Ale tacy wtedy byliśmy. Solidni. Za każdym razem, gdy policja szła wokół boiska, gwizdaliśmy 'Colonel Bogey', albo nuciliśmy melodię refrenu, robiąc "daadada, daadada!" Zawsze kogoś poniosło i wtedy oni rzucali się w tłum, próbując wytargać winowajcę. My rzucaliśmy się wszyscy w tamtą stronę, próbując maksymalnie utrudnić im to zadanie i zasłaniając kumpla własnymi ciałami. Każdy miał nadzieję, że uda się trącić interweniującego funkcjonariusza, na tyle, żeby spadł mu ten jego idiotyczny, policyjny hełm. Oni wtedy momentalnie łapią error. Jakby tam w nim mieli schowany jakiś procesor, który nimi steruje. Albo jakby im z nakryciem głowy, cała ich policyjna łepetyna, od reszty wkładu do munduru odpadła. Najważniejszy hełm. Bezgłowa kukła, natychmiast zapomina o otaczającym świecie całkowicie i zaczyna macać w panice po ziemi. Jest hełm. A gdzie głowa? Głowa też ważna, żeby było na czym hełm zainstalować. Jest! Mam! Pasek pod brodę. Funkcjonariusz kompletny. A wszystko to przy akompaniamencie naszych wiwatów i okrzyków radości. Koniec końców, ktoś jednak był wywlekany z krawatką wokół głowy, szarpiąc się i wierzgając. Przeważnie lądował poza stadionem, dostając lepca w ucho, w ramach reprymendy.
Te cioty z drugiej strony rzeki, fani Arsenalu, myśleli, że są dobrzy. Ale my mieliśmy przebój, dedykowany specjalnie dla nich. Max Bygrave, miał taki kawałek zatytułowany 'Tip-topkami przez Tulipany'. My mieliśmy jego własną wersję:
Tip-topkami przez North Bank.
Tip-topkami przez North Bank.
Buciorami po nim depcz.
Z zakrwawioną brzytwą w dłoni niczym miecz!
Spaceruje dzisiaj pan?
Tip-topkami przez North Bank?
Tip-topkami przez North Bank się ze mną przejdź!
(Chodzi oczywiście o sławetne zajęcie przez kibiców Chelsea, Trybuny Północnej na Highbury. - dop.tłum.) (Aha! I oryginalny tytuł kawałka M. Bygrave'sa, to 'Tiptoes through the Tulips', czyli na paluszkach, ale w sumie skąd się wzięły tip-topki? Chyba właśnie od tip-toes, choć znaczenie nieco inne. - dop.tłum.)
1970.Dwie godziny do meczu z Arsenalem i Shed rozbujany, jak marynarz w pierwszą noc po powrocie z rejsu. Nasze śpiewy ociekają szyderą z kibiców Arsenalu. No gdzie? No gdzie? No gdzie jest ten Arsenal?!! Nagle, w krótkiej chwili wyciszenia słychać rozdzierający głos:
Zziigger!! Zaagger!! Zigger!! Zagger!!
Oi! Oi!! Oi!!!
Zziiigger!! Zaagger!! Zigger!! Zagger!!
Oi! Oi!! Oi!!!
Mickey Greeneway, w samym centrum wznosi potężny okrzyk. (M. Greenaway to legenda ruchu kibicowskiego na SB. Jego założyciel. Pod żadnym względem chuligan. Pod każdym względem gentleman. 100% kibic. Jeździł na początku na wyjazdy z różnymi artystami i aktorami:) Autor słynnego Zigger! Zagger! - dop.tłum.)
I nagle słychać okrzyk Arsenalu: Jebać Zigger-Zaggermana!!!
Lat's all do Chelsea!
Let's all do Chelsea!
Niesie się z ich trybuny. Ruszają na nas. Setki ze śpiewem na ustach. Atakują nie w samo centrum, ale przemyślnym dalekim zagonem oskrzydlającym. Już nie ma tego koleżeńskiego naporu, który bujał Shed'em jeszcze przed chwilą. Tłum się rozstąpił. Znikąd pojawiła się nagle szeroka, pusta przestrzeń.
Ohh! All together!
Ohh! All together!
W przerwę między grupami, wbiegają typy z Arsenalu. Lecą cepy w tłum. Frontkicki dosłownie łamią naszych chłopaków. Tym, którzy panicznie próbują się schować w drugim, a najlepiej w trzecim szeregu,zdzierane są brutalnie, koszule Bena Shermana z plerów. Ziggerman wycofuje się, ale dopadają go i dostaje łomot. Próbuje się zasłaniać przed kolejnymi razami.
Zrobiliśmy!! Ziggermana!!
Świętuje Arsenal. Zrobili swoje. Zawijają się. Sprawnie jak mini-armia na manewrach. Zajęli Shed i długo im to nie zajęło. Od niechcenia. Mimochodem. Gdzie był Eccles? Ekipę ze Stockwell ktoś widzial? A Rudy Derrick? A Alan z Północy? Preemo? Jesus i jego banda? North End Road boys? Gdzie oni wszyscy byli? Nie było ich. Tylko te wredne skurwiele z Arsenalu. Pokazali nam kto jest boss. Na przedzie byli ich guru. Johnny Hoy i Bootsy. To oni siali terror w naszych głowach.
Później przyszło jeszcze gorsze. Gdy wraz z rannymi, z okolicznych szpitali zaczęły docierać ich ponure relacje. Z nosami na kwintę, słuchaliśmy tych z opuchniętymi nosami. Słuchaliśmy o pięciu stówach Arsenalu, które wysiadły na Sloane Square, przeszły przez całą King's Road, jak u siebie. Każdego w odpowiednim wieku walili w mordę, a szaliki ściągali z naszych jak z półek. Słuchaliśmy, choć nie łatwo było słuchać ich buczenia. Mieli nasze barwy, dlatego bez problemu weszli na Shed. Czasami opowieści były tak świeże, że w oczach typa wciąż były łzy, albo wstrząsały nim dreszcze podenerwowania i szoku pourazowego. Nie łatwo się tego słuchało. (Nie łatwo się też o tym czyta, zwłaszcza jak sympatyzujesz z CFC. Ale kto nie dostał kiedyś wpierdol? Ten kto nie jeździł na mecze. - dop.tłum.) Czasami ludzie przeżywali każde doznane cierpienie ze szczegółami,jak gdyby czerpali jakąś masochistyczną przyjemność, obserwując twarze słuchaczy. Inni zamykali wszystko w krótkim 'O żesz kurwa mać!',albo 'Kyrie elleison! Chryste elleison!'. Niektórzy tylko charczeli, lub kurczyli się lękliwie, co było jasną wskazówką, że wciąż pogrążoni są w głębokim szoku. Tego dnia Arsenal pokazał nam jak wielki strach w tłumie, może wywołać, niewielka, ale zdecydowana grupa opoerycajna. W następnym sezonie przed wejściem na Shed, postawili konia z policjantem w siodle. Żeby powstrzymać Arsenal przed kolejną napaścią. Koń się zesrał na samym początku. Na samym środku. Czy ze strachu?Nie wiadomo. My się nie pytaliśmy. On się nie chwalił.
W 1971. w obiegu wciąż były stare dwupensowe monety. Jeśli chcecie poznać moją opinię, to był konkretny kawał blachy. 200 i 40 starych pensów (Tak jest dosłownie napisane. - dop.tłum.), za funta. Ale w tamtych czasach, funt jeszcze był coś wart. Szyling w dwupensówkach, to była prawdziwa artyleria. Nawet stara półpensówka, to był niezły pocisk. Rzucane z sektora chmurami, gdy osiągały cel, okazywały się niepozorną, ale dokuczliwą bronią. A jeśli rzucałeś tylko przez ogrodzenie, na sektor rywala obok... No, parę blizn na ryjach po tamtych ostrzałach zostało. A i oczko może wypłynąć. Temu misiu. Zapytajcie tych, co zaliczyli taki aparat wrzutowy. Prosto w ryj. Rzuć monetę - rzuć monetę. Połowa ciebie potrafiła się zesrać, wzięta w krzyżowy ogień. Przez następne 10 minut, miałeś hiperwentylację i nie byłeś w stanie skupić się na tym, co działo się na boisku. Na niektórych obiektach, fani mieli tak zawzięte, że spędzali wieczory z pilnikiem w łapie, zaostrzając krawędzie monet, które później zabierali na mecz.
Po ostatnim gwizdku, stałeś tam gdzie stałeś i czekałeś, aż spiker poda wyniki z innych stadionów. To była ostatnia szansa, by wznieść okrzyk radości, gdy okazywało się, że sąsiedzi z miasta, albo z tabeli, wtopili haniebnie. Okrzyki tryumfu, lub jęki zrezygnowania i z powrotem na zatłoczone ulice. Tam zawsze wszyscy muszą iść w przeciwnym kierunku niż twoja grupa i zawsze trzeba się przedzierać.
W 1970. Chelsea dotarła do finału FA Cup, gdzie przyszło jej się zmierzyć z ówczesną potęgą - Leeds United. To była wtedy, jedna z najlepszych drużyn w Europie. W powtórce, po remisie 2-2 na Wembley, pokonaliśmy ich 2-1,po środowym meczu na Old Trafford. Tego wieczoru narodziła się legenda Osgood'a. Zdobył szczupakiem zwycięską bramkę, na wprost Stretford End, zajmowanego przez 12 tysięcy szalikowców Chelsea (Ciekawe, gdzie był wtedy Tony O'Neill. Pewnie na wakacjach w Danii, bo jakoś umknął mu ten meczyk. - dop.tłum.) Tego wieczoru 12 koła Chelsea, maszerowało ulicami Manchesteru, z dworca Piccadilly na stadion i nikt nie śmiał nam stanąć na drodzę. (To musiała być Armia Czerwona, przebrana za Chelsea, przecież na Old Trafford, nikt wtedy nie przyjeżdżał. Prawda Tony? - dop.tłum.) Ci którzy nie byli jeszcze zdecydowani, komu kibicować, po tym wieczorze podjęli decyzję. Chelsea, stała się klubem numer jeden, dla chłopaków, którzy szukali emocji na trybunach. Nasze liczby spuchły wciągu najbliższych sezonów niewiarygodnie. Pociągi wjeżdżające na Charring Cross, wiozące chłopaków z południowych hrabstw, niczym nie różniły się od dopakowanych specjali, wiozących całą bandę z jakiegoś klubu. Za Chelsea był cały region kraju, nie tylko kilka dzielnic w stolicy. W ten sposób, czuliśmy się trochę wyróżnieni. Dla nas każdy mecz, to był wyjazd z Chelsea. (Stephen Hickey Hickmott, jak ktoś się jeszcze nie domyślił, pochodził z Tunbridge Wells, miasteczka w hrabstwie Kent. - dop.tłum.)
3.Hast Thou Fowten
(Z lektury dalszych rozdziałów zakumałem, że jest to po angielsku, pytanie brzmiące:Have you fighting? Tylko zadane z bardzo mocnym północnym akcentem. Coś jakby ktoś z Hanysowa, pytał się: Hajabeła? - dop.tłum.)
(Nie ma żadnego motto. Ale pytong. - dop.tłum.)
W 1970, piłka stała się naszą domeną. Pochłaniała nam myśli. Pochłaniała nam czas. Sport dla dżentelmenów, uprawiany przez łobuzów, jak ją określały klasy wyższe. Dlaczego więc mieliśmy się tym nie zainteresować? Amatorska zabawa na świeżym powietrzu, rozgrywana przez południowców w duchu szlachetnej rywalizacji Corinthans, została zamieniona w totalną wojnę, przez profesjonalne kluby z Północy, jeszcze przed końcem XIX stulecia. Pomimo, że Wanderers, czy Oxford University, zostały wypełnione, przez różne Wolves i Prestony, finał FA Cup (Puchar Anglii, był pierwotną formą rozgrywek. Ligi stworzono dużo później. Stąd przez wiele lat zdobycie Pucharu, było uznawane za cenniejsze od Majstra. - dop.tłum.) pomimo to, wciąż był rozgrywany na Kennington Oval (Obecnie stadion do krykieta, w płd. Londynie. - dop. tłum.). Więc te chłopki-roztropki z Północy, zwykle zjeżdżały się do stolicy i napotkanych oponentów zagadywali:Hast Thou Fowten Yet? (Walczyliście już?, lub raczej Hajabełajuż? - dop.tłum). Jeśli odpowiedź była przecząca, padała propozycja: To robim'haja i jadziemydoma. Wtedy chłopaki z Północy łapali się za łby, a towarzystwo z Południa, stało z boku i patrzyło w osłupieniu.
A w poniedziałkowym wydaniu Timesa, felietonista podziwiał wolę walki u tych szczerych chłopaków z Północy.
Nie ma drugiego takiego stadionu, jak Stamford Bridge. Ani drugiego takiego klubu, jak Chelsea FC. Wiem, że każdy kibic, twierdzi to samo o swojej drużynie, ale Chelsea na początku lat siedemdziesiątych, to była wisienka, na futbolowym torcie. Otaczał nas podziw. Nasi chłopcy gwieździli za dnia na murawie, a wieczorami w najlepszych klubach nocnych. Piłkarze hajtali się z modelkami. Co chwilę widziało się zdjęcie któregoś w gazetach, z jakąś aktoreczką w ramionach. Każdy chciał być piłkarzem.(Pamiętam taki wywiad gdzie pani premier spotkała się z kilkoma chłopcami, bawiącymi się przed domem. Jeden zaśpiewał jej mniej więcej coś takiego:
Nie chcę być malarzem, stolarzem, mleczarzem.
Jedyne kim chcę być, chcę zostać piłkarzem.
Nieważne Liverpool, United, Spurs, City.
Chce zostać piłkarzem. To tylko się liczy.
Nie chcę być aktorem, ani profesorem.
Piłkarzem, piłkarzem chcę być.
Troska, pamiętam, malowała się na twarzy Margaret Thatcher. - dop.tłum)
-
-
ŚMIERĆ W BIBLIOTECE albo Najbardziej Brutalni - Kibice z Księgarni!
Chelsea przyciągała młodych jak magnes. Kings Road się bujała (W latach 70tych, jeździło się na King's Road bez celu. Po prostu, żeby tam być. - dop. tłum.), a Chelsea była trendy. Arsenal miał marmurowe korytarze. Tottenham aurę glory! glory! West Ham surowość przedmieść. Ale Chelsea miała to coś extra. Nawet nasi zawodnicy, chlali tak jak kibice. Tommy Baldwin był nazywany Gąbka, ze względu na ilości piwska, jakie ponoć był w stanie zaabsorbować. Peter Osgood, Ian Hutchinson i Alan Hudson, to był zarząd Monday Drinking Club, który formował się, po wyjątkowo ciężkich sobotnich meczach. Szatnie, placyk przed Shed'em, hop! Skok i skrót. Już jesteś na Fulham Road. Pod Wschodzące Słońce, po drugiej stronie ulicy. W poniedziałek popołudniu. Drina goni kolejny drin. Kolejne piwerka, wśród poklepywań po plecach, życzeń All the best! od wiernych fanów. Nikt nie strzelał focha, nikt nie miał nic przeciwko. Same swojaki. Klasa robotnicza. Tylko zamiast rowów, dobrze kopią piłkę. I lubią browara, jak my. Każdy kibic, był pochłonięty historiami, o tym gdzie ostatnio widziano,któregoś piłkarza. A wodopójów w okolicy, było od zajebania. Jak się wychodzi, ze stacji Fulham Broadway, to masz Swan'a i King's Head. Idąc w stronę stadionu, przechodzisz koło Sheherezady, znaczy tej Barbarelli. Taki Night club. Później masz koszary Chelsea Pensioners (Szpital dla kombatantów wojskowych. - dop.tłum). Pomnik poległych. I zaraz masz Britania Pub, obok wejścia, na Trybunę Północną. Mnóstwo innych pubów w pobliżu stadionu. (Dziwne by było, gdyby było inaczej. - dop.tłum) The Wheatsheaf, w którym przy barze, często siedzieli aktorzy bez pracy. The Imperial, z wyblakłą malowaną fasadą. I Lord Palmerston, gdzie dryniły lokalne chłopaki. Chelsea miała tego w nadmiarze i młodą, cieszącą oko drużynkę. Wejście na Shed, to była spora, otwarta przestrzeń - w którą mnóstwem korytarzy, zlewały się rzędy maszerujących robotnic, jak w jakiejś gigantycznej koloni-coś, czego nie miał, żadeny inny sektor w Londynie (Albo i w całej Anglii. Nieraz się można zakręcić i zamiast na sektor, wejść komuś do mieszkania - Na sektor korytarzem w prawo!! - dop. tłum:) I pub po drugiej stronie. W dzień meczu w Słoneczku, kapało z sufitu, tyle tam było osób w środku. Zapach starych mosiężnych pip. Atmosfera przesiąknięta potem. Kontrastująca z zapachem smażonej cebuli na hot-dogach i tłustych burgerów, skwierczących na oleju. Nad tym wszystkim odór dymiącego jeszcze końskiego nawozu. Tak tam jebało. A mimo to, ludzie to akceptowali. Mało, oni tego oczekiwali. W końcu Rising Sun, przemianowali na Stamford Bridge Arms, ale dla nas to zawsze będzie Słoneczko.
"Bilety na mecz!!“
" Dwa obok siebie! Najlepsze miejsca!"
Koniki przytłumionymi głosami, zachwalały swój towar. Jedno oko na potencjalnego klienta, drugie na policjanta. Psy przeważnie i tak przymykały oko, na te ich spekulanckie praktyki. Przed wszystkimi stoi król wszystkich koni, Stan Flashman. Czeka, aż ktoś mu ze stadionu podrzuci bilety od piłkarzy. Potem rozdzieli je między swoich gońców, którzy będą czesać dla niego rundki w tłumie.
"Najlepsze miejsca. Proszę zamawiać!"
Tłum nakręcony. W powietrzu nerwowe wyczekiwanie. Starzy, przemieszani z małolatami. Ojcowie i synowie. Kaszkety i glany. Zwisające z jeansów szelki. Niektórzy stoją z boku. Jarają szlugi, opierając się jedną nogą o mur. Wyglądają surowo, kontrolując kto się wtacza na plac. Czekają na swoich ziomali. Inni po prostu stoją w jakichś wyszukanych pozach. Tam się zebrała ekipa i głośno się przekrzykują. Nie sposób ich nie zauważyć. I o to im właśnie chodzi. Lokalne chłopaki. To ich terytorium, albo ich posiadłość, jak lubią to podkreślać. Tam chłopaki z North End Road. Zawsze najlepiej ubrana ekipa. Oni wprowadzili modę na hydraulicze kombinezony, obowiązkowo ze złożoną gazetą, wystającą z tylnej kieszeni. Kibice trzymający, po trzy, po pięć programów meczowych w ręku. Nowi kolekcjonerzy. Tablice reklamujące poniedziałkowy dodatek sportowy. Kredą wypisane nazwisko dziennikarza-sprawozdawcy.
"Czytajcie w poniedziałek!"
"Desmond Hackett w poniedziałkowym sprawozdaniu dla Daily Express."
Hackett kiedyś wypalił, że jak Chelsea wygra FA Cup, to na bosaka przejdzie z Wembley na Stamford Bridge. To było w 67'.Wielu trzymało go za słowo. Gdy Chelsea doszła do finału, zaczął się wycofywać w swojej gazetce." Bo ja miałem na myśli, że zrobię to, jeśli Chelsea zdobędzie Puchar grając tak przeciętnie, jak na początku. Ale ta drużyna, gra teraz z takim polotem, wręcz artyzmem, że zdobycie tego trofeum, wydaje się całkiem realne." Bo to. Bo tamto. Założyłem się, bo grali słabo. Teraz grają dobrze, to się wycofuję. Ty fiucie, gdyby cały czas grali słabo, to by nigdy nie doszli do finału. To był pierwszy raz, gdy dostrzegłem dwulicowość mediów. I przerżnęliśmy i tak, ze Spursami. Nasza pierwsza wizyta na Wembley i w pałę. Wielu chłopaków, poczuło tamtego dnia nienawiść do Tottenhamu i wiele przyszłych bitew, zrodziło się później, z goryczy tamtej porażki.
20 minut do końca i wielkie, niebieskie wrota na Shed, otwierają swoje podwoja. Gdy nie lubiący tłoku, śpieszą już do domu, miejscowa dzieciarnia, nie mająca na wstęp, wślizguje się do środka. Przypominały mi wrota w tych wszystkich wielkich fabrykach, albo stoczniach na Północy. Nie raz pokazywali to w dzienniku. Gwizdek na fajrant. Koniec zmiany i przez bramę przelewa się potężna masa ludzka. Tam wszyscy czerń i biel. U nas biało-niebieskie, pasiaste szaliki i rozety. Gdy Chelsea przegrywała 0:2, tłum wychodzących wcześniej był taki, że zaczynałeś się zastanawiać, skąd się wogóle tyle ludzi na stadionie wzięło. Teraz robotnicy oddadzą się błogiemu nieróbstwu.
No ale było jeszcze the Bovril Entrance. Wejście z małej bocznej alejki,w dół Fulham Road, z kilkoma kołowritkami (Przejście pewnie przez czyjś ogródek, z widokiem na salon. - dop.tłum :). Jak stałeś tam w kolejce, co chwilę nachodziła cię myśl, że zamknęli kasy, bo przecież już wieczność całą stoisz w tym samym miejscu, ale jedyne, co mogłeś zobaczyć, to szereg pleców, tak samo tkwiących w martwym punkcie. Co chwilę ktoś wspinał się na ogrodzenie i informował, że zamknęły, któreś okienko. Deska z odręcznym napisem. Bez podpisu.
SORRY CLOSED
Kiedy mecz był wysprzedany, blokowali wejścia, wkładając tam kawałek dechy. A między tym, zawsze znalazło się paru desperatów, próbujących się wcisnąć.
"Cofnąć się wy wszyscy!!"
Darł się operator kołowrotka.
"Nie ma miejsc. Wysprzedane!"
"Pierdolenie! Ja wchodzę!"
I kolejne komandosy staczają się nad ogrodzeniem.
Za wejściem, kocie łby. Czujesz jakie to jest stare. Stara Anglia Dickensa, brukowana kocimi łbami. Chłopaki jak my pozamykani w fabrykach cygar, albo wspinający się na doliny. "Młody człowieku. No przecież wiesz. W tłumie trza zrobić jedną kieszeń, lub dwie." (To z Oliviera Twiista, w wolnym przekładzie. Tak mi się skojarzyło. - dop.tłum.) Jak już jesteś w środku, nagle znajdujesz się pod budynkiem, upchanym między betonowe podpory. Okna w staroświeckich stalowych ramach. Kiedyś wymalowanych na niebiesko, teraz w przewadze pokryte rudymi plamami rdzy.
W 1966.,prezes Joe Mears, złożył patetyczną obietnicę, dotyczącą przyszłości Chelsea FC.w programie meczowym. Joe spędził całe swoje życie, próbując wykupić pakiet własnościowy klubu. Gdy spełnił swoją życiową ambicję, zaczął prorokować świetlaną przyszłość dla klub. Mieliśmy się stać gigantem angielskiej piłki. Niestety nie dożył, by zobaczyć, jak spełnia się jego wizja. Zmarł wkrótce po tym i jego syn Brian przejął pałeczkę. Miał plan szerokiej rozbudowy klubu, który nie powiódł się spektakularne. W przeciągu kilku lat mieliśmy ogromne zadłużenie i zaczęły się jaja z prawami własności gruntów. Chelsea była na równi pochyłej, ale to akurat nie była nasza wina.
Mniej więcej w tamtym okresie, Tunbridge lads, zaczęli być rozpoznawani na Chelsea. Każdy chciał być znaną twarzą, zwłaszcza na trybunach. Jak Ace Face z Quadropheni. Każdy chciał sobie wyrobić markę. Być pamiętany po czymś. O nas zaczęto gadać, jako o ludziach lubiących i potrafiących walczyć, po tym, jak kiedyś Tottenham, próbował się przespacerować środkiem Fulham Road. Najpierw jedna puszka coli, odbiła się od głowy fana Spursów i otworzyła się z głośnym sykiem, opróżniając swoją zawartość. Za nią podążył grad następnych i okrzyk:
Chelsea aggro!
Chelsea aggro!
Rozbiliśmy ich jak kręgle. Po takich akcjach, pojawia się reputacja. Na następnych meczach, na wyjazdach, słychać było dookoła "To ci? To oni?" i potakujące kiwnięcia głowami. To ci, co bronili honoru Chelsea. Parę sezonów później Tott'am się nam zrewanżował, czekając na nas w zasadzce na Charing Cross. Przez ponad godzinę w pięć dych, ganiali nas po całym West Endzie. Ale nawet zrywka była jakąś namiastką zabawy, bo nikt nie mógł narzekać, że nie był w centum wypadków. Sianie niepewności wśród naszych rywali, spuszczanie powietrza z klatek naszych przeciwników, wydętych pewnością siebie, to był jeden z zasadniczych elementów tej gry. Nie jak te opętane zakapiory, co wyczekują w obskórnych kafejach na przeciwko dworca, od 9.rano na twoje przybycie. Zero poczucia humoru. Zero luzu. Byle cię dopaść i stłamsić. Cały tydzień napięcia, czy nudy, mógł być podsumowany krótkim starciem, na płycie dworca. A potem na mecz. Typy śmieją się, opowiadają sobie, co przed chwilą zrobili. Dziś młodzi ludzie rywalizują na siłowniach, albo przed ekranami komputerów, obserwując słupki sprzedaży. Na spotkaniach wszyscy się bardzo lubią, dopóki blondas z kwadratową szczeną nie wyskoczy do góry z zaciśniętą pięścią, podsumowując w ten sposób swój najlepszy wynik sprzedaży kuchni z pseudogranitowymi blatami i japońskim dębem z pod Coventry. Wtedy wszyscy muszą się cieszyć razem z nim, a ci co stoją za nim, charają mu na zapoconą koszulę. Nie da się tego porównać, do uczucia, gdy masz 500 chłopaków za plecami i prowadzisz ich w nieznane. Prowadzisz ich, ale w każdej chwili, każdy z nich może wyskoczyć przed szereg i jednym wyskokiem, dobrym heymejkerem, wyrobić sobie markę. Zostać bohaterem dnia. Edukacja i wychowanie mogły z nas zrobić managing director of Dynamic Kitchens, albo junior manager w Centrum Wypoczynku Luvvverly, ale zamiast tego, dostaliśmy chłopaków i mecze. W naszej historii, nic nie napawało klas wyższych większym zadowoleniem, niż prowadzić swoich chłopców do boju. Czy to pod Agincourt, czy to pod Waterloo. Więc dlaczego, my chłopaki z sektora, mieliśmy być inni?Lads wysiadają z pociągów. Godzinę później pędzą w stronę zbliżającej się chmary miejscowych. Szerżą jak husarze. I oni uciekają! To było jak wejście w dorosłość. Przejścia rytuału. Uczyłeś się o wszystkim. O tchurzostwie. O cierpieniu. O okrucieństwie i o braterstwie. I nikt tam nie umierał. Przynajmniej nie w tej grupie, w której ja biegałem. Byliśmy jak pawie, wabiące samice na terytorium rywala. To było jak wybieg na pokazie mody. Życiowa lekcja, jak żyć. Nasze doznania, wbijały nas w dumę. Dyplom ukończenia Akademii Hooligansville. I z każdym newsem na pierwszej stronie, z każdą migawką w telewizji, liczba przechrzczonych na naszą religię powiększała się gwałtownie.To było kuszące i uzależniające. Jednocześnieie otoczone aurom, jaka nie otoczyła, czegokolwiek innego. I to myśmy to wynaleleźli i myśmy to opatentowali. To był nasz ekwiwalent rock'n'rolla. Byliśmy jak Presley, Sinatra i Joe Reeves zroliwani w jedno. Ale my nie tylko śpiewaliśmy piosenki. Pisaliśmy też ich teksty. To była niesamowita radocha, biorąc pod uwagę, że ból był jednym z podstawowych składników. Kibicować Chelsea, oznaczało być świadkiem wielu porażek. Kiedy przeciwnik zdobywał gola, gdy przegrywałeś mecz, musiałeś wysłuchiwać szyderczych pieśni ich kibiców. To domagało się fizycznej retrybucji. Jeb w tą rozdartą mordę. Ale wszyscy ci, co pamiętają te wczesne dni, zgodzą się, że zawsze było tam coś ekstra, bo nikt tego jeszcze nie robił. Nikt nie wiedział, gdzie to się skończy. Nie musiałeś czytać o tym, jak innym tętno zaczynało wariować, po dopale z adrenaliny, który wypierdalał z butów. Jak sam unosiłeś się porywany grzmotem największego chóru jaki udało się zgromadzić kiedykolwiek. Inaczej niż z narkotykami, tu nie musiałeś zwiększać dawki, by znów osiągnąć nirwanę. Każda następna działka, wywoływała podobny efekt. Nie było dwóch identycznych starć. Nic tak nie uzależniało. Po całym dniu biegania po ulicach, wracaliśmy do domu i śmialiśmy się. Nikomu nic się nie stało i to było najzabawniejsze. Czasem dotykałeś swojej twarzy, żeby sprawdzić, czy wciąż ją masz. Ale siniaki i szczegóły, wychodziły dopiero następnego dnia. Oczywiście, że to była radocha i potwierdzą to wszyscy zgodnie z obu stron.
We wczesnych latach 70tych., w hrabstwach wokół Londynu (Tzw. Home Counties. - dop.tłum), było mnóstwo pracy, ale jedyne co nam przysługiwało, to darmowa opieka medyczna i 49 lat harówy do emerytury. Futbol dawał nam szansę zaistnieć w kraju, zdobyć sławę jaka otaczała Beatlesów, albo królową. Wkrótce znaleźliśmy się na pierwszych stronach w kraju i za granicą, a nasza popularność, przerosła nasze najdziksze sny. Byliśmy tak popularni, że różne osobowości, poproszone o opinię na nasz temat, mówiły przyciszonym głosem, dodając na koniec, że nie czują się zbyt pewnie, gdy jesteśmy w pobliżu. Ostatecznie, gdy pojawialiśmy się na horyzoncie, ogłaszano stan oblężenie, a władze pociły się, próbując rozpracować nasz następny ruch. Kompletna bzdura jako, że my sami nie mieliśmy pojęcia, gdzie to się wszystko skończy. Nasze działania, miały wpływ praktycznie na każdą dziedzinę życia. Przesadzam? Wejźmy taką medycynę. W latach 70tych, gdy w Europie, coraz częściej wybuchały ogniska zapalne, objawiające się chuligańskimi zajściami na trybunach i wokół nich, naukowcy zaczęli określać to zjawisko, mianem angielskiej choroby. Mówisz i masz. Byliśmy jak trend w filozofii i przez parę ładnych lat, byliśmy niedozatrzymania. Nie chcieliśmy nikogo krzywdzić, chodziło nam tylko o to, żeby ci inni, zchodzili nam z drogi. Nieważne, że tylko na 20 sekund. Ważne, że nam musieli ustąpić. Stracili twarz. W niektórych kulturach, mężczyzna, który stracił twarz, jest zobowiązany popełnić samobójstwo. Dla nas oznaczało to śmiech i radość i historie opowiadane ziomalom. To wszystko, co robiliśmy, było odsłanianiem niedorzeczności społeczeństwa narodowego, które kiedyś zbudowało imperium. My wogóle pokazywalismy Anglię, taką jaka ona naprawdę jest (Dlatego tytuł filmu 'This is England', miał taaakiego powera. - dop.tłum). Życie toczyło się od poniedziałku do piątku, żeby zarobić dość floty, żeby móc oglądać Chelsea w weekend.I co z tego, że w każdy weekend porażka. Tylko ludzie pozbawieni kręgosłupa, kibicują tym, co stałe wygrywają. Swojej drużynie kibicujesz na zawsze. To się staje częścią ciebie samego. Nową tkanką. Jest ci nieodzowne. To jest chleb życia. Z pomocą Brytyjskich Kolei, przemierzaliśmy kraj, wzdłuż i w poprzek.Śpiewając nasze pieśni, wydawaliśmy się być nietykalni.
Nie myślcie tylko, że wszyscy byli tacy mili i uprzejmi. Były takie miejsca i byli tacy ludzie, których należało się obawiać. Co sądzisz o spacerze nad Manchester Ship Canal? W towarzystwie spółdzielni handlowej, sprzedającej kosy, każdemu napotkanemu Cockneyowi.'Masz tu mordo od nas! Szrama na ryju, ryju!'. Wielu jechało na mecz tylko po to, by tam przez 90 minut zastanawiać się, którędy spierdalac, po meczu na stację. Rzadko miałeś czas na podziwianie zabytków. Miasta, z których przywoziłeś selektywne wspomnienia. Pamięta się tylko różne śmieszne akcenty. O przepierdzianych gaciach podczas ucieczki, zapominasz, gdy pociąg do domu, opuszcza to zapomniane przez Boga i przeklęte przez ludzi miejsce. Byli jednak i tacy, którzy przestawali się telepać, dopiero gdy poczuli londyński smog. To nie musiał być koniec udręki. Czasami wjeżdżałeś na Kings Cross, wprost na spotkanie innej bandy z Londynu, powracającej z innego zakątka kraju. Albo nadziewałeś się na ekipę z Północy wracającą ze stolicy. Gotowi okazać ci wrogość, lub wyrównać rachunki z przeszłości. W Londynie West Ham słynął z tego, że często ponosiło ich z agresją i brali to wszystko, zbyt do siebie. No, ale cóż. Ludzie z Essex. Mieli nas za wyszczekanych przebierańców. Zero poczucia humoru. Zero luzu. Kiedyś kibic Manchesteru City z Home Counties, wyszedł w szaliku na stacji Upton Park i pokroili mu twarz brzytwą. Gdy na ekranach pojawiła się 'Mechaniczna Pomarańcza', w wersji Stanleya Kubricka, oni zaczęli ładować ludzi toczonymi laskami, z okuciami z mosiądzu, traktując to jak jakąś komedię. Dla mnie to nigdy nie była przemoc, gdy walczyłeś na łapy, z kimś o podobnych zainteresowaniach. Byliśmy młodzi. Nadawaliśmy na tych samych falach i tak samo odbieraliśmy klapsy, jak nasi przeciwnicy. Nawet jeśli oni stracili parę zębów więcej. I co z tego? Chelsea była znana z doskonałej organizacji i jakąś część zasług w tym względzie, należy przypisać mojej skromnej osobie. Liczba i planowanie, sprawiały, że czasami dosłownie podbijaliśmy wizytowane ziemie. Local finest chowający się po bramach. Próbujący się postawić na każdym skrzyżowaniu i podejmujący ucieczkę, po kolejnej nieudanej próbie. Tak przed meczem i tak po meczu. Chcesz być uznawanym za Top doga w Londynie. Za numer jeden w stolicy. Jadąc na czyjś teren, musiałeś tam jechać zorganizowanym. Historie o potężnych bandach Arsenalu, jadących na wyjazd i będących tam mordowanych masowo, zanudzały swoim schematyzmem i częstotliwością. Nam to się raczej nie przytrafiało, bo z rzadka poruszaliśmy się, z opuszczoną gardą. Zawsze gotowi na unik i kontrę.
Na wyjazdach, droga ze stacji na stadion, drodze na stadion nierówna. Wiele zależało właśnie od dystansu. Tubylcy znają te wszystkie, wąskie gardła, przejścia, gdzie rozdzielasz się normalną koleją rzeczy. Znajomość topografii, to ich spory atut. Zajmują strategiczne pozycje.
Obstawiają kluczowe miejsca. Wielu ekipom zdarzało się stracić panowanie, gdy okazywało się, że miejscowi są wszędzie dookoła i nawet wkradli się w ich szeregi. Ale nasze czoło trzymało nas do kupy. Nie tracili głów. Oni je zdobywali. "Stać! Nie spierdalać!", "Idziemy spokojnie!" I za pięć minut szliśmy już opustoszałymi ulicami. Tylko my i oni. Ich wielu, ale podzieleni, w większych i mniejszych grupach. Nas też nie mało i wszyscy razem. Idziemy na nich. Szeregi szeregowców, pilnowane przez swoich kaprali. Kaprali ogarniają sierżanci. Ci podlegają porucznikowi. Dowodzi kapitan. Zbliżamy się do nich z okrzykiem: "Uuh! Uuh! UUH! UHH!" Jak nie posrali się do tej pory, to teraz napewno. Pięści klaszczą w dłonie. Większość ekip daje długą. Gdy jedni zaczną uciekać, nie da się już tego powstrzymać. Inni dołączają. Strach przeradza się w masową panikę. Jednostki, które się jej nie poddają, załapują się na wpierdol.
W Nowy Rok 1974',wybrałem się na wyjazd, na Sheffield United. Moje nazwisko znajduje się, na liście Official Supporters' Chelsea Club. Idąc na zbiórkę, spotkałem Clive'a, kibica Arsenalu, a Kanonierzy grali w tamtym okresie taką pytę, że bez problemu dał się namówić na wyjazd na Chelsea. Tak wyglądała ta zabawa w tamte dni.Często chłopaki z Londynu, zamiast jechać na swój klub, jechali ze swoimi kumplami. Komu się chciało oglądać swoją drużynę, grającą z jakimś Norwich, jak można było jechać na wyjazd, gdzie były browary i gdzie byli ziomale. Tutaj pańszczyzna, tam kawalerka. Clive był typowym młodym człowiekiem. Nie wyglądał jak bandzior. Po prostu był kolejną twarzą w tłumie. Kochał swoją mamę. Nie pochodził z rozbitej rodziny. Nie był też anarchistą. Jeszcze parę lat temu, obaj zakładaliśmy pelle-melle, a teraz dwa kumate skurwiele. Na stadionie w Sheffield , Chelsea Boys, wjechali w ich End i nie dali się stamtąd eksmitować. Skończyło się tym, że policja podzieliła trybunę na pół, a miejscowi w bezsilnej złości, rzucali w nas monetami i gorącymi pajami. Inny stadion, inne zwyczaje. Inna przemiana materii. Sheffield nie miała na przykład takiej mentalności jak Millwall, który żyły by sobie wyprówał, poszukując w sobie dodatkowej okruszyny okrucieństwa, która pozwoliłaby im wypróć coś z ciebie. Nic dziwnego, że Jack the Ripper, operował w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Po czymś takim, jak odjebaliśmy na Sheffield, Millwall rzucałby się na szczupaka, na policyjne linie. Przekopaliby się pod ogrodzeniem, żeby wypróć ci serce. Po meczu, w drodze do autokarów, ktoś rzucił żartem, że słyszał o typie, który po porażce z Sheffield United, pozbył się z kuchni wszystkich noży. Pieprzony Jinx.
Wczesny wieczór w Sheffield. Jest coś w tych smażalniach na Północy, że tam ryba smakuje lepiej, niż u nas w Londynie. Może to dlatego, że połów jest zawsze świeży. Albo może to prawda, że tam frytki smażą na wołowym smalcu. Tak, czy siak, ryba po meczu, to był dla mnie stały punkt programu, w przypadku wyjazdów na Północ. Więc siedzimy se w smażalni, a tu nagle, kompletnie z dupy, jakieś gnoje zaczynają się do nas srać. Sześć takich niemot, z tego jedna zataczała nożem, jakieś magiczne kręgi w powietrzu. Wszyscy mieli gdzieś po 18 lat, ale niedojrzali jacyś tacy, jak papierówki w maju.
"I co Cockney-gnoje? Zaraz was pochlastam!"
"Co to? Horror przed 20?"
Clive się go pyta. I dodał wskazując na nóż.
"Pięknie! Ojciec z fabryki produkcję wynosi!"
Typem tak telepało, że nie było wiadomo, czy on tą kosę trzyma, czy on się trzyma tej kosy.
"Wszystkich nas chcesz pochlastać? Sam jeden?"
Zapytałem naszego niedruga-nożownika. Obejrzał się zpeszony, czy kumple stoją twardo za nim. Zanim się obrócił, jeden z nas, wyjebał mu cepa na szczękę. Spłynął na glebę, wokół własnej osi. Jego ziomale momentalnie zarządzili odwrót. Wyjścia z bloków mieli piekielnie szybkie. Ich ziomek na glebie,dostał kilka pieczątek, w kształcie naszych Di eMek, że przesyłka nadana z Londynu. A my, poszliśmy sobie spokojnie do pubu, co był niedaleko. Gdy wróciliśmy na parking, pod autobusem stało trzech policjantów i dwóch pryszczatych oberwańców. Obaj badawczo przypatrywali się każdemu, kto wchodził na pokład pojazdu. Gdy się zbliżyliśmy, wskazali na mnie i Clive.
"To oni. To ci dwaj. Oni nas okradli."
Po, krótkiej szamotaninie, obaj z Clive'em, wylądowaliśmy skuci w suce. Sierżant na nadgodzinach, jechał z nami z tyłu, całą drogę na dołek.
"Dziesiona z przedłużeniem, spory kęs chłopaki. Nie zazdroszczę."
"Poważne przestępstwo. Bez górnej granicy kary."
"My tu takich skurwiałych Cockney'i, co szukają, nie lubimy. I to bardzo."
Wycharczał kierowca. Śmiałem się z niego, bo gówno na nas mieli. Po nie skorzystaniu z prawa do przyznania się i odmowie składania zeznań, zostałem oskarżony, o posiadanie niebezpiecznego narzędzia i napaść rabunkową. Wyszło, że nasz napastnik-ofiara, został odnaleziony przez stróżów porządku, a gdy doszedł jako tako do zmysłów, "przyznał się", że padł ofiarą pobicia i został okradziony. Zeznał oczywiście, że to był nasz przedłużacz. Cockney w Sheffield, nirdraśnięty nawet, kontra, biedny miejscowy chłopak, z odciśniętym piętnem Di eMki na ryju, to nie mogło się dobrze skończyć. Na siedem tygodni, trafiłem na śledczak Thorparch w Wheterby. Sędzia dojebał mi jeszcze trzy miechy, z których dwa odleżałem na North Sea Camp. Gdy wszedłem moja pierwsza myśl, to było: "Dobra. Kiedy gramy najbliższy mecz?"
Patrząc w retrospektywie, lata 70., to rzeczywiście była złota epoka chuliganki, kiedy chłopaki byli chłopakami, a cała Anglia, patrzyła na nas zdjęta trwogą. Policja zawsze wydawała się być w niewłaściwym miejscu, we właściwym czasie, dla nas, stadionowych hooltaji. Pozwalali mniejszym i większym chłopcom pobawić się trochę w wojnę,na miejskich polach bitewnych. Setki chłopaków z Chelsea, biegnących po jakimś postidustrialnym gruzowisku, na spotkanie jakiejś reprezentacji miejscowych z Północy, to doznanie z tych olśniewających. Choć my w tamtym czasie, wogóle tego nie dostrzegaliśmy. Gdziekolwiek specjał odjeżdżał ze stacji, do pociągu w ostatniej chwili wskakiwała żądza zniszczenia. I to się musiało tak skończyć. We wrześniu 1975., drużnik opuścił semafor i Brytyjskie Koleje przestały realizować kursy specjalne, dowożące kibiców na mecze.
We wrześniu 1976.,cała Anglia wstrzymała oddech, gdy Chelsea klepnął wątpliwy zaszczyt złożenia wizyty na Millwall, który podówczas grał w Drugiej Dywizji. Nieważne w której lidze grali ich piłkarze, ich kibice, to zawsze była najwyższa klasa rozgrywkowa. Ścisła czołówka przemocy. Chelsea nie grała z nimi przez 46 lat. Gdy ostatni raz kibice Chelsea stali w kolejce po bilety na Millwall, w Nowym Jorku bezrobotni stali w kolejce po darmową zupę. Myślę, że stąd się wzięła ta cała ich ponura legenda. Że ci tam na Millwallu uszy poodgryzają. "Pane oficerze! Potrzebne nosze!"
Oni tam nie potrzebują wymówek, dla swojej agresji. Stadion im zamykano już w 1934.Potem w 47.i jeszcze raz w 50.A za każdym razem, gdy mieli słabą passe, demoliwali furę swojego prezesa. Potrafili tak zastraszyć przeciwników, że byli rekordzistami pod wzgłędem meczy bez porażki u siebie. Gdy ta passa dobiegła końca, jakiś czub wbiegł na boisko i znokautowal sędziego. Millwall, tępaki, lub twardziele. Zależy czy odgryzasz, czy masz odgryzane uszy.
Millwall zawsze przypominał ruderę z horrorów. Nawet jak tam nic nie straszy, to i tak nie miałeś ochoty tam wchodzić. Jak zapomniany grobowiec, w którym dogorywa nieuleczalnie chory zombie. Odrapane puby. Obskurne fasady. Wygaszone twarze. Dokerzy, których juz nikt nie wywoła na dniówkę, z tłumu oczekujących. Patrzą w pustkę, w oczekiwaniu na statek, który nigdy nie przypłynie. Nad pustymi dokami, mewy chichoczą z beznadziei ich życia. Ostatni statek, który cumował na Millwall Dock, dawno już poszedł na żyletki, więc zabijają czas grą w coloque, tak jak 50 lat temu, gdy nie wywołano ich na żadnym nabrzeżu. Kiedyś Millwall to była coś. I oni kiedyś byli kimś. Nie to co dziś. Grube bruzdy na twarzach skoncentrowanych na kartach. Kiedyś były dniówki, gdy statek miał być zrobiony na wieczorny odpływ. Kiedyś były wypłaty. Ale to wspomnienia. Natomiast twarda nieustępliwość, jaką wyrabia życie na dokach, przetrwała i stanowi jak najbardziej rzeczywistą rzeczywistość. Dlatego fani Millwall, uznawani byli za zakapiorów. Dlatego podtrzymali wokół siebie tą otoczkę wrogości. Zwłaszcza wobec młodych pretendów z Chelsea. Nawet położenie ich stadionu, przy Cold Blow Lane (Aleja Zimny Podmuch - dop.tłum), sugerowało mało gościnne przyjęcie. Millwall, to była banda, z sercem na dłoni. Z twoim sercem. I jechało się tam z duszą na ramieniu. Ale nie pocieszaj w ten sposób, podenerwowanego kumpla w pociągu. Gdy dojeżdżaliśmy do stacji, rozbrzmiała piosenka Johny Wakelin'a, o walce Muhammada Ali, z Georgem Foremanem w Zairze.
Once there was a battle there.
In Mill... In Millwall.
One thousand Chelsea there.
In Mill... In Millwall.
Ale gdy pociąg stanął przy peronie, ze wszystkich stron, otoczyło nas skandowanie:
Mill-waaall!! Mill-waaall!! Mill-waaall!!
Końcówka ich nazwy, ginęła z bulgotem w ich gardłach, jakby by byli krzyżówką jakiegoś chłepczącego juchę banshee (To jest chyba taki upiór z mitologii celtyckiej. Kto posłyszy jego skowyt, ten już śmierci się nie odejmie. - dop.tłum.) Nikt nie lubi się prać z czubami, dla których ból jest cool. Wszyscy rozglądają się niepewnie. Nikogo nie ma w pobliżu. Może to duchy brygad murararskich, z czasów panowania królowej Wiktorii, śpiewały przed chwilą. Powoli ruszamy na koniec peronu.
"Gdzie są psy?"
"Nigdy ich nie ma, kiedy są potrzebni."
Wyszeptał ktoś z rezygnacją.
"Stać!"Wykrzyknął ktoś inny.
" Jebać to. Zabawa dla żołnierzy."
"Ja spierdalam!"
Komuś puściły nerwy. Jeden z tych, co nie założył pampersa. Ostatnia rzecz jakiej potrzebowaliśmy,to ludzie siejący panikę, zanim cokolwiek się zaczęło.
Millwall wyłonił się zza winkla i zaczęliśmy to nasze "Ooh! Ooh! Ooh! Ooh!", żeby dodać sobie, choć krztynę londyńskiego swagger (Londyńskiej bujanki. - dop.tłum) Niespecjalnie to na nich, wywierało zamierzony wpływ. Kwitowali to głośnym rechotem, albo niczym krecik z czeskiej kreskówki, kładli dłonie na policzkach i rozdziawiali gęby, w błazeńskiej parodii przerażenia. Niektórzy zaczęli nas przedrzeźniać, ujadając cieniutko, jak jakieś ratlerki. "Uuł! Uuł! Uuł!", "Uuł! Uuł! Uuł!" Nie przestawali się zbliżać w naszą stronę. U nas panika zagościła już w czystej postaci.
"DZIDA!"
I wszyscy zaczęli zdupcać,a dookoła rozpętało się piekło. Nie oglądasz się przez ramię, sprawdzić kto biegnie za tobą. Wystarczy, że ktoś biegnie. Ci, którzy nie mieli dość rozsądku, albo refleksu, leżą już na ziemi przekopywani. Jeśli mieli farta. To nie było do widzenia. C'est la vie, lads.
Gdy mecz, zaczął się o 15.,wnętrze stadionu, przypominało krater wulkanu, tuż przed erupcją. Kontyngent Chelsea, przebywał na Cold Blow Lane End (Sektor the Wall. - dop.tłum.), dostając się pod wzmagający się ostrzał. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, po serii manewrów oskrzydlających i całej masie taktycznych podchodów, nasz główny element, którego chłopaki z Tunbridge Wells, byli zasadniczą częścią składową, wdarł się na sektor Millwallu. F Troops, musieli się cofnąć i zostali przyparci. Staliśmy tam na przeciwko siebie, pożerając się nawzajem wzrokiem. Tylko dzięki interwencji konnej policji, ich najwyśmienitsze kąski, nie zostały tam zchrupane. Teraz, czując się pewniej na stadionie, otoczeni metalową klatką, staliśmy tak ciasno łokieć, w łokieć i ramię, w ramię, że nawet rozpędzony nosorożec, nie spenetrowałby naszego tłumu. Ale zewsząd otaczała nas zkumulowana wściekłość,napierająca na ogrodzenie falami. Samotny gliniarz, na białym rumaku przykrytym granatowym pokrowcem, podziwiał to pandemonium, ze swojego punktu obserwacyjnego, na trawiastym wzgórku. Przy ogrodzeniu, smarkają, plują, wyciągają rozcapirzone palce w naszą stronę. Przerażający widok. Po drugiej stronie płotu, nadbiega przypadek kliniczny. Twarz potwornie wykrzywiona spazmem czystego obłędu, ocieka mu jadem. W ręku trzyma zakrzywiony rzeźnicki hak, z drewnianą rączką. (Może to ten typ, co na Evertonie, próbował się ewakuować na boisko. - dop.tłum :) Takimi hakami, przeciągali w dokach, zamrożone półtusze. Socjopata, pomagając sobie swoim mięsnym narzędziem, wspina się na ogrodzenie. W jego ślady, idzie miś-pushupek, w rozmiarze XXXL. Patol spadł z ogrodzenia, lecz natychmiast poderwał się na nogi. Ze świstem, jego hak, ciął powietrze szeroko.
"To jakiś czub!"
"Orient na jego narzędzie chłopaki!" Wszyscy cofają się, okazując należny respekt. Przy ogrodzeniu, mieliśmy grupę rezerwistów, z regimentu spadochronwego. Oni się nie pozwalali popychać. Natchnieni ich opanowaniem, ruszyliśmy na pierdolniