Oczywiście chodzi o sparafrazowanie słów pewnego rabina.
https://www.wprost.pl/214629/Szokujace-slowa-rabina-Goje-jak-zwierzeta-pociagowe-maja-sluzyc-Zydom
-
-
znalezione w internecie ...
Międlar sprytnie sprowokował słowami :D Udało mu się, przetworzyć słowa żydowskiego rabina. Ciekawe, jaki by był szum w Polsce, gdyby takich słów wobec niewiernych lub innowierców użył np. Dziwisz. Już teraz atakuje się Jędraszewskiego za wszystko.
Rabin Owadia Josef, duchowy przywódca partii Szas wchodzącej w skład koalicji rządzącej Izraelem oznajmił, że "goje rodzą się po to, by służyć Żydom". – Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będą orać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie - zapowiedział rabin podczas przemówienia w synagodze. Potem porównał osoby, które nie są Żydami do... zwierząt pociągowych - pisze "Rzeczpospolita".
Zdaniem rabina, gdyby goje nie mogli służyć Żydom "nie mieliby po co istnieć". Tłumacząc zaś długowieczność ludzi pochodzenia nie-Żydowskiego rabin Josef użył plastycznej metafory porównując takich ludzi do... osłów. – Wyobraźcie sobie, że zdechł wam osioł. Stracilibyście w ten sposób pieniądze. To jest taki sam sługa. Właśnie dlatego goj otrzymuje długie życie. By dobrze pracować dla Żyda - mówił rabin.
[img]https://img.wprost.pl/_thumb/e0/90/a8778a0d1c967afbfacbaa540a4e.jpeg[/img]
6 dni później
w cztery minuty 9 miesięcy - zajebisty filmik :)
https://www.youtube.com/watch?v=nL2cjZiHRR4
24 dni później
symboliczny przelot izraelskich F-15 nad Auschwitz w 2003 roku.
[img]https://pbs.twimg.com/media/DCTMRjYXYBcpm_r.jpg:large[/img]
nie pamiętam tego faktu...mocna symbolika.
Słowa wypowiedziane wtedy przez któregoś z izraelskich premierów "Przybyliśmy zapóźno.", zostały później wyśmiane przez co mądrzejszych żydowskich historyków. Co byście zrobili palestyńscy i amerykańscy żydzi? Nic. Nic nie mogliście nic nie chcieliście,nic byście nie zrobili. Na ocalałych z Shoah mówiliście mydło.
Weterani wojen o niepodległość Izraela, wyśmiewają dzisiejszy stan wyszkolenia i morale w siłach zbrojnych. Koronny przykład to atak komandosów marynarki na turecki konwój humanitarny, gdzie zielony beret weteran obezwładniał ich jak małych chłopców gołymi łapami.
ŚWIEŻO MALOWANE
Jak potwierdziło Interii Ministerstwo Cyfryzacji, jeszcze w tym roku zostanie uruchomiona usługa mID, czyli dostępu do cyfrowych dokumentów. Dla kierowców to szczególnie istotne, bo dzięki cyfryzacji nie będą musieli wozić przy sobie prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego i potwierdzenia zawarcia polisy OC. Wystarczy telefon!
Czytaj więcej na http://motoryzacja.interia.pl/raporty/raport-polskie-drogi/wiadomosci/news-bez-mandatu-za-brak-dokumentow,nId,2406167#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome
14 dni później
Greckie wakacje Polaków z disco polo, wódką i kiełbasą
Podrygują nawet najbardziej oporni, puszczają hamulce i powoli coś nas ciągnie, żeby utworzyć wielkiego tańczącego węża.
Zjeżdżamy po stokach gór Osa w stronę Morza Egejskiego. Z lewej migoczą szmaragdowe fale, z prawej na białym murze żarzy się w słońcu kolorowe graffiti: „ARKA GDYNIA” i „CRACOVIA PANY”. Andrzej, smutny, pokazuje palcem: – Zapomnieli o Widzewie.
Ktoś woła, że to już, więc przyklejamy nosy do rozgrzanych szyb. W dole widać maleńką jak kamyk wioskę – Kokkino Nero. Jedziemy tam na urlop. Wśród cyprysów i oliwek będziemy jeść kiełbasę z grilla, oglądać polskie komedie i słuchać disco polo. Zabrałem się, żeby sprawdzić, po co wyjeżdżać z Polski, żeby dalej być w Polsce.
A to jest mój pamiętnik z wakacji.
Środa. Wężykiem na Majorkę
Autobus hamuje na suchym żwirze, wyciągamy walizki.
– No, kurwa, oszuści! – klnie Damian, bo niebo jest pochmurne, a foldery obiecywały żar.
– Za to powietrze! – szturcha mnie Alicja. – Niech pan wciągnie. Inne! Rześkie!
– W Bieszczadach lepsze – wtrąca się starsza pani.
– Pan wciągnie! – szturcha dalej Alicja.
Anna i Edward robią zdjęcia drzewom. Ktoś woła, że w końcu wakacje. Damian wyjmuje z torby biało-czerwoną flagę z poliestru.
Kokkino Nero została odkryta turystycznie kilkanaście lat temu. Przyjeżdżają tu głównie Polacy. Biura podróży zachęcają do zakupu wycieczki tym, że w Kokkino można zobaczyć polskie napisy na witrynach („Kurtki skórzane, futra – okazja!”), zjeść polskie danie („Zapraszamy na mielone”), dogadać się w sklepie po polsku i napić żubrówki. W tej polskiej dolinie powstała w tym roku jeszcze dodatkowo polska strefa, wakacyjna wioska dla Polaków, z tańcami, zabawami i atrakcjami po polsku. Biuro podróży w swojej ofercie zaznaczyło to tłustym drukiem na czerwonym tle. Kręcimy się po żwirze z walizkami, trochę podekscytowani i trochę zagubieni, jak dzieci w obcym mieście.
Mamy swoich opiekunów. Dbają, byśmy zwiedzając świat, przypadkiem się o ten świat nie otarli i nie poczuli zbyt nieswojo. Z lotniska odbiera nas rezydentka Agnieszka i prowadzi pod drzwi ośrodków Katerina, Alexis, Calypso i Oasis. O to, żebyśmy mieli do czego wywijać w polskiej strefie, zadba didżej Mateusz, a opornych rozkręci wodzirej Bartek. Nad wszystkim czuwa rezydent Robert. Jesteśmy z Raciborza, Radomia, Warszawy, spod Płocka, z Gliwic i Bytomia. Głównie po czterdziestce. Przedsiębiorca, nauczycielka, właściciel pizzerii z małego miasta, była księgowa, sprzedawca w sklepie z używkami dla sportowców, elektryk, agent nieruchomości, pracownik firmy remontowej i urzędu miasta. Godzinę później snujemy się główną uliczką Kokkino, w stronę morza. Kilka sklepów, tawern, piekarnia, dyskoteka King Size, hotele, kamienista plaża. Mijamy po drodze głównie Polaków z innych wycieczek, ale czasem można wypatrzyć jakiegoś Greka.
Grecka Polska, czyli nasza strefa, znajduje się przy plaży obok hotelu Aqua Rosa, ma kilkadziesiąt metrów kwadratowych i jest w kolorach tęczy. Od 18 do 23 czekają na nas tu polskie filmy i quizy („Kochamy polskie seriale”). Można się integrować, grać w warcaby, pić alkohol, tańczyć.
Na razie jest pusto. Anna i Edward robią zdjęcia falom. Damian idzie do baru po piwo, a ja na plażę. Zasypiam od szumu fal. Budzi mnie projekcja filmu:
„– Chyba, kurwa, pomyliłeś panie, Mareczku!!!”.
Przy okazji filmu cała plaża słucha ścieżki dźwiękowej – dziś z „Lejdis”.
Damian mówi, że ominął mnie konkurs ze znajomości cytatów z filmu. A mogłem wygrać wiatraczek. Głos mu trochę zwalnia, wypił czwarte piwo.
– Kolego, ja muszę wyjść z tym all inclusive na swoje.
W strefie nadal pusto. Wodzirej Bartosz dopina guzik białej koszuli i zapowiada, że już za chwilę w strefie Polska będą szalone tańce. Oglądamy się, ale nikogo więcej tu obok naszej piątki – mnie, Damiana, starszej pani, która zasnęła w hamaku, i pary, która gra przy stole w warcaby – nie ma. Ludzie zaczynają się jednak schodzić, gdy zachodzi słońce. Białe wino krąży w plastikowych kubeczkach.
– Szybciej, szybciej. Polska strefa! – zachęca wodzirej Bartosz, gdy próbujemy wywijać hula-hoop w konkursie na najlepiej wygimnastykowanego Polaka w Kokkino.
– A teraz Polacy na Majorce! – woła Bartosz, a didżej Mateusz puszcza „Mallorcę” zespołu Loft i zaczynają się tańce.
„Ooo!” – niesie się. Po chwili podrygują nawet najbardziej oporni, puszczają hamulce i powoli coś nas ciągnie, żeby utworzyć wielkiego tańczącego węża.
Edward, który zna się na owadach i nawet zamierzał kiedyś zbierać motyle, powie mi za chwilę, gdy taniec się skończy, że przypomina mu to koniki polne z Egiptu. Wraz z rozpoczęciem pory deszczowej zbijają się w grupy i zaczynają stykać odwłokami z innymi konikami. Od tego stykania koniki zaczynają się zmieniać, a potem lecą na niekończącą się imprezę. Czyli zostają szarańczą.
Tymczasem stykamy się odwłokami w rytm przeboju zespołu Weekend.
"Wąsate Janusze jadą na lotnisko, pewnie wycieczka all inclusive" - Ziemowita Szczerka "Traktat o Januszach"
Czwartek. Polak jak przyprawa
– Polak to stworzenie bardzo zestresowane – opowiada rezydent Robert na poranku zapoznawczym. Słuchamy go rozłożeni na tęczowych leżakach.
– ...ciężko pracuje i zasługuje przecież na jeden krótki urlop w roku. Czy nie zasługuje?
– Zasługuje – odpowiadamy.
– Znajdzie chwilę, pojedzie odsapnąć – i co się okazuje? Że w Międzyzdrojach morze zimne, że wiatr do ucha dmucha, tłumy, drogo. A tu to co innego.
Ile kosztują wakacje nad polskim morzem? "Jest drogo. A przecież nie mogę wrócić goły..."
– Po co polska strefa? – pyta też wodzirej Bartosz. I zaraz sobie odpowiada: – Żebyśmy czuli się w Grecji komfortowo. Żeby czuć komfort, rozmawiając po polsku, pijąc polskie piwo i jedząc polskie jedzenie.
Na sobotę zapowiadają grill. Trzeba będzie tylko przynieść karteczkę z programem polskiej strefy, którą dostaliśmy od biura podróży, żeby – zaznacza rezydent Robert – żaden Grek nie połasił się na naszą kiełbasę.
– Ale mili państwo! – mówi dalej rezydent, otwierając kolorowy katalog. – Żeby wakacje były udane, musicie wykorzystać ten czas jak najpełniej. Mam tu wspaniałą ofertę wycieczek fakultatywnych, są na Meteory, są do Aten. Warto! A dlaczego warto? Opowiem historię. Wracałem z wakacji w Maroku i w samolocie siedziało obok mnie małżeństwo. Ona powiedziała: „Staszku, to Maroko jest bardzo przereklamowane”. Oglądali akurat zdjęcia z wakacji: oni przy basenie, on w hotelu na obiedzie. Ten jej Franek wzruszył ramionami, to wtedy ja biorę swój aparat i im pokazuję: na pierwszym zdjęciu buszuję wśród aromatycznych przypraw na bazarze, na drugim dosiadam wielbłąda pośród zachwycających piasków pustyni, na trzecim jestem na gwarnym placu Marrakeszu... Ona mówi z żalem: „A widzisz, Józek...”.
– To w końcu Stachu, Franek czy Józek? – woła ktoś z leżaka.
– Kręcisz.
– ...a dla prawdziwych mężczyzn mamy jeep adventure, czyli greckie safari z opcją polowania na dzika. Pojedziemy w góry, popatrzymy, jak żyją sobie prawdziwi Grecy. Dostaniemy strzelbę i ustrzelimy dzika, no, nie prawdziwego, ale makietę.
Na wyprawę do Aten nie ma wielu chętnych, bo to pięć godzin autobusem w jedną stronę i pięć w drugą, trzeba wyjechać w nocy i wrócić w nocy. Za to całkiem sporo z nas wybiera się na wycieczkę autokarem do Lidla. Wycieczka kosztuje 5 euro, autokar z chętnymi wyrusza codziennie wieczorem spod siedziby biura podróży w Kokkino Nero. Podwozi do hipermarketu w pobliskiej Leptokarii, czeka, aż wszyscy zrobią zakupy, i zabiera z powrotem. Jadę. Oglądamy przez szybę widoki, morze i szczyty gór znikające za mgłą. Ktoś z tyłu śpiewa: „Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę...”. Rozchodzimy się po sklepie, oglądamy promocje.
– A kurczaczki tutaj takie tanie!
– Taka pierdoła, a 10 euro!
Kupujemy oliwki i ouzo na prezenty dla rodziny oraz wino, wódkę i przekąski dla siebie na wieczór, bo w turystycznym Kokkino dużo drożej.
Wracamy, a w strefie kończy się seans „Kilera”. Znów spóźniłem się na quiz. Dziś należało pamiętać, co powiedział Wąskiemu Siara, i można było wygrać wiatraczek.
Pociąg w polskiej strefie rusza się teraz w rytmie lambada.
Idę nad morze, przysiadam się do Andrzeja, choć piosenka za plecami nalega, żebym wracał:
„Tańcz, tańcz, tańcz, kiedy inni tańczą. I pij, pij, pij drinka z pomarańczą”.
Rozmawiamy o pogodzie, Grecji, o rodzinie. Andrzej, właściciel małej pizzerii w małym mieście, skarży się na syna. Bo ma z nim taki problem: nie może srajdka od monitora odlepić. Nie ma, pętak, nawet dziewczyny, chyba tylko gołe baby z sieci. I co? Wnuki Andrzeja też może będą z internetu?
– Wy, młodzi, dzisiaj to naprawdę jacyś popieprzeni jesteście – patrzy na mnie.
Tłumaczę, że właściwie to skończyłem trzydziestkę, tylko niewyrośnięty jestem.
– Jesteście, jesteście – upiera się Andrzej. – Pracować się wam nie chce. Nic wam się nie chce. A ja chciałem go trochę wyciągnąć od matki, świata pokazać. To siedzi w pokoju.
„I skacz, skacz, skacz, kiedy inni skaczą” – nadają głośniki, że nie słychać szumu fal.
Nieme morze rozbija się o skały. Pytam Andrzeja: „Dlaczego polska strefa?”.
Mówi, że pojechałby do Juraty, ale w Juracie za dużo Polaków.
– Co?! – krzyczę, bo wydaje mi się, że nie zrozumiałem przez hałas.
– Żar-tu-ję!
Ale potem dodaje, że nad Bałtykiem to jednak hordy w parawanach, a tutaj nie dość, że morze ma inny kolor i temperaturę, to jeszcze dogadać się po polsku można, swojsko, czyli dobrze, a jednak nie tak tłoczno.
– Bo wiesz, Polacy są jak przyprawa – żartuje. – Niemcy też jeżdżą na Majorkę, cała jest niemiecka, a Rosjanie do Turcji. I też się wszyscy trzymają w kupie.
– I mają takie niemieckie strefy?
– Nie wiem. Co za różnica? Szkoda, że nie mamy takiego swojego miejsca jak Majorka dla Niemców. Kiedyś nawet o tym myślałem, że to wielka szkoda, że Polska nie miała kolonii w ciepłych krajach.
– Słucham?
– Nie żebym to popierał. Ale zobacz, jakbyśmy fajnie mieli, byłoby dzisiaj gdzie jeździć. Francuz leci do Maroka, zjada croissanta na śniadanie, z każdym się dogada, wiedzą, kim jest. Czuje się jak w domu.
„Tak, to my i wy skaczemy, aż się trzęsie ziemia, bez wytchnienia jak ja i ty, bo my spełniamy tylko twe pragnienia, tak przez wszystkie dni” – dudni głośnik.
Piątek. Ciemności kryją Grecję
Krystek uważa, że chyba kogoś słonko południowe przegrzało. Co to ma być? Leje deszcz, od rana w hotelach nie ma też prądu ani internetu, siedzimy przy świeczkach. Ktoś ma karty, to gramy – raz w świnię, raz w wojnę. W wojnę idzie najlepiej, ale też się szybko nudzi. Alicja narzeka, że obejrzałaby „Wspaniałe stulecie”. Edward opowiada, że gdy był dzieckiem, to wciąż siedzieli tak przy lampach naftowych, więc co my narzekamy.
Damian karmi kota, który się przybłąkał. Chyba jest bezdomny.
– Kici, kici, kiciulku – mówi i głaszcze czule. – Kto ci tak łapkę poharatał? Skopałbym gnojka, wiesz? Jak można tak pięknego kotka urządzić. Kici, kici, nie masz domu? To chociaż imię ci dam: Marszałek.
Rozmawiamy o wakacjach. Alicja opowiada o Węgrzech i Bułgarii. Lata 80., co za czasy! Za granicę mało kto wyjeżdżał i w takiej Bułgarii mogła się poczuć jak Kleopatra. Te wieczory z muzyką, nawet ten obcy język, inne wrażenie to wszystko robiło. Aż ma ciarki.
– Kiedyś koreczek z sera i szynki był wykwitną przystawką na przyjęciu. A teraz wszystko już nam zbrzydło – smuci się.
Damian wspomina lato u babci, jak jeździł na kombajnie, jak spadł z jabłonki i jak swojej pierwszej dziewczynie zbierał chabry.
Andrzej przyznaje, że właściwie lepiej się czuje, gdy pracuje – na wakacjach szybko się męczy. I coraz mniej mu się chce poza Polskę wyjeżdżać.
– Kiedyś w byłem w Egipcie i na bazarze widziałem, jak jeden drugiego dźgnął nożem między żebra. Nóż, rozumiesz, nóż między żebra. To jest jakaś inna kultura, niepojęta.
– Zupełnie nie do pomyślenia. Żeby kiedykolwiek w Polsce człowiek człowieka nożem – żartuję.
– Dokładnie. Za sąsiada nie chciałbym takiego mieć – odpowiada Andrzej poważnie.
Alicja: – Ale na wakacje do nich pojechałeś!
Jeśli chodzi o wakacje, to najlepsze Andrzeja były te po maturze. Pojechali nad polskie morze, pod namioty i była tam taka Iza, która śpiewała z gitarą, miała czarne loki. Wtedy nie miał odwagi, ale jakby teraz się przeniósł w czasie. A może nie? Słyszał, że ta Iza została strażniczką miejską. Całkiem mu to jej obraz zburzyło.
– Wtedy, po maturze, inaczej człowiek odpoczywał. Spokojniejszy był, życie jakoś chwytał.
A jak Andrzejowi jest tutaj, w polskiej strefie?
– To dobry pomysł na Polskę. Są Polacy, zabawa, grill, muzyka. Tylko bez Sejmu, bez wojny domowej. Mi się tak podoba...
– Nie dziwnie? – pytam.
– Trochę dziwnie. Trochę ulga, a trochę dziwnie – ktoś odpowiada.
– ...sobie siedzieć razem i nie słuchać, kogo ta „Klątwa” obraża, kogo nie obraża – ciągnie Andrzej. Niepotrzebnie chyba precyzuje i podaje przykład, bo zaraz kilka osób zaczyna się sprzeczać, kogo „Klątwa” obraża, a kogo nie.
Rozchodzimy się więc w ciemnościach do łóżek.
Sobota. W wodzie biało-czerwonej
Woda, w której moczę się z panią Alicją, ma kolor czerwony. Podobno będziemy od niej zdrowsi, ale czuję się raczej, jakbym kąpał się w wywarze z zardzewiałych śrubek. Woda jest czerwona przez wysoką zawartość żelaza. Od źródła szczawy żelazistej pochodzi też nazwa miejscowości – Kokkino Nero to znaczy Czerwona Woda.
W polskiej strefie żartujemy, że powinni ją już zmienić na: Biało-Czerwona Woda.
Alicja wciera sobie rdzawą wodę w łokieć i opowiada, gdzie już była na wycieczkach: Egipt, Grecja, Turcja, Chorwacja, Bułgaria.
– I co się pani najbardziej podobało?
– Bo ja wiem? Świat to jednak jest mniej różnorodny, niż się wydaje. Wszędzie jest bardzo podobnie – odpowiada.
Jest emerytowaną księgową, ostatnio czuje się trochę samotna. Męża już nie ma, znajomości się porozpadały, wszyscy mają swoje sprawy. Jak pozbiera pieniędzy, to jedzie na wycieczkę. Ale to też zaczęło ją nudzić. Wszędzie podobnie: hotele, morze i słońce. Przyjechała do polskiej strefy, bo brakowało jej integracji, poznawania się. Kiedyś w Bułgarii (ach, Złote Piaski!) to całkiem łatwo było kogoś poznać, nawet z innego kraju. A teraz obcokrajowiec to nic takiego, jakoś przestało się zwracać uwagę i jakoś paradoksalnie trudniej przyjaźnie nawiązać.
– O, zmarszczuchy mi się na palcach porobiły – wynurza się ze studzienki.
Na obiedzie Magda z Katowic skarży się na sklepikarza ze wsi: – Zapytałam po polsku, gdzie jogurty, to pokazał. Znaczy, rozumie, ale po polsku odpowiedzieć „dzień dobry” nie odpowie. No, niech nie mówi, jak nie chce. Ale dlaczego nie chce? Może się wstydzi?
Stolik obok: – Nie wszyscy mówią. Ja się nie mogłam dogadać. Mogliby mówić. A co tam dzisiaj? Makaron? Znowu ich mielone? Ich mielone to powiem szczerze pani: dwa razy gorsze są od naszych mielonych.
– Ojciec! Nudle ci z talerza zwisają – woła Anna do Edwarda, gdy ten wraca z talerzem makaronu do stolika, do którego się przysiadłem.
Pochodzą z Bytomia. To ich pierwsza podróż zagraniczna. Nawet im się bardzo nie chciało jechać, ale cała rodzina opowiada, gdzie to nie była, i dopytuje: a wy w tym roku? Nie chcieli znowu mówić, że nad Śniardwy. Wybrali polską strefę, żeby zrobić mały kroczek – trochę być w Polsce, a trochę już za granicą.
– I jak państwu tutaj?
– Dobrze. Ale na Mazurach więcej by było do roboty.
Ewa i Piotr przyjechali z dzieckiem i rodzicami.
Ewa: – A, taki spontaniczny, szybki wypad.
Piotr: – Na prawdziwe wakacje pojedziemy na Bali.
Wieczorem grillowanie. Do tej pory żaden film ani quiz, ani dyskoteka nie zebrały tu takiej frekwencji jak polska kiełbasa. Podkład muzyczny też jest odpowiedni: „Będziemy pić, to prosta sprawa. Jesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypada”.
– Bijemy rekordy frekwencji polskich stref! Jesteście wspaniali! – woła wodzirej Bartosz.
„To są dobra narodowe: disco polo, klin, schabowe. Dalej wszyscy w górę, sto lat! Z picia wódki mam doktorat”.
Damian puka mnie w ramię i pokazuje, że jakaś kobieta krzyczy do faceta, żeby najlepiej od razu wracał do Raciborza.
A potem sama zgarnia trochę kiełbasy w torebkę i chowa w kieszeń. Mówi, że dla Marszałka, bo taki chudy.
Disco polo w wielkim mieście. Będzie ostro. Reportaż Marcina Wójcika
Niedziela. Ambasador kraju
Biało-czerwoną flagę z poliestru Damian wbił tuż przed hotelem. Gdy gdzieś wyjeżdża – tłumaczy – to czuje się, jakby był ambasadorem, i ją zabiera. Przechodzimy obok straganów z pamiątkami. Oglądamy azteckie bransolety, indyjskie chusty, ręczniki z napisem „Greece” (made in China), koszulki z Panteonem (made in Bangladesh). Sprzedawca pokazuje na koszulkę Damiana z czerwonym wilkiem, a Damiana nie trzeba więcej zachęcać: opowiada, że to w hołdzie wilkom poległym.
– Bo nie wiem, czy wiesz – ciągnie – o partyzantach i o Katyniu. Że gdyby nie my, to wszędzie tutaj byłyby łagry. Czerwonych powstrzymaliśmy już w 1920. Nie wiem, czy wiesz, ale my was ocaliliśmy.
Grek kiwa głową. – Dobrze, dobrze – pokazuje kciuk do góry.
Damian pracuje w remontach, przyjechał z narzeczoną, która całe dnie się opala, więc on nie ma co robić. Snujemy się po kamienistej plaży. Damian robi zdjęcia: skała zanurzona w falach, konar drzewa. Sporo śmieci, trudno złapać kadr.
Przypominam mu to kilka godzin później, kiedy sam ciska butelkę w morze.
– Karmimy się złudzeniami – mówię. – Przeglądamy wyidealizowane zdjęcia z wakacji, a na miejscu okazuje się, że tłumy przyjeżdżają coraz większe, wybrzeża są betonowane, rosną nowe hotele i więcej jest śmieci. A to prawdziwe miejsce powoli znika. To znaczy, że chyba samo miejsce i ta przyroda tak naprawdę mało nas interesuje. Jak tu jest, na jak długo to zostanie, jakie tu ludzie mają problemy?
Damian: – Ale pierdzielisz. A co myślą ludzie na Helu? Jakie mają problemy? To wiesz? To czym się Grecja różni? To nigdzie nie można byłoby pojechać i odpocząć sobie. Wszędzie trzeba byłoby myśleć.
Idziemy na obiad. Catering spóźnia się pół godziny i robi się trochę nerwowo. Grecy też zdenerwowani, odpalają papierosa od papierosa.
– Patrz, a jednak rzeczywiście leniwi – rzuca ktoś znad pustego talerza.
– No co jest!? – nie wytrzymuje mężczyzna w różowej koszuli.
Alicja szepcze do ucha, że na każdych wakacjach znajdzie się jeden, co się piekli.
W końcu obiad dociera, kolejka z talerzami i sztućcami ciągnie się na kilkanaście metrów.
Wieczorem ma być projekcja „Kiler-ów 2-óch”, ale głosujemy, że skoro dziś nie pada, to wolimy dłużej tańczyć.
Poniedziałek. Antropologia przy płocie
Wziąłem ze sobą do poczytania „Smutek tropików” Claude’a Lévi-Straussa.
„Nienawidzę podróży podróżników – czytam na plaży. – Amazonia, Tybet, Afryka zalewają księgarnie w postaci książek podróżniczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych, w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie może ocenić wartości przytoczonych informacji. Nie pobudzają jego zmysłu krytycznego; przeciwnie, żąda coraz więcej strawy i pochłania ją w olbrzymich ilościach (...). Jakieś dwadzieścia lat temu nie podróżowano wcale, a opowiadacze przygód nie byli pięcio- lub sześciokrotnie przyjmowani w przepełnionej sali Pleyela”.
To było w latach 50. Myślę, co powiedziałby Lévi-Strauss dziś, kiedy w Europie podróżują wszyscy, kiedy właściwie jest przymus podróżowania.
Slumsowa turystyka: klasa średnia zwiedza dzielnice biedy
Na stronie o świadomym podróżowaniu znajduję dane: w 2012 roku w celach turystycznych poza granice kraju wybrał się miliard ludzi, a podróże i transport pasażerski to 30 proc. światowego eksportu usług. Ale skoro podróżujemy tak dużo, to czy znamy i rozumiemy siebie też dużo lepiej?
Od strony baru słyszę motyw z „Greka Zorby”. Leci czwarty dzień. Grecy namawiają kogoś, żeby wziął udział w tradycyjnym tańcu. Tak naprawdę taniec Zorby został wymyślony na potrzeby filmu z 1964 roku. Przypominam sobie, że w Warszawie wśród pamiątek widziałem ostatnio biało-czerwone matrioszki. Sprzedawca, gdy go o nie spytałem, powiedział, że sprzedaje, bo zachodniemu turyście się tak kojarzy, to co ma robić.
A potem zasypiam. Śni mi się Claude Lévi-Strauss. Pije z nami wino w polskiej strefie i mówi, żebym zachowywał się cicho i ostrożnie, bo przebywa tu właśnie na obserwacji antropologicznej. W końcu zamienia się w wychudzonego kota w ciapki, a ja się budzę.
Wieczorem oglądamy „Poranek kojota” i bierzemy udział w konkursie „Jaka to nuta”. Zgadujemy melodie z „kultowych polskich seriali”: „Czarne chmury”, „Matki, żony i kochanki”...
– To jest Kloss! Kloss! – ktoś woła.
– Poproszę o tytuł serialu.
– No serial o Klossie, kurka!
– To były czasy, to był serial.
Damian wygrywa wiatraczek.
Przy płocie polskiej strefy stoi grecka rodzina. Wpatruje się w nas z uważną ciekawością, jak mógł się wpatrywać Lévi-Strauss w Indian z Puszczy Amazońskiej.
Wtorek. Cali na biało
Krystek, który pracuje w sklepie z używkami dla sportowców, śmieje się, że dziś impreza jest tylko dla białych. Wodzirej Bartosz zapowiedział white party. Trzeba się ubrać na biało. Szukamy po walizkach białych koszulek, niektórzy owijają się w prześcieradła, robią czapki z kartek. Wodzirej wypożycza nam puchate białe peruki.
Pani Hela chowa sobie jedną do torby.
– Natalka się ucieszy.
Nie jestem pewien, czy wszyscy tu wiedzą, że white party wzięła się z barów gejowskich. Koniecznie chcę powiedzieć to Damianowi, ale nigdzie go nie widzę.
„Kiedy myślisz, że jest źle, że już nic nie zmieni mnie, mylisz się, kochanie. Kiedy czasem wkurzam cię, masz ochotę zabić mnie...” – płynie po plaży.
Wąsacz w koszuli w kwiaty okręcony prześcieradłem wiruje i woła, że dziś zabalujemy jak bogowie z Olimpu. Trwają wybory króla i królowej balu. Andrzej podrywa panią Kasię. Razem z wokalem z głośnika śpiewa jej: „Ale, ale, Alexandra. Ale, ale, ale ładna. Taka, taka, taka skromna. Taka, taka sexy bomba”.
Potem rozmawiamy przy barze. Mówi, że wielka szkoda, że już jutro wyjeżdżamy. Pogadali z synem i mają już jakąś nitkę porozumienia. I że wypoczął.
– Ale bardziej dlatego, że z dala od Polski, czy dlatego, że w polskiej strefie, wśród swoich? – pytam.
– Nie wiem. Może Polakowi najlepiej jest właśnie w takiej Polsce, która jest daleko od Polski – mówi i znowu idzie tańczyć z panią Kasią.
Środa. Powrót
– Patrz, jak się wczoraj zjarałem, ruszać się nie mogę – mówi Damian. Cały się świeci od kremu. Żartuje, że jak zdejmie bokserki, to też będzie biało-czerwony, chociaż bardziej w stylu Monako. Alicja zachęca, żeby jeszcze raz zachłysnąć się, na drogę, tym wspaniałym powietrzem.
Anna i Edward robią zdjęcia autokarowi, właśnie podjechał. Jest piąta rano, wracamy. Tym razem z prawej fale, a z lewej „ARKA GDYNIA” i „CRACOVIA PANY”.
Lądujemy w Warszawie.
– Nareszcie w Polsce – wzdycha ktoś z tyłu.
Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,22030172,greckie-wakacje-polakow-z-disco-polo-wodka-i-kielbasa.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza
9 dni później
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/348289-co-robic-z-prawicowymi-rodzicami-i-ich-dziecmi-czyli-walka-z-faszyzmem-w-niemieckich-przedszkolach-takie-dzieci-ciezko-odroznic-od-innych
ciekawy artykuł
6 dni później
Pies ratuje sarenke...Piekny film.
[video=facebook]https://www.facebook.com/goodboystorm/videos/463196627374056/[/video]
- Edytowany
Ja nie wiem co się z tymi psami porobiło. Przedwczoraj w gazecie (metro u.k) 3tałem, że młode małżeństwo wzięło sobie sierściucha z azylu. Przygotowali mu solidną ocieploną budę, wyścieloną milutko kocyczkiem. Rano (po pierwszej nocy), nie znaleźli w budzie ani psa, ani kocyczka . Skurwiel spał przy samym ogrodzeniu na połówce pledu, na drugiej przeciągniętej pod ogrodzeniem spał bezpański ziomek, co przykulał się nocą zziębnięty.
[IMG]https://uploads.tapatalk-cdn.com/20170719/f170ed6dc822f7c46320199d3a016470.jpg[/IMG]
ŚWIEŻO MALOWANE
A tu jeszcze zdjęcie z drona co kolo fruwał nad jeziorem.
Ktoś wyciągnął korek.
[IMG]https://uploads.tapatalk-cdn.com/20170719/4b07c43e7b39c98f2911602fb22dae02.jpg[/IMG]
ŚWIEŻO MALOWANE
13 dni później
Rowerzysta http://trojmiasto.onet.pl/mial-42-promila-i-jechal-na-rowerze-zatrzymala-go-straz-graniczna/czb6fb2
I jechal :) :) :)
[quote='KruszynaKSC' pid='1266838' dateline='1501669220']
I jechal :) :) :)
[/quote]
Na niezłych dopalaczach . :D
Musiał jakoś wrócić i pewnie liczył na to, że jadąc Kołobrzegu nikt nie zauważy. :D
To już nie takie śmieszne:
[url]https://wiadomosci.wp.pl/tragiczny-final-grzybobrania-zaciela-sie-nozem-ratownicy-znalezli-ja-martwa-6150617878939777a[/url]
Ale zastanawiające, że została ranna w...szyję.
4 dni później
- Edytowany
Doktor Linda powraca. Śledzimy internistkę i oszustkę, która ośmiesza polską służbę zdrowia
Dyrekcjom placówek służby zdrowia doktor Linda H. spada zawsze jak z nieba. Weźmie pracę na najgorszym stanowisku. Jest niezawodna, zawsze do dyspozycji, zawsze zadowolona.
Pamiętacie doktor Lindę H., internistkę udającą psychiatrę? Tę, która wypuściła na wolność schizofrenicznego mordercę w Nowej Zelandii, a potem została szefową psychogeriatrów w Tworkach? Tę, która wyłudzała kredyty, nie płaciła długów, miała w domu fabrykę dowodów osobistych, dyplomów, recept i pieczątek oraz pokaźne ilości narkotyków? Której wstrzymano paszport, umieszczono w rejestrze osób poszukiwanych, a ona i tak poleciała do USA? Którą Amerykanie deportowali do Polski, a ona mimo to nie została zauważona przez polską policję i spokojnie podjęła pracę w państwowym szpitalu? Tę niecierpianą przez kolegów, a stawianą za wzór przez pracodawców? Tę, która od 17 lat ośmiesza polski system ścigania przestępców i polską służbę zdrowia, po ośmieszeniu nowozelandzkiej? Otóż u niej wszystko po staremu. Nadal ośmiesza.
Lekarz pierwszego braku kontaktu
2015 i 2016 rok. Gorzów Wielkopolski
„Czego się pan nażarł? Od czego taki duży bebech jest?” – usłyszał od doktor Lindy Leszek Końciak, który zgłosił się na nocny dyżur w gorzowskim ambulatorium pomocy nocnej i świątecznej ze spuchniętym brzuchem i silnym bólem żołądka. Nie zbadała, nie wstała nawet zza biurka, odesłała do domu. Rano mężczyzna zgłosił się do lekarza rodzinnego, który wysłał go do szpitala, gdzie natychmiast trafił na stół operacyjny. Potwierdzono podejrzenie: ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego.
„Kaszel krtaniowy! Kaszel krtaniowy!” – zaczęła wołać Linda przez uchylone drzwi z gabinetu, jeszcze zanim trzyletnia pacjentka weszła do środka. „Ja nie muszę badać, z daleka słychać, że to kaszel krtaniowy.”.
– Oliwka od dwóch dni miała bardzo wysoką gorączkę i okropnie kaszlała. W drodze do przychodni wymiotowała w samochodzie – opowiada mama dziecka. – Dopiero na moją powtórną prośbę lekarka zechciała Oliwkę osłuchać. Dotknęła ją dwa razy stetoskopem z przodu i dwa z tyłu i oznajmiła: „Absolutnie nic!”. Rano poszłyśmy do lekarza rodzinnego, który od razu rozpoznał zapalenie płuc.
Dziecko trafiło do szpitala.
Kolejna historia skończyła się tragicznie.
W wrześniu 2015 roku 74-letni Henryk Kirpluk wszedł gabinetu Lindy H. z wysoką temperaturą, dreszczami oraz silnymi bólami w okolicy lędźwi. Podtrzymywała go żona.
– Spytała: „A co boli?” – opowiada Halina Kirpluk. – Mąż mówi, że z tyłu jakby korzonki. Na to pani doktor: „No, kochanieńki, to wiadomo, że to kręgosłup. Co może w tym wieku boleć? Tylko kręgosłup”. Nawet męża nie dotknęła. Zapisała tabletki i zastrzyki przeciwbólowe.
Henryk Kirpluk czuł się coraz gorzej. Trzeciego dnia zatrzymał mu się mocz. Trafił do szpitala, gdzie wreszcie wykonano badania morfologiczne. Było już jednak za późno. Henryk Kirpluk zmarł. Przyczyną była sepsa, która wywiązała się na skutek niewłaściwego leczenia. Bo to nie kręgosłup był chory, ale nerki.
Lindę H. zatrudnił w kwietniu 2015 roku doktor Andrzej Szmit – szef wojewódzkiej stacji pogotowia ratunkowego w Gorzowie Wielkopolskim. Rozpisał konkurs na lekarza ambulatorium nocnego i świątecznego. Brakowało mu lekarzy, ponieważ część osób, zwłaszcza młodych, zrezygnowała z pracy. Linda H. zgłosiła się do konkursu jako jedyna.
Dwa miesiące później w gabinecie doktora Szmita pojawił się dziennikarz gorzowskiego oddziału „Gazety Wyborczej” Kamil Siałkowski. Przyniósł mu wydruki dwóch reportaży na temat kryminalnej przeszłości Lindy H., które opublikowałam w „Wysokich Obcasach” i w „Dużym Formacie” w 2005 roku.
– Przeczytał oba teksty i zrobił wielkie oczy. Ostatecznie jednak uznał, że nowej lekarce trzeba dać szansę – mówi Kamil.
Po pewnym czasie pacjenci doktor Lindy zaczęli się porozumiewać ze sobą w internecie. Zaczęli składać skargi do dyrektora Szmita. W sumie wpłynęło ich dziesięć. Sprawą zainteresował się urząd marszałkowski i lokalne media. Szmit próbował jeszcze ratować sytuację i zaproponował zorganizowanie oficjalnej konfrontacji doktor H. z pacjentami. Na to jednak Linda się nie zgodziła. Wówczas, 24 stycznia 2017 roku, wypowiedział jej umowę o pracę. Linda H. opuściła miasto.
Halina Kirpluk po śmierci męża obejrzała jego kartę pacjenta. Okazało się, że tego wrześniowego dnia 2015 roku, kiedy wprowadziła go ledwo żywego do gabinetu Lindy, lekarka zapisała w karcie: „Pacjent nie zgłasza dolegliwości. Stan ogólny dobry”. Wobec tego ewidentnego kłamstwa zdecydowała się zgłosić sprawę do prokuratury.
Od lutego 2017 prokuratura w Gorzowie prowadzi postępowanie w sprawie o narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu Henryka Kirpluka.
Jestem pośrednio odpowiedzialna za to, że pan Henryk stracił życie. Gdyby nie ja, prawdopodobnie Linda H. nie musiałaby wyjeżdżać do Gorzowa. Praktykowałaby nadal w Warszawie.
Przekręt na wariata. Jak oszukiwał były policjant
Psychiatra z ukierunkowaniem gastrolog
Styczeń 2015 roku, Warszawa
Wchodzę na stronę internetową starej szacownej warszawskiej Spółdzielni Pracy Specjalistów Rentgenologów im. prof. W. Zawadowskiego mieszczącej się przy ulicy Waryńskiego. Patrzę i oczom nie wierzę, na liście lekarzy znajome nazwisko: „Linda H.”, obok nazwiska: „specjalizacja: GASTROLOG”.
Czyżby Linda zrobiła ostatnio nową specjalizację? Klikam na stronę rejestr.nil.org.pl, czyli Centralnego Rejestru Lekarzy, wpisuję imię i nazwisko. Nic się nie zmieniło: specjalizacja Lindy H. to choroby wewnętrzne (1976 w Lublinie), a „Stopnie i tytuły naukowe” to „doktor n. med. 1975, Akademia Medyczna w Lublinie”. Nic poza tym.
Zapisuję się więc na wizytę.
Linda przyjmuje w nowej filii Spółdzielni, mieszczącej się na Woli, przy ulicy Młynarskiej. Ma 66 lat i wygląda bardzo dobrze, jest zadbana i szykownie ubrana. Powiedziałabym, że nic się nie posunęła od czasu, gdy widziałyśmy się po raz ostatni 10 lat wcześniej w areszcie śledczym na Olszynce Grochowskiej. Czy ona mnie poznaje, tego nie wiem. Nie przedstawiam się jako dziennikarka, jestem w charakterze dociekliwej pacjentki. W torebce dyskretnie włączam dyktafon.
– Czy pani na pewno jest gastrologiem?
– Tak.
– A ma pani specjalizację z gastrologii?
– Nie.
– Wykupiłam konsultację u specjalisty gastrologa, tymczasem sprawdziłam, że pani ma tylko I stopień specjalizacji z interny. Dlaczego pani przyjmuje jako gastrolog?
– Prywatnie mogę. Bo mam długa tą... długą specjalizację w ramach gastrologii, bo przyjmuję w ramach interny... Interna jest bardzo dużą dziedziną...
– Czy w jej zakres wchodzi także psychiatria?
– Ja nie pracuję jako psychiatra.
– I nigdy pani nie pracowała jako psychiatra?
– Nie.
– Na pewno?
– Nie, nie.
– A w Tworkach?
– W Tworkach tak. Ale to już było przedtem....
– Przed czym?
– To było dawno. To jest zamknięty okres. W tym momencie tego nie robię.
Następnego dnia o 9 rano jestem w siedzibie głównej przy ulicy Waryńskiego. Już oficjalnie jako dziennikarka przyszłam donieść prezes Elżbiecie Łukowskiej-Sawickiej, która kieruje Spółdzielnią od ponad 30 lat, że stała się kolejną ofiarą internistki oszustki.
I tu niespodzianka. Okazuje się, że Linda tym razem nikogo nie oszukała. Pomysł, żeby przedstawić ją pacjentom jako gastrologa, wypłynął od samej pani prezes.
Szefowa Spółdzielni od razu domyśla się, w czyjej sprawie przyszłam. Z samego rana dostała telefon od doktor H., która wypowiedziała pracę w trybie natychmiastowym.
– Właściwie jest mi to nawet na rękę – zwierza się. – Od jakiegoś czasu miałam zamysł, żeby z tej umowy z panią doktor jakoś się zręcznie wycofać, bo dochodziły do mnie słuchy o jej niekonwencjonalnym zachowaniu.
– Jakim? – zaciekawiam się
– Że w gabinecie siedziała w czapce.
Poza tym prezes Łukowska-Sawicka nie miała do Lindy zastrzeżeń. Próbuje mnie przekonać, że w gruncie rzeczy Linda przyjmowała jako internistka. A strona internetowa Spółdzielni, podobnie jak i ogromna tablica w holu głównym na parterze, gdzie nazwisko H. tkwi pod napisem GASTROLODZY, to według niej tylko niezobowiązująca informacja, jakim typem pacjentów zajmuje się dany lekarz.
– Są lekarze interniści, którzy w czasie swojej praktyki zawodowej ukierunkowują się na jakiś dział schorzeń, choć nie robią specjalizacji – tłumaczy zawile.
– A skąd pewność, że pani H. ukierunkowywała się akurat na ten dział?
– No tak się zaprezentowała.
– Była z polecenia?
– Nie.
Pytam, czy inne osoby z tablicy w recepcji: ginekolodzy i ortopedzi, to też tylko interniści ukierunkowani na odpowiednie działy schorzeń. Dopiero wtedy pani prezes się poddaje.
– To mój błąd. Nie powinna być na tablicy, zgadzam się. Ale co miałam zrobić? Brakowało mi specjalisty do przychodni na Młynarskiej, a żaden z naszych gastrologów ze specjalizacją nie chciał przyjmować na Woli. Szczerze mówiąc, szkoda wysoko wykwalifikowanego gastrologa do przyjmowania pacjentów na zwykłą konsultację. A pani Linda nie robiła u nas zabiegów, ona tylko przyjmowała na konsultacje i wypisywała skierowania – zapewnia.
Próbuję jeszcze zaalarmować Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy przy Okręgowej Izbie Lekarskiej, ale na profesorze Zbigniewie Czernickim sprawa nie robi najmniejszego wrażenia. – Internista nie może stosować pieczątki gastrologa. Póki nie stosuje pieczątki, to nie jest łamanie prawa – wyjaśnia mi.
Cóż, sprawdziłam, Linda rzeczywiście nie posługuje się pieczątka gastrologa. Tłumaczę jednak, że zaniepokoiło mnie to, bo Linda 12 lat wcześniej podawała się za psychiatrę na podstawie sfałszowanych dokumentów.
– Tamta sprawa uległa zatarciu. My procedujemy tylko sprawy, które wydarzyły się nie dalej niż trzy lata temu. Tych dwóch spraw i tak nie należałoby ze sobą łączyć – orzeka profesor.
Innego zdania jest doktor Wojciech Łącki, przewodniczący Naczelnego Sądu Lekarskiego: „Gastrologia to szczegółowa dziedzina i do przyjmowania jako gastrolog potrzebny jest dokument o specjalizacji”.
Ale to zdanie wygłosi dopiero za dwa lata. Dopiero wtedy, gdy po skandalach gorzowskich o doktor Lindzie znowu zrobi się głośno w mediach.
Na razie mamy styczeń 2015. Po zwolnieniu się ze Spółdzielni Rentgenologów Linda znika. W maju dzwoni do mnie Kamil Siałkowski z Gorzowa z newsem, że Linda jest u nich, właśnie wygrała konkurs na lekarza ambulatorium. Pracuje jako internista, a więc nie mamy się do czego przyczepić. Czekamy.
Poszukiwana nieposzukiwana
Linda H. ukończyła medycynę i zrobiła specjalizację z chorób wewnętrznych w Lublinie w latach 70. jako Zbigniew P. Po operacji zmiany płci zmieniła także personalia, nostryfikowała dyplom i w latach 90. wyemigrowała do Nowej Zelandii. Tam zamiast podjąć pracę jako internistka, zaczęła podawać się za psychiatrę. Pewnie dlatego, że internistów w Nowej Zelandii nie brakowało, a psychiatrów tak. Sama wypisała sobie nowe dyplomy oraz rekomendacje z klinik, które nie istnieją, od osób, które nie istnieją. W tym jedną dla żartu od „polskiego profesora psychiatrii Zbigniewa P.”.
Atutem Lindy był jej urok osobisty. On sprawił, że pracodawcy nie tylko nie zauważyli jej braku kompetencji, ale zaczęli ją promować. W 1996 roku Linda została dyrektorem oddziału psychiatrii w szpitalu w Hutt Valley. Wtedy beztrosko wypisała zwolnienie do domu ciężko choremu schizofrenikowi. Nigdy nawet nie widziała go na oczy. Człowiek ten zaraz po wyjściu obciął głowę swojej narzeczonej. Kiedy wybuchł skandal, Linda była już z powrotem w Polsce.
W 2003 roku wykonała identyczny numer w szpitalu w Tworkach, w podwarszawskim Pruszkowie, który poszukiwał psychogeriatry. Przedstawiła się jako powracająca z zagranicy psychiatra z II stopniem specjalizacji. Tym razem wśród dziecinnie podrobionych zaświadczeń była rekomendacja podpisana personaliami bohatera hollywoodzkiego melodramatu.
I tu też zauroczyła dyrekcję i awansowała na ordynatora. Pracowała w Tworkach, dopóki nie namierzyła jej reporterka, która specjalnie za nią przyleciała z Nowej Zelandii. Ona to powiadomiła wicedyrektor szpitala dr Małgorzatę Janiszewską o tym, że zatrudniła oszustkę. Ale dla pani Janiszewskiej sprawa była już nieaktualna. Linda właśnie sama zwolniła się z pracy i znów słuch o niej zaginął.
Na prośbę nowozelandzkich dziennikarzy dalej szukałam jej ja.
Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie żarliwość, z jaką dyrektor Janiszewska broniła Lindy. Twierdziła, że była ona doskonałym psychiatrą, że nigdy nie było na nią skarg i że papiery miała w porządku. Nie przyjmowała do wiadomości, że to fałszywki, i kategorycznie odmawiała sprawdzenia, że mówię prawdę. A wystarczył telefon do izby lekarskiej albo kliknięcie w internecie. „Nie mam obowiązku nigdzie dzwonić, nie mam obowiązku korzystać z internetu, nie mam obowiązku interesować się tym, co piszą media” – oświadczyła.
O tym m.in. był mój pierwszy reportaż „Poszukiwana, poszukiwany”, który ukazał się w „Wysokich Obcasach” w marcu 2005 roku.
Po jego publikacji wydarzyły się dwie ważne rzeczy. Przede wszystkim zgłosili się do mnie lekarze z Tworek oburzeni słowami dyrektor Janiszewskiej, jakoby na dr Lindę nie było skarg. Bo skargi składali bezustannie. Kiedyś nie przyjęła na oddział człowieka, który zgłosił się w ostrej psychozie, bo nie widziała wskazań. Innym razem u pobudzonego mężczyzny w fazie maniakalnej, którego policja przyprowadziła w kajdankach, rozpoznała depresję. Nieraz musieli korygować zalecenia ordynatorki co do podawania leków pacjentom stacjonarnym, bo przepisywała albo niewłaściwe, albo w niewłaściwych dawkach.
Wicedyrektor Małgorzata Janiszewska i dyrektor szpitala Andrzej Kacprzak bronili jednak Lindy H. w zaparte.
Poza tym zgłosiła się policja. Bo w bohaterce mojego tekstu rozpoznali osobę, której poszukiwali od pięciu lat. W 2000 roku Linda H. została aresztowana na warszawskiej Pradze za wyłudzenie kredytu i niezapłacenie za zakup mebli. Wypuszczono ją z aresztu, ale kazano meldować się raz w tygodniu w komisariacie. Nie pokazała się ani razu. Trafiła więc do rejestru osób poszukiwanych.
Wspólnie z policją zastawiliśmy na nią pułapkę. Została aresztowana w Warszawie w lipcu 2005 roku i wtedy właśnie miałyśmy się okazję spotkać na chwilę w areszcie na Olszynce Grochowskiej. To wszystko opisałam w drugim reportażu „Cała doktor Linda” opublikowanym w „Dużym Formacie” w lipcu 2005 roku.
Oba te teksty przeczytał dr Andrzej Szmit, gdy zdecydował się zatrudnić Lindę w ambulatorium pomocy niedzielnej i świątecznej w Gorzowie Wielkopolskim.
– Spytałem panią doktor, czy to prawda, powiedziała mi, że tak, że wiele głupot narobiła w życiu i tego żałuje. Ale przecież nawet mordercy wychodzą na wolność i mają prawo do normalnego życia! – tłumaczył się w rozmowie z Agnieszką Zalewską, reporterką telewizji Polsat.
Oddała mu siebie, pieniądze, ziemię, mieszkania, bizuterię. Czego się NIE robi z miłości
Murem za Lindą
Po interwencji nowej dyrekcji szpitala tworkowskiego wicedyrektor Małgorzata Janiszewska ostatecznie dała się przekonać i zawiadomiła prokuraturę o tym, że Linda H. wyłudziła u nich stosunek pracy na podstawie sfałszowanych dyplomów. To powiększyło bagaż jej wykroczeń. Linda stanęła przed sądem. W 2006 roku Sąd Rejonowy w Pruszkowie wydał wyrok pozbawienia wolności na dwa lata z warunkowym zawieszeniem na okres pięciu lat próby.
Równolegle okręgowy sąd lekarski pozbawił ją prawa wykonywania zawodu. I tu historia Lindy H. miałaby szansę się zakończyć, gdyby nie to, że Linda odwołała się do Naczelnego Sądu Lekarskiego. Ten złagodził jej karę, ostatecznie zawieszając jej tylko prawo wykonywania zawodu na cztery lata. Przewodniczącym tego sądu był doktor Wojciech Łącki. Tę wspaniałomyślność tłumaczy tym, że dr Linda, po pierwsze, wykazała głęboką skruchę i obiecała, że nigdy już takiego czynu nie popełni, po drugie, sąd wziął pod uwagę to, że pani doktor popełniła ten czyn po raz pierwszy. Sąd nie brał pod uwagę sprawy nowozelandzkiej. Po prostu o niej nie wiedział. Sąd lekarski, podobnie jak dyrekcja szpitala, nie ma bowiem obowiązku ani korzystać z internetu, ani interesować się tym, co piszą gazety.
Nikomu w Naczelnym Sądzie Lekarskim nie przyszło do głowy zainteresować się losem pacjentów Tworek, których leczyła osoba bez kwalifikacji. Temu, że oni sami się nie poskarżyli, trudno się dziwić, były to bowiem osoby z oddziału geriatrycznego, w podeszłym wieku, przeważnie chore psychicznie.
Nikomu też w sądzie nie przyszło do głowy wyciągnąć konsekwencji wobec administracji i dyrekcji szpitala, które tak skwapliwie dały się oszukać.
Doktor Łącki oczywiście nie popiera ich zaniedbania, ale rozumie: – NFZ stawia takie warunki placówkom medycznym, że trzeba wykazać się dużą liczbą specjalistów, żeby otrzymać dobry kontrakt.
Po upływie okresu zawieszenia Linda H. wróciła do zawodu. W roku 2012 zaczęłam dostawać telefony od pacjentów i lekarzy warszawskich przychodni, którzy rozpoznali ją ze starych reportaży i byli zdziwieni, że osoba z taką przeszłością nadal leczy. Ale dopóki Linda pracowała jako internista, wszystko było zgodne z prawem. Poza tym nikt nie zarzucał jej niczego karygodnego. Owszem, niektórzy mówili, że dziwnie wygląda, dziwnie się ubiera, że jest nonszalancka, wyniosła, że diagnozuje zza biurka, ma skłonność do przepisywania antybiotyków na każde schorzenie, bo to najskuteczniejszy sposób, żeby uciążliwy pacjent nie wrócił po kilku dniach. Iluż lekarzy zachowuje się podobnie? Przełożeni zawsze stoją murem za Lindą: „Nie było na nią skarg”, „Ma prawo wykonywania zawodu”, „My nie zaglądamy naszym lekarzom do gabinetów”, „Nie musimy interesować się doniesieniami mediów”.
Rozmawiałam osobiście z czterema zwierzchniczkami Lindy, kierowniczkami warszawskich placówek medycznych, i żadna nie wyraziła ani większego zaciekawienia jej przeszłością, ani zwykłej ludzkiej troski o los swoich pacjentów.
Lekarz jest praktycznie poza kontrolą, dopóki pacjent nie złoży skargi. Tak jak stało się dopiero w Gorzowie Wielkopolskim.
W lutym 2017 roku biorę udział w nagraniu programu telewizji Polsat „Państwo w państwie” poświęconemu skandalowi w Gorzowie. Jednym z gości jest doktor Wojciech Łącki z NIL, przewodniczący sądu, który złagodził Lindzie karę. Składa wobec telewidzów uroczyste zobowiązanie, że tym razem „zostaną podjęte działania w celu sprawdzenia przydatności do wykonywania zawodu pani doktor Lindy H., jeśli chodzi o jej stan psychiczny, bo są uzasadnione podejrzenia, że ten stan psychiczny ją dyskwalifikuje”.
Oczywiście jeśli uda się ją znaleźć.
Nasi Bonnie i Clyde. Jak zakochana żona wyciągała gangstera z więzienia
Recepty
Kwiecień 2017, Głogów
Linda H. się znalazła! Zatrzymała ją policja!
Zdemaskowała ją farmaceutka z Głogowa na Dolnym Śląsku. Jak ustalił Kamil Siałkowski z „Gazety”, weszła do jednej z tamtejszych aptek i zapytała o lekarstwo, bardzo silny lek o działaniu narkotycznym z grupy opioidów. Leku nie było na miejscu, ale obiecano sprowadzić. Podejrzenie farmaceutki wzbudziło to, że po pierwsze, klientka przy okienku zabrała się do wypisywania recepty, po drugie, ilość leku, którą sobie wypisała, była znacznie większa niż standardowa. Recepta była podstemplowana pieczątką ambulatorium z Gorzowa Wielkopolskiego. Farmaceutka zadzwoniła tam i uzyskała informację, że Linda H. już nie pracuje, nie ma więc prawa posługiwać się ani ich pieczątką, ani ich receptami. Farmaceutka zawiadomiła policję. Funkcjonariusze czekali na Lindę, kiedy przyszła ponownie do apteki, by odebrać zamówiony lek.
Nie stawiała oporu. Przyznała się, że źle zrobiła. Ale lek był jej pilnie potrzebny dla chorego męża. Co miała robić? Przecież wystawiać recepty ma prawo, jest lekarzem, tylko że chwilowo bez pracy.
Wobec takiego wyjaśnienia prokuratura nie wnioskowała o zatrzymanie w areszcie. Była to bowiem Prokuratura w Głogowie, a nie w Gorzowie Wielkopolskim, która prowadzi postępowanie w sprawie śmierci Henryka Kirpluka, w której Linda zgłoszona jest jako podejrzana. Prokuratury nie mają przecież obowiązku zasięgać u siebie nawzajem języka co do zatrzymanych.
Sprawdzono natomiast, czy dr Linda była kiedykolwiek karana. I uzyskano wiedzę, że nie była. Linda oczywiście była karana, ale wyrok z 2005 roku dwóch lat z zawieszeniem na okres pięciu lat próby uległ już zatarciu. Dzisiaj dr Linda H. jest w świetle prawa osobą z czystą kartoteką.
Informacja o niekaraniu ostatecznie głogowską prokuraturę uspokoiła. Lindzie postawiono zarzut z art. 271 kk o poświadczeniu nieprawdy na dwóch receptach – grozi za to kara do pięciu lat więzienia – i wypuszczono do domu.
I znów powtarza się sytuacja jak z Warszawy sprzed 17 lat. Linda H. ma meldować się w komisariacie, nie melduje się, policja pojawia się w wynajmowanym przez nią mieszkaniu, okazuje się, że Linda i jej partner już je opuścili. Na miejscu znajdują pieczątkę z Gorzowa, ostemplowane recepty różnych placówek medycznych i plik druczków skierowań lekarskich.
Śledczy z Głogowa będą badać teraz kilka wątków, bo nie można wykluczyć, że Linda realizowała recepty w innych aptekach, a wykupione przez nią narkotyki trafiały na czarny rynek. Agnieszka Zalewska z Polsatu dowiedziała się od Andrzeja Szmita, że dzwoniono do niego z kilku aptek, w których Linda próbowała bezskutecznie realizować recepty z pieczątką jego ambulatorium. W ilu jej się to udało?
W czerwcu ponownie spotykamy się w programie „Państwo w państwie”. Chcemy wiedzieć, co z konsekwencjami wobec dr Lindy, które w lutym zapowiedział doktor Łącki. Teraz już sąd lekarski ma pełny obraz działalności Lindy. Wie i o Nowej Zelandii, wie o poszkodowanych pacjentach w Tworkach, wie o Gorzowie i teraz jeszcze dochodzą nielegalne recepty. – Dlaczego w takim razie nie odbierzecie jej wreszcie prawa wykonywania zawodu?! Co zrobiliście przez cztery miesiące? – pyta prowadzący program Przemysław Talczyński.
Dr Łącki uspokaja: – Postępowanie jest w toku. Musimy mieć jednak twarde dowody, a na razie mamy tylko miękkie. Osobiście przedstawiłem sprawę pani Lindy prezesowi NIL. Prezes powołał komisję „do zbadania zdolności doktor H. do wykonywania zawodu: fachową i zdrowotną”.
Komisja musi teraz doktor Lindę przesłuchać. Już raz wezwano ją na przesłuchanie, niestety nie stawiła się.
Jest jednak światełko w tunelu. Jeżeli Linda nadal nie będzie się stawiać na wezwania, to wtedy Naczelny Sąd Lekarski może zawiesić jej prawo wykonywania zawodu bez jej obecności na czas postępowania wyjaśniającego. Musimy jednak poczekać, żeby nie stawiła się na kilka kolejnych wezwań. Tylko na jaki adres je wysyłać?
Doktor Linda H. zatrzymana za "lewe" recepty [NOWE FAKTY]
W skórze Lindy
Próbuję przewidzieć, gdzie Linda wypłynie następnym razem. W internecie wybór jest duży. Czytam, że bardzo brakuje internistów w szpitalu w Ostrowie Wielkopolskim. Nie lepiej jest w szpitalu w Zdrojach, gdzie oddziałowi internistycznemu grozi zawieszenie, a także w Sławnie, gdzie w zeszłym roku złożyło wypowiedzenie kilku lekarzy interny z powodu zbyt niskich zarobków. Na miejscu Lindy próbowałabym szczęścia w Małopolsce. Jak donosi „Dziennik Polski”, brakuje tu lekarzy wszystkich specjalności. „Ale w zakresie medycyny rodzinnej sytuacja jest już dramatyczna. Mamy zaledwie 11 tys. lekarzy rodzinnych! A to co najmniej o połowę za mało w porównaniu do potrzeb!” – alarmuje dr Tomasz Sobalski, prezes Małopolskiego Kolegium Lekarzy Rodzinnych.
Młodzi lekarze nie chcą się specjalizować w internie, bo wiedzą, że oddziały chorób wewnętrznych są niedochodowe i szpitale się ich pozbywają, a możliwości wykonywania tego zawodu w POZ też są mocno ograniczone. Polscy interniści wyjeżdżają za granicę, gdzie zarabiają dużo większe pieniądze.
Dyrekcjom polskich placówek służby zdrowia Linda H. spada jak z nieba. Zgłosi się jako jedyny kandydat w konkursie na najbardziej nieatrakcyjne miejsce pracy, weźmie dyżur w Wigilię, jeśli nikt nie chce wtorków o godzinie 15, ona krzyknie, że marzy o wtorkach o 15. Jeśli ją poproszą, żeby udawała gastrologa, też nie ma problemu. Jest zawsze do dyspozycji, zawsze zadowolona, nawet ze skromnego honorarium.
Podstawowa zasada Lindy to nigdy nie nawarzyć za dużo piwa w jednym miejscu. Jej działalność widziana z perspektywy jednej placówki nigdy nie wygląda tak poważnie jak z perspektywy kogoś, kto ma ogląd całościowy. A kogoś takiego nie ma. Linda doskonale wie, że w Polsce system przepływu informacji pomiędzy instytucjami praktycznie nie istnieje.
Pacjentów Linda boi się najmniej. Polski pacjent rzadko skarży się na lekarza nawet do dyrekcji swojej przychodni, bo wie, że i tak będzie musiał do niego wrócić, a wtedy lekarz potraktuje go jeszcze gorzej. W przypadku poważnych uchybień jest oczywiście droga sądowa – ale kto podejmie takie ryzyko?
Adam Sandauer ze Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere” ocenia, że w Polsce dochodzi rocznie do 20-30 tysięcy wypadków, nieszczęść na skutek błędów popełnionych przez lekarzy. Jednak tylko około stu osób rocznie wnosi pozwy do sądu. Wielu boi się, że jeśli pozew zostanie oddalony, to będą musieli pokryć koszta. I mają rację, bo tylko 30 procent wniosków jest uznawanych za zasadne. – W takiej sytuacji nikt nie musi się obawiać konsekwencji z powodu zatrudnienia niekompetentnego lekarza. Gros wykroczeń i błędów zamiatanych jest pod dywan. Hulaj dusza, piekła nie ma.
Halina Kirpluk jest pierwszą osobą reprezentującą pacjentów Lindy, która wniosła sprawę do prokuratury. I jedyną nadzieją, że ktoś jej działania wreszcie ukróci. Ma po swojej stronie tylko dziennikarzy. Pozostałe osoby z Gorzowa, które złożyły skargę do dyrekcji ambulatorium, ostatecznie zrezygnowały ze składania pozwów.
Tłumaczą: „Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze”, „Nie mam przecież dowodów, trzeba było mieć ze sobą kamerę”, „Z lekarzem nikt nie wygra”, „Szkoda nerwów”.
Jedno jest niezrozumiałe – skoro Linda H. jest internistą, dlaczego tak słabo leczy? Przez lenistwo? Przecież rozpoznanie podejrzanych szmerów w płucach nie jest chyba trudne dla doktora nawet z I stopniem specjalizacji. Każdy wie, że tam, gdzie są korzonki, są i nerki. Co jej szkodziło zlecić badanie moczu? Dlaczego lekceważy pacjentów, dlaczego ich obraża i złośliwie im nie pomaga?
Linda ma 68 lat, powinna być na emeryturze. Skoro nie jest, to znaczy, że nie może sobie na to pozwolić. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego się nie stara.
Świat, w którym żyje od czasu zmiany płci, przypomina bańkę, w której oprócz niej jest miejsce tylko dla jednej osoby – tajemniczego partnera, z którym nigdy się nie rozstaje. Ludzi poza bańką traktuje jak non-persons. Czy to rewanż dawnego Zbyszka – chłopca z grzywką spiętą damską spinką, nieszczęśliwie zakochującego się w kolegach, obiektu homofobicznych kpin, także na Akademii Medycznej w Lublinie?
A może rzeczywiście, jak podejrzewa doktor Łącki, choroba psychiczna?
Myślę, że jeżeli Linda przegląda dzisiaj internet, miło jej było zobaczyć, że ma już naśladowców.
W czerwcu w prywatnej przychodni w Górze Kalwarii policja aresztowała 29-letniego Marcina P., który na podstawie sfałszowanych dyplomów zatrudnił się jako ortopeda. Okazało się, że „leczył” już od pół roku. Wcześniej w przychodniach w Warszawie i w Otwocku. I w jego mieszkaniu znaleziono podrobione pieczątki. Mężczyzna w ogóle nie jest lekarzem, kiedyś pracował jako fizjoterapeuta.
Linda na pewno uśmiechnęła się z politowaniem nad amatorszczyzną Marcina P. Zamiast po prostu wypisać sobie fałszywe dyplomy, żeby dać podkładkę pracodawcom, on ukradł dokumenty prawdziwemu ortopedzie i podmienił zdjęcia. Wpadł dlatego, że tamten człowiek usłyszał, że ktoś się pod niego podszywa, i zaczął go ścigać na własną rękę. Gdyby nie on, fałszywy ortopeda być może nadal leczyłby ludzi. Tym razem sąd na wniosek prokuratury zarządził trzymiesięczny areszt. Mężczyźnie grozi nawet osiem lat więzienia.
Przychodnia w Górze Kalwarii zachowała się jednak bardzo elegancko wobec pacjentów. Pacjenci hochsztaplera mogą zgłaszać się po zwrot kosztów wizyt.
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,22187176,doktor-linda-powraca-sledzimy-transseksualna-internistke-i.html
A tu pozostałe artykuły z "panią doktor":
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,12704491,Poszukiwana__poszukiwany_cz_I.html
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,12701890,Cala_doktor_Linda__cz__II.html
Mistrz kierownicy :
https://youtu.be/IQUy3lJ7404
Cracovia w całej okazałości -> [url=https://youtu.be/KBfJ0BteSVY]https://youtu.be/KBfJ0BteSVY[/url]
9 dni później
Ładne zachowanie piłkarza http://ofsajd.onet.pl/newsy/pilkarz-uratowal-w-krosnie-tonacego-czlowieka/2ljrxp
[quote='jesus' pid='1269375' dateline='1502444732']
Cracovia w całej okazałości -> [url=https://youtu.be/KBfJ0BteSVY]https://youtu.be/KBfJ0BteSVY[/url]
[/quote]
A czymu [s]ni mo dżymu[/s] pomalowana w czerwono żółte esy floresy a nie w biało czerwone pasy?
Cześć, wygląda na to, że interesuje Cię ten temat!
Kiedy utworzysz konto, będziemy w stanie zapamiętać dokładnie to, co przeczytałeś, dzięki czemu możesz kontynuować dokładnie w miejscu, w którym skończyłeś. Otrzymasz również powiadomienia, gdy ktoś Ci odpowie. Możesz także użyć „Lubię to”, aby wyrazić swoje uznanie. Kliknij przycisk poniżej, aby utworzyć konto!
Aktualnie przeglądający (1 użytkowników)
Goście (1)