końcu przeniesiono mnie do Haut de la Garenne. Tam w szatni jedna z opiekunek zaczęła mnie obmacywać. Odskoczyłem i zapytałem, co wyprawia. Odpowiedziała, że jestem bezczelny i brak mi manier. Ciągle mówili tam o braku manier. Innego dnia zostałem wezwany do dyrektora ośrodka. Pan Tilbrook stwierdził, że ma do czynienia z kolejnym awanturnikiem, i oświadczył, że musi mi dać nauczkę. Spodziewałem się, że wychłoszcze mnie przez spodnie, tak jak robiły to zakonnice. Ale dyrektor kazał mi się rozebrać do naga. Wymierzył mi rózgą sześć porządnych razów. Ból był okropny.
Którejś nocy jeden z opiekunów obudził kilku z nas i oznajmił, że zabiera nas na bal przebierańców. Przyniósł nam kostiumy. Ktoś dostał strój baletnicy, inny klauna.
Poprowadził nas do pokoju, gdzie trwała impreza. W powietrzu unosił się dym papierosowy, czuć było alkohol. Zauważyłem Tilbrooka oraz innych mężczyzn, wszyscy byli pijani. Jeden powiedział, że jestem brzydki i że moi koledzy są ładniejsi.
Odesłali mnie do kąta, schowałem się za zlewem, siedziałem skulony twarzą do ściany. Pomimo głośnej muzyki słyszałem krzyki innych chłopców – byli gwałceni.
Modliłem się, żeby ci okropni faceci nie dobrali się do mnie. Wykrztusiłem, że muszę iść do toalety. Pozwolili i kazali nie wracać.
Nie poszedłem do nikogo ze skargą. Za bardzo było mi wstyd. Zresztą wcześniej próbowałem donieść, co wyprawia się w sierocińcu. Dwa razy byłem w komisariacie i dwa razy nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Pstryczek w ucho i do widzenia. Inni chłopcy też próbowali. Na policji, w szkole. Dorośli nie chcieli nas słuchać, nie wierzyli. Mam żal do władz, bo nie zrobiły niczego. Nauczyłem się kraść, piłem na umór. Mam depresję. Gdy byłem dzieckiem, marzyłem, by ktoś mnie adoptował. Ale nikt nie chciał. Czasem myślę, że urodziłem się niepotrzebnie.
Politycy troszczą się o reputację wyspy Jersey
Neil McMurray był rybakiem i poławiaczem krabów, dopóki maszyna nie ucięła mu prawej dłoni. Żeby zwalczyć depresję, zaczął działać jako wolontariusz na rzecz praw dzieci. Zwłaszcza że syn McMurraya był prześladowany w szkole przy całkowitej obojętności nauczycieli. Jak każdy McMurray znał kilka osób, które spędziły dzieciństwo w sierocińcach.
Opowiada: – Dręczyły mnie pytania: jakim cudem kość staje się nagle skorupą kokosa? Co z kolagenem, który w niej wcześniej znaleziono? Wyparował między jednym laboratorium a drugim? A reszta kości? Prócz zwierzęcych znaleziono mnóstwo dziecięcych mleczaków. Dlaczego nikt się tym nie zajął? Dlaczego nie sprawdzono tezy, że molestowanie seksualne dzieci na Jersey odbywało się w ramach zorganizowanej operacji?
Pedofile nie zjawialiby się na wyspie, gdyby nie mieli pewności, że zaufana osoba dostarczy im do zabawy chłopca lub dziewczynkę.
McMurray nie rozumiał także, dlaczego dwóch wzorowych policjantów, wielokrotnie nagradzanych, zostało wystawionych na pośmiewisko. Jego zdaniem chodziło o to, by ukręcić łeb całej sprawie. McMurray nie zamierzał się na to godzić. Choć wcześniej nie wiedział nawet, jak włączyć komputer, zaczął prowadzić blog „Głos dzieci”. Pisze w nim o wszystkim, o czym lokalni dziennikarze wolą milczeć.
Kolejną osobą był Daniel Wimberley, parlamentarzysta z okręgu St. Mary. Ekscentryczny biznesmen. Kiedy zaprasza na herbatę w kuchni swojego domu nad morzem, celebruje parzenie przez godzinę. – Śledziłem dochodzenie pobieżnie, jak wszyscy. Ale gdy zawieszono Grahama Powera, uznałem, że to przesada. Z grupą posłów poprosiłem radę ministrów o ujawnienie szczegółowych przyczyn tej decyzji. Usłyszałem, że dokumenty są tajne. Ale nie mogłem odpuścić.
Wimberley dokopał się do tajnych papierów i na kolejnej debacie parlamentarnej dostarczył kopie wszystkim posłom. Z dokumentów wynikało, że uciszenie Powera było planowane od wielu miesięcy. To był dla polityka pierwszy wstrząs. Drugim była rozmowa z administratorem prywatnego budynku w St. Helier, który przez przypadek znalazł skrzynie pełne listów – pisali je rodzice dzieci umieszczonych w ośrodkach wychowawczych.
Matki i ojcowie nieporadnie informowali przełożonych sierocińców o tym, że ich dzieci cierpią, że są bite i wykorzystywane. Zamiast nadać skargom bieg, ktoś je schował w piwnicy.
Administrator przysięgał, że odniósł skrzynie na policję. Ale słuch po nich zaginął. Nie ma ani listów, ani kopii.
Grupa Wimberleya poprosiła rząd o systemowe zbadanie problemów dzieci na Jersey. 2 marca 2011 roku złożyła oficjalny wniosek o powołanie niezależnej komisji, która miała odpowiedzieć na wszystkie niewygodne pytania. Dlaczego nikt nie słuchał skarg dzieci? Czy po ujawnieniu nieprawidłowości podjęto reformę systemu opieki? Czy dzieci są dziś bezpieczne? I najważniejsze: dlaczego nie były chronione?
Na powołanie komisji rząd zgodził się dopiero dwa lata później, po burzliwej debacie i przy sprzeciwie wielu prominentnych polityków, którzy obawiali się o reputację wyspy. Przesłuchania ofiar i świadków trwały kolejne cztery lata.
Myślałam, że tak kocha ojciec
Anna, 49 lat, Haut de la Garenne: – Nie znałam rodziców. Gdy miałam sześć lat, trafiłam do Haut de la Garenne. Opuściłam ośrodek, gdy miałam l4 lat. Do niedawna nie najgorzej wspominałam tamten okres. Bywałam niegrzeczna, jak inne dzieciaki, kilka razy próbowałam uciekać. Bywałam karana, ale nigdy szczególnie brutalnie. Wiedziałam, z którymi opiekunami można żartować, a od których należy trzymać się z daleka.
Ray Williams należał do pierwszej grupy. Wysoki, barczysty, przystojny. Był dla nas miły. Przytulał, trzymał za ręce. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęliśmy się spotykać na osobności. Ray wykorzystywał różne preteksty, żeby ściągać mnie do swojego mieszkania. Tam całował mnie i dotykał. Seks z nim sprawiał mi ból. Nie stawiałam jednak oporu i godziłam się, gdy Ray sobie tego życzył. Podświadomie czułam, że to, co robimy, jest złe, ale nie wiedziałam dlaczego. Ray był dla mnie dobry, jako jedyny troszczył się o mnie, jak ojciec, którego nigdy nie miałam. Myślałam, że ojcowie w ten sposób okazują córkom miłość. Uprawialiśmy seks w jego samochodzie lub na plaży. Panicznie bałam się zajść w ciążę, ale Ray dbał, by do tego nie doszło.
Potem okazało się, że miał podobne relacje z innymi dziewczynkami z ośrodka. Nie przeszkadzało mi to. Gdy opuściłam Haut de la Garenne, nasze spotkania stały się rzadsze. Czasami zapraszał mnie, a ja z własnej woli szłam do jego mieszkania. Gdy wychodziłam za mąż, poprosiłam, by poprowadził mnie przed ołtarz. Zgodził się. Gdy umarł, poszłam na jego pogrzeb i było mi smutno. Dopiero gdy wiele lat później ruszyło śledztwo w sprawie molestowania dzieci w Haut de la Garenne, zrozumiałam, że moja relacja z Williamsem była zła. Wykorzystał to, że byłam słaba, że nie miałam w nikim wsparcia, że byłam sierotą, że mu ufałam.
Kto aranżował spotkania z dziećmi?
St. Helier, 3 lipca 2017 r., konferencja prasowa szefa rządu Iana Gorsta. – I co dalej? – pyta korespondent SKY News z czwartego rzędu.
Gorst odsyła do raportu. Komisja zaleca radykalną zmianę prawa. Na Jersey należy powołać niezależnego politycznie komisarza do spraw dzieci i stworzyć urząd Rzecznika Praw Dziecka – miałby pilnować, by żadna skarga dziecka, nie została zamieciona pod dywan. Ośrodki opiekuńcze powinny podlegać kontroli państwa, a władze mają dać priorytet ochronie praw dzieci (bo dotąd zajmowały się ulgami podatkowymi dla najbogatszych). Ostatnia rekomendacja: natychmiast zburzyć Haut de la Garenne.
St. Helier, 4 lipca 2017 r. W centrum stolicy spotykają się inicjatorzy powołania komisji. Manford Tadier i Mike Higgins są posłami, Rico Sorda i Neil McMurray blogerami. Daniel Wimberley, już poza parlamentem, występuje jako bloger i działacz. W innych okolicznościach nobliwy Wimberley, wytatuowany McMurray, a zwłaszcza Sorda, który paraduje w różowym T-shircie i opadających dresach, nigdy nie spotkaliby się na tej samej prywatce. Połączyła ich sprawa dzieci i podobna ocena raportu.
W nieoficjalnych rozmowach są sceptyczni. Wimberley: – Nie wierzę, że ustalenia komisji zmienią sytuację. Odpuszczono sprawę kości, która zmieniła się w kokos. Czy przypadkowo strona internetowa, na której udostępniono część raportu, jest nieczytelna? Nie sądzę. A kiedy zobaczymy całość? Jak i gdzie będą archiwizowane zeznania ofiar? Zmienię zdanie, kiedy rząd zdecyduje się oddzielić funkcję ministra sprawiedliwości od prezydenta zgromadzenia narodowego. Na razie nie ma o tym mowy.
Podobnie Neil McMurray: – Jimmy Savile nie mógł przyjeżdżać na wyspę, nie mając pewności, że ktoś udostępni mu dzieci na prywatkę. Krichefski musiał mieć zagwarantowane poczucie bezpieczeństwa. A jacht byłego premiera Edwarda Heatha? Ale z raportu nie wynika, że na Jersey i w Anglii działała zorganizowana siatka przestępcza. Może żyją ci, którzy aranżowali spotkania z dziećmi. Kim są? Gdzie są? Dlaczego policja się nimi nie zajmie? Żeby dotrzeć do prawdy, trzeba się zmierzyć z faktem, że w niektórych aspektach wyspa nie jest rajem. Ale nikogo na to nie stać, żeby splamić nasze eleganckie gniazdo.
5 października. Londyn. Bohaterami prasy stają się policjanci z Wiltshire w południowej Anglii. Opublikowali raport ze śledztwa, z którego wynika, że konserwatywny premier Edward Heath, gdyby żył, musiałby odpowiedzieć na zarzuty co najmniej siedmiu osób, które oskarżają go o napaść seksualną. Co najmniej dwa gwałty na nieletnich chłopcach z sierocińców miały się wydarzyć podczas pobytu premiera na Jersey.
Listopad 2017. Władze wyspy Jersey nie zrealizowały ani jednej rekomendacji z raportu.
Imiona niektórych bohaterów są zmienione
- Edytowany
Jeden z pracujących tam rodaków (na wyspie nie w bidulu), parę lat temu przerzedził polską populację o 4,3 5 głów, na wieść o tym, że jego dziew3na spodziewa się dziecka, ale to nie on będzie szczęśliwym tatusiem.
ŚWIEŻO MALOWANE
- Edytowany
Złote monety to był dopiero początek. Cenne znalezisko w Egipcie
Sukces ogłosili archeolodzy, którzy badali dno Morza Śródziemnego.
[img]https://i.wpimg.pl/644x331/d.wpimg.pl/1624249443-908418244/wraki-statkow.jpg[/img]
Znaleźli trzy wraki statków z epoki starożytnego Rzymu. Znajdowały się na dnie zatoki Abu Qir w pobliżu Aleksandrii na północnym wybrzeżu Egiptu. Specjaliści podejrzewają, że pochodziły z czasów, kiedy rządził cesarz August.
Wiek znaleziska sugerują cenne przedmioty, które kryły rzymskie statki. Archeolodzy pochwalili się, że w ich ręce wpadły złote monety oraz kryształowe popiersie, które - jak sądzą - przedstawia dowódcę armii o imieniu Antonio - podaje Russia Today.
[img]https://i.wpimg.pl/627x/d.wpimg.pl/557801592-1566524923/znalezisko.jpg[/img]
Wydaje nam się, że jest też czwarty wrak. Jego ładunkiem były wyroby garncarskie - poinformował Dr Osama Alnahas.
Naukowcy są niemal pewni, że ich podejrzenia są słuszne. W pobliżu trzech wraków znaleźli bowiem duże fragmenty desek, które najprawdopodobniej pochodzą z czwartego statku. W najbliższej okolicy na dnie zatoki archeolodzy dostrzegli również skorupy dawnych naczyń.
Badania dna morskiego w pobliżu Aleksandrii ruszyły w 2016 roku. Specjaliści wytypowali to miejsce, bo w czasach starożytnych funkcjonował tu port Heraklejon, który około 1200 lat temu został zatopiony przez morze. Egipskich ekspertów w badaniach wspiera Europejski Instytut Archeologii Podwodnej.
za https://www.o2.pl/artykul/zlote-monety-to-byl-dopiero-poczatek-cenne-znalezisko-w-egipcie-6190753782720129a
Do niecodziennego zdarzenia doszło 21 listopada w mieszkaniu położonym na jednym z osiedli w Nowej Hucie Małżeństwo gościło mężczyznę w wieku 53 lat. Osoby te piły duże ilości alkoholu. W godzinach porannych, około godziny 5.30 mąż kobiety wyszedł z mieszkania na spacer z psem, a gdy wrócił zauważył, iż jego kolega miał leżeć w jednym łóżku z jego żoną, był nagi.
Sytuacja ta, tak go zdenerwowała, iż chwytając za genitalia 53-letniego mężczyzny zaczął ściągać go z łóżka. Działaniem tym, spowodował urwanie jednego z jąder. Na miejsce zostało wezwane przez sprawcę pogotowie ratunkowe i policja. W tym czasie pokrzywdzony opuścił mieszkanie znajomych i udał się do swojego miejsca zamieszkania skąd następnie został zabrany do szpitala. Na miejscu zdarzenia zespół Pogotowia Ratunkowego znalazł wyrwaną część ciała pokrzywdzonego.
Piotr K. przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa, a w złożonych wyjaśnieniach przyznał, iż był bardzo wzburzony gdy po powrocie ze spaceru z psem, zastał w łóżku w swoim mieszkaniu nagiego kolegę i swoją żonę. Po zdarzeniu jednak wezwał pogotowie, a pokrzywdzony w tym czasie opuścił jego mieszkanie. Piotr K. nie był dotychczas karany. Piotra K. doprowadzono do Prokuratury Rejonowej w Krakowie-Nowej Hucie i po przesłuchaniu zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru Policji.
Za ten czyn grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności.
Trza żony nie spuszczać z oka, jak koledzy są w domu ! [emoji6]
[i]Za ten czyn grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności.[/i]
Ciekawe z którego paragrafu. Takie ekscesy nie zdarzają się często. Musiał być najwyraźniej zdesperowany, co sąd powinien potraktować jako okoliczność łagodzącą.
Ciekawe 3 małżonka została wynagrodzona za wierność i uczciwość. Ja bym Penelopie kazał opędzlować psu szminę. A co, z kolegami może, a z psiakiem nie? Suka.
ŚWIEŻO MALOWANE
Absurd, paradoks- może pójść pierdzieć za to, że ma k.u.r.w.e w domu.
- Edytowany
To jeszcze mu zs sutenerstwo dowalą.
Zapominalski http://moto.onet.pl/aktualnosci/odnalazl-samochod-po-20-latach/3gzpe3
Kolejny Janusz kierownicy, a właściwie dwaj. Pierwszemu się udało
[video=youtube]https://www.youtube.com/watch?v=IMR-wwvGa8M[/video]
Hahaha i dobrze mu tak :) Ten pierwszy pewnie wiedział, że przejedzie na luzie, a drugi zasugerował się tym pierwszym, więc niech ginie za brak samodzielnego myślenia.
Jedyna taka fotografia: Billy the Kid i jego zabójca, szeryf Pat Garrett
Odnaleziono jedyne zdaniem ekspertów wspólne zdjęcie legendarnego rewolwerowca, Billy’ego the Kida, i jego zabójcy, szeryfa Pata Garretta. Fotografia może być warta miliony dolarów.
[img]http://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/T3EktkpTURBXy82ZWU0NTZlYmJkN2QxMTVhNTQ0ZTNjMzQ2MzJlNGYyOC5wbmeSlQMCzKzNAvjNAauTBc0DFM0BvA[/img]
Eksperci uważają, że Billy the Kid na tym zdjęciu siedzi drugi od lewej, a Pat Garrett pierwszy od prawej
Odnaleziono jedyną fotografię przedstawiającą legendarnego przestępcę Dzikiego Zachodu i stróża prawa, który go zabił
Billy the Kid przyjaźnił się z Patem Garrettem do czasu, aż ten w listopadzie 1880 roku został mianowany szeryfem
Właściciel historycznej fotografii kupił ją za 10 dolarów na pchlim targu w 2011 roku. Teraz warta jest miliony .
Kid i Garrett swego czasu się przyjaźnili, razem pili i oddawali się hazardowi w hrabstwie Lincoln w stanie Nowy Meksyk. Gdy jednak Garrett został mianowany szeryfem Lincoln, przyjaźń zakończyła się, a rozpoczął się jeden z najgłośniejszych konfliktów na amerykańskim Dzikim Zachodzie.
Właściciel historycznej fotografii kupił ją za 10 dolarów na pchlim targu w 2011 roku. Od tamtej pory zdjęcie wisiało na ścianie w jego domu w Północnej Karolinie, w pokoju gościnnym, który wynajmował za pośrednictwem serwisu Airbnb.
W 2015 roku po obejrzeniu programu dokumentalnego o przypadkowym odnalezieniu fotografii Kida grającego w krokieta, Frank Abrams, prawnik i pasjonat historii, dokładniej przyjrzał się zdjęciu, które jak mu się dotychczas wydawało, przedstawiało grupę kowbojów z amerykańskiego południa.
Po uważnej analizie fotografii wykonanej w technice ferrotypii – nośnikiem obrazu jest cienka płytka żelazna pomalowana na czarno – i porównaniu jej z innymi zdjęciami Kida i Garretta, Abrams doszedł do wniosku, że siedzący po prawej stronie mężczyzna w ciemnym kapeluszu to szeryf Pat Garrett, a drugi od lewej, z wyraźnie widocznym jabłkiem Adama, to prawdopodobnie Kid.
Abrams zasięgnął opinii ekspertów, Roberta Stahla, znawcy biografii Kida, oraz Williama Dunniwaya, specjalisty od ferrotypii, którzy orzekli, że zdjęcie prawdopodobnie wykonano między 1875 a 1880 rokiem.
- Wszystko się zgadza: płytka, ubrania, broń – tłumaczył William Dunniway, znawca ferrotypii, w rozmowie z dziennikiem "New York Times".
Dunniway poprosił o pomoc Kenta Gibsona, eksperta w dziedzinie medycyny sądowej. Korzystając z technologii rozpoznawania twarzy i ekspertyzy grafologa, doszli do wniosku, że to rzeczywiście dwaj słynni bohaterowie Dzikiego Zachodu.
Fotografia może okazać się ważnym historycznym odkryciem. Zdjęcie Kida grającego w krokieta sprzedano za pięć milionów dolarów w 2015 roku, wcześniej historycy wiedzieli o istnieniu tylko dwóch zdjęć rewolwerowca. Tym razem może się okazać, że odnaleziono jedyną fotografię przedstawiającą legendarnego przestępcę i stróża prawa, który go zabił.
- To coś zupełnie nowego. Dotąd nie wiedziano, że Garrett i Kid mają wspólne zdjęcie – mówi Abrams. – To niesamowite i ekscytujące odkrycie.
- Gdybym wiedział, że to tak ważne zdjęcie historyczne, żądałbym wyższej opłaty za wynajęcie pokoju – żartuje. Fotografia już nie zdobi ściany mieszkania, a jest przechowywana w sejfie.
Kid, urodzony jako Henry McCarty i posługujący się też nazwiskiem William H. Bonney, przyjaźnił się z Garrettem do czasu, aż ten w listopadzie 1880 roku został mianowany szeryfem hrabstwa Lincoln. Po objęciu tej funkcji od razu nakazał kryminaliście, by opuścił miasto.
- Garrett powiedział: "Jeśli opuścisz terytorium Nowego Meksyku, nie będę cię poszukiwał, ale jeśli zostaniesz to bez względu na to gdzie się ukryjesz, będę musiał cię ścigać" – tłumaczy Stahl.
Ponieważ Kid został w Nowym Meksyku, Garrett dotrzymał słowa i aresztował byłego przyjaciela. Wkrótce jednak Kid uciekł z aresztu, zabijając dwóch zastępców Garetta, i – jak głosi legenda – wyjechał konno z miasta, podśpiewując.
Krótko cieszył się wolnością. Szeryf Garrett odnalazł go i zastrzelił w Fort Sumner w lipcu 1881 roku.
za http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/jedyna-taka-fotografia-billy-the-kid-i-jego-zabojca-szeryf-pat-garrett/c66m5dv
Zajebisty koles :)
[video=facebook]https://www.facebook.com/Funidelia.polska/videos/1969176940023442/[/video]
Ciekawe co sobie nucił Dzieciak, jak wyjeżdżał z miasta[emoji848]." Knock, knock, knocking on heaven's door" ? "I shot the sheriff" (2 zastępców=1sheriff)?
Mnie jak wieźli na wagę to zAwsze było gwizdane "They're gonna hang me in the morning", z 15.10 do Yumy.
ŚWIEŻO MALOWANE
Pod nowym, światłym zarządem - wraca stare:
[i]Na około 40 minut został zatrzymany w Miechowie w Małopolsce pociąg Intercity z Krakowa do Warszawy - informuje RMF FM. Zdecydował o tym konduktor, po tym jak pasażerowie zaczęli narzekać na skaczące po przedziale wszy.[/i]
Szkoda, że nie pchełki, mogliby sobie zagrać . ;)
Słyszałem o tym w radiu jadąc rano do pracy. Dwójka bezdomnych się ulokowała w wagonie. Mimo próśb nie chciała go opuścić. Dopiero chyba soki ich wytargały.
Kilka fajnych prostych trickow :)
[video=facebook]https://www.facebook.com/5min.crafts/videos/836435673165686/[/video]
Ja chce takie piwo w Krakowie!!!Mistrzostwo!!! Mysle ze zbilo by sie kokosy na czyms takim :D :D :D
[video=facebook]https://www.facebook.com/LADbible/videos/3235281243185710/[/video]
[align=center][b]A.C.A.B.[/b][/align]
Bicie, używanie pałki, kajdanek, a nawet broni palnej. Niekiedy zupełnie bez powodu. Prawie co drugi policjant brał udział w interwencji, podczas której używano nieuzasadnionej agresji. 64 proc. funkcjonariuszy to zwolennicy przeprowadzania interwencji "wszystkimi dostępnymi metodami" – wynika z trzymanego w tajemnicy przez MSWiA raportu dot. agresji w policji, do którego dotarła Wirtualna Polska. Rzecznik komendy głównej policji przyznaje, że nie czytał dokumentu. Wiceszef resortu Jarosław Zieliński zna raport, ale nie chce rozmawiać o szczegółach.
Grudzień 2016 roku, pół roku przed ujawnieniem przez TVN śmierci Igora Stachowiaka na wrocławskim komisariacie. Do wąskiego grona dowództwa policji trafia pismo z zaproszeniem do siedziby MSWiA na spotkanie poświęcone omówieniu wyników ”pogłębionego kompleksowego badania dotyczącego problemu agresji w policji”.
- Wyniki badania były wstrząsające, jednak po prezentacji nikt go nie dostał. Zostały skutecznie schowane przez ministra Zielińskiego – mówi nam informator zbliżony do resortu.
W sytuacji, gdy raport jest zamówiony przez resort, tylko do ministra należy decyzja o tym, jak go wykorzystać - dodaje były pracownik MSWiA.
Bezprecedensowe w historii policji badanie - jak ustaliła Wirtualna Polska - przeprowadziła firma Synergion na podstawie ankiet wypełnionych przez losowo wybraną grupę 4 tysięcy funkcjonariuszy. Policjanci mogli odpowiadać szczerze, bo kwestionariusze były anonimowe.
Minister wie o reporcie, ale nie chce o nim rozmawiać
O badanie zapytaliśmy w środę wychodzącego z Sejmu wiceszefa MSWiA Jarosława Zielińskiego.
– Tak, kojarzę – mówi minister.
– Wynik badania jest porażający zwłaszcza w kontekście przypadków agresji ujawnianych przez media – zauważamy.
– Nie mam wszystkiego w głowie, w pamięci. Ważnych spraw jest bardzo wiele – rzuca minister, uciekając do samochodu i prosi o kontakt z biurem prasowym.
Służby prasowe resortu nie chcą nam pokazać raportu i odsyłają do Komendy Głównej Policji, której dokument został przekazany. Policja odbija piłeczkę i kieruje z powrotem do ministerstwa. Rzecznik KGP Mariusz Ciarka przyznaje, że "nie miał przyjemności przeczytać raportu". Dodaje, że jeśli ma go policja, to dokument mógł trafić do biura kadr albo kontroli. – O udostępnienie, wydaje mi się, najlepiej się zwrócić do MSWiA, skoro to oni byli dysponentami – radzi rzecznik.
Raport jest trzymany w tajemnicy i chroniony hasłem
Dokument udaje nam się zdobyć drogą nieoficjalną. Nasz informator wyjaśnia, że raport formalnie nie jest tajny, choć faktycznie jest trzymany przez resort w tajemnicy. Plik, który dostajemy jest zabezpieczony hasłem.
“Badanie dotyczące problemu występowania w Policji agresji skierowanej przeciwko osobom spoza Policji” ma 131 stron.
[img]https://v.wpimg.pl/OTIyMDAwJj1mNmJxckQ3Yn9JYiBvAD89JB5jNC1YfWx5S35wdUB9eXxNeXJyQ3tkf1YgNzYeLnojCSgj/[/img]
Według naszych rozmówców, mimo anonimowości badania, funkcjonariusze chętniej odpowiadali, że byli świadkami agresywnych zachowań kolegów, niż sami się przyznawali do łamania prawa.
“Czy był pan kiedykolwiek uczestnikiem sytuacji, w której pojawiły się działania policjanta, mogące w oczach osób spoza policji być uznane za przejaw nieuzasadnionej agresji?” – pytają autorzy badania.
Twierdząco odpowiedziało 45 proc. funkcjonariuszy.
[img]https://v.wpimg.pl/ODkwOTk1Ji1EOGBgUwQ3cV1BYDBFRj8tBhBhJAceeXdeQnZiXAN_aVpEf2RfAHZyWE5gORhGJiVFHT8xDA==/[/img]
olejne pytanie dotyczy roli, jaką dany policjant odegrał w takiej sytuacji.
31 proc. - w roli świadka, 62 proc. w roli jednego z interweniujących, a 8 proc. badanych przyznało, że sami dopuścili się nieuzasadnionej agresji.
Policjanci przyznają się do nieuzasadnionej agresji z wykorzystaniem pałki, czy kajdanek
W odpowiedzi na pytanie, jaki był charakter działań policjanta, który przekroczył granicę dopuszczalnej agresji, 27 proc. wskazało na użycie siły fizycznej, 23 proc na agresję słowną, 12 proc na użycie kajdanek, 8 proc. na użycie pałki, a 5 proc. na zadanie uderzeń. 5 proc. przypadków dotyczyło użycia gazu, a 1 proc. użycia broni palnej.
[img]https://v.wpimg.pl/LTEzODAzJT1qNWBxcUo0Z3ZCYCBvDTw9KB1hNC1VfWB8Snh8ckx5YWhXfHxwS3phfE52aywJOz0kVCU0JB0=/[/img]
Autorzy badania zapytali w nim też o ocenę konkretnych sytuacji.
Z odpowiedzi funkcjonariuszy wynika – jak zauważyli – że “prawie 1/3 badanych akceptuje użycie SPB (środków przymusu bezpośredniego, jak pałka, czy paralizator – przyp. WP) mimo braku bezpośredniego zagrożenia, a jedynie z powodu obelg”.
Na pytanie o poziom agresji w policji 31 proc. badanych odpowiedziało, że większość funkcjonariuszy miało sytuacje, w których zachowali się bardziej agresywnie, niż to było konieczne. Według 7 proc. takie zachowanie mają na koncie wszyscy policjanci.
[img]https://v.wpimg.pl/LTE3NjI2JT1qfGFecAE0Z3IKYQ5nRTw9KFRgGiUde2B1A3lTfQp4eX0Dell5AX5jdRwjGT5bLXovQysN/[/img]
Użycie gazu wobec młodzieży dobrze widziane
“Policjant użył pałki służbowej wobec mężczyzny, który na wezwanie oddał broń palną, leżał obezwładniony na ziemi, ale nadal był wulgarny i wyzywał policjantów” – brzmi opis jednej z interwencji. 30 proc. badanych oceniło zachowanie policjanta jako dopuszczalne.
Co trzeci pozytywnie ocenił zachowanie funkcjonariusza, który “w reakcji na obelgi i wyzwiska ze strony grupy młodych ludzi, których kolegę legitymował, użył wobec nich miotacza gazu”.
[img]https://v.wpimg.pl/LTE4Nzk3JT1qe2FPUgI0YnAEYR5FRDw9KFNgCgccemd8B31IWQV9eWgFfU5SAnVsdg14VQZAOz0kGiQKDlQ=/[/img]
Funkcjonariusze w wywiadach deklarowali, że najważniejsze podczas interwencji jest jej sprawne przeprowadzenie. Przyznawali też, że “siła i przewaga jest kluczowa”. “Ważne, by zakończyć interwencję sukcesem – działania, jakie w tym pomagają są mniej istotne. Kluczowy jest cel, a nie metody, jakie do tego prowadzą” – podkreślono w raporcie.
"Wszystkie dostępne metody" dozwolone, a broń palna może przeszkodzić w karierze
“Policjant powinien wyegzekwować współpracę osób, wobec których prowadzi interwencję wszystkimi dostępnymi metodami” – oceniło 64 proc. badanych na stanowiskach dowódczych i 54 proc. funkcjonariuszy niższych rangą.
Z raportu wynika, że “po naprawdę ciężkie techniki i narzędzia zatrzymań (np. broń palna) funkcjonariusze sięgają w ostateczności”. “Deklarują, że ocena zasadności użycia ciężkich narzędzi może wpłynąć negatywnie na ich ścieżkę kariery. Dodatkowo – zgłaszają brak lżejszych narzędzi, które mogłyby być pomocne w zatrzymaniach (np. paralizator). W chwili obecnej „łatwiej” jest im kogoś pobić, niż ostrzegać bronią palną” – podkreślono w raporcie.
Policjanci przyznali też, że w czasem muszą używać wulgaryzmów, by “uzyskać przewagę nad osobą, która posługuje się takim językiem. Nie było to dla nich ciężkie wykroczenie.”
Według autorów raportu przypadki nieuzasadnionej agresji wynikają m.in. z tego, że funkcjonariusze nie są pewni swoich umiejętności “ze względu na słabą dostępność szkoleń i rzadki udział w trudnych interwencjach”.
Autorzy raportu podkreślają, że w 2014 roku złożono dwa tysiące skarg na agresywne zachowania funkcjonariuszy. Z ich analizy wynika, że ofiarami agresji są przede wszystkim "zwykli obywatele poddawani rutynowej kontroli”.
Wśród zaleceń, które mogą zmniejszyć przypadki agresji, wskazano m.in. specjalistyczne kursy i szkolenia. “Przełożeni niechętnie pozwalają swoim funkcjonariuszom na uczestnictwo w nich” – czytamy w raporcie z badania.
Policjanci chcą używać paralizatorów
“Funkcjonariusze postulują także lżejsze narzędzia – np. paralizatory, których nie bali by się używać podczas interwencji, a ich skutki nie byłyby tak drastyczne, jak np. broni palnej” – podkreślają autorzy.
Zlecone przez MSWiA badania wynikały z przyjętej w 2015 roku strategii dot. "naruszenia praw człowieka w policji”. “Tematyka agresji w policji nie doczekała się do tej pory stosownych opracowań badawczych” – zapisano w dokumencie, do którego dotarliśmy.
Po przejęciu władzy przez PiS w 2015 roku w MSWiA doszło do zmian kadrowych, które nie ominęły odpowiedzialnego za badanie departamentu analiz i polityki migracyjnej. – Kierownictwo tego departamentu, podobnie jak wielu innych, zostało wyczyszczone. Jedna z osób, której nie można było wyrzucić, bo jest urzędnikiem służby cywilnej zajmuje się teraz wpisywaniem danych do bazy – mówi jeden z informatorów.
Zdaniem innego rozmówcy zalecenia raportu nie były wdrażane aż do czasu, gdy TVN w maju 2017 roku ujawnił przypadek tragicznej śmierci Igora Stachowiaka. Mężczyzna zmarł po tym, jak policjanci na komisariacie we Wrocławiu wielokrotnie razili go paralizatorem.
Adam Bodnar: policja ma problem z agresją
Kierownictwo MSWiA zapewnia, że przypadki agresji wśród policjantów to wyjątki. Innego zdania jest Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. W rozmowie z Wirtualną Polską ocenia, że policja ma problem z agresją. – Takie sprawy się regularnie powtarzają od lat, dochodzi też do tortur. To trzeba wypalać żelazem. Zarówno przez karanie winnych, jak i odpowiednie szkolenia, czy odpowiednie testy psychologiczne przy rekrutacji – mówi Bodnar.
Dodaje, że tylko w 2016 roku do jego biura trafiło 27 skarg na policjantów używających przemocy.
Minister i resort unikają odpowiedzi
O treść ocenę raportu chcieliśmy też zapytać Jarosława Zielińskiego. Wiceszef MSWiA nie odbierał jednak telefonu. Ponowne złapanie ministra w Sejmie w piątek okazało się niemożliwe. Straż marszałkowska wprowadziła tego dnia nowe zasady i szczelnym kordonem oddzieliła dziennikarzy od wychodzących z Sejmu polityków.
Wcześniej wysłaliśmy szereg pytań do biura prasowego MSWiA. Pytaliśmy o wyniki badania, jego koszt i o to, komu zostały przekazane jego wyniki.
Biuro prasowe nie odpowiedziało na pytanie o wyniki i koszty badania. Zapewniło za to, że Zieliński przekazał raport Jarosławowi Szymczykowi, komendantowi głównemu policji, "ze wskazaniem wykorzystania zawartych w nim rekomendacji".
Nieoficjalnie ustaliliśmy, że resort wydał na badanie 100 tys. zł.
Raport trafia do działu kadr
O raport pytamy Krzysztofa Łaszkiewicza, pełnomocnika komendanta głównego ds. ochrony praw człowieka, który twierdzi, że dokument trafił do działu kadr komendy.
– Raport nie jest tajny. Nie dostałem w jego sprawie wytycznych, ale mam go i z niego korzystam – zapewnia.
Może go pan udostępnić? – pytamy.
– Nie mogę. Zgodnie z zasadami proszę się zwrócić do rzecznika prasowego – mówi Łaszkiewicz.
– Raport nie powstał ze względu na problem z agresji w policji, tylko na skutek zaleceń komitetu Rady Europy. Zachowania agresywne to są szczątkowe przypadki – podkreśla.
Odmiennego zdania jest Grzegorz Karpiński, który był wiceszefem MSWiA w 2015 roku, gdy resort zlecił badanie. – Rada Europy odegrała pewną rolę, ale dostrzegliśmy też, że policja ma problem z agresją. Mówili nam o tym sami funkcjonariusze – przyznaje.
https://wiadomosci.wp.pl/dotarlismy-do-porazajacego-raportu-o-agresji-w-policji-ktory-ukrywa-mswia-6191608766895745a
- Edytowany
a tymczasem, w Rosji (3 godziny skrócone do 1 minuty)
https://videos.metro.co.uk/video/met/2017/11/24/6916700156125099519/480x270_MP4_6916700156125099519.mp4
GIF wycofuje ze sprzedaży syrop uspokajający
Syrop uspokajający Hydroxyzinum Espefa został wycofany z aptek w całym kraju przez Główny Inspektorat Farmaceutyczny.
Decyzja GIF dotyczy kilku różnych partii leku. Urząd informuje, że w syropie wykryto niezidentyfikowane zanieczyszczenia.
więcej: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/gif-wycofuje-lek-syrop-hydroxyzinum-espefa-hydroksyzyna/1ypc6v4
Uspokajał tak, że się widziało smoki grające w karty z owcami.
[quote='KruszynaKSC' pid='1292071' dateline='1511797705']
Ja chce takie piwo w Krakowie!!!Mistrzostwo!!! Mysle ze zbilo by sie kokosy na czyms takim :D :D :D
[video=facebook]https://www.facebook.com/LADbible/videos/3235281243185710/[/video]
[/quote]
ja też, ale to jest fake :P
nawet w Niemczech nie ma takiego piwa
Bambo parkowania
[video=youtube]https://www.youtube.com/watch?v=5RXtlhqZ-7Y[/video]
Cześć, wygląda na to, że interesuje Cię ten temat!
Kiedy utworzysz konto, będziemy w stanie zapamiętać dokładnie to, co przeczytałeś, dzięki czemu możesz kontynuować dokładnie w miejscu, w którym skończyłeś. Otrzymasz również powiadomienia, gdy ktoś Ci odpowie. Możesz także użyć „Lubię to”, aby wyrazić swoje uznanie. Kliknij przycisk poniżej, aby utworzyć konto!
Aktualnie przeglądający (1 użytkowników)
Goście (1)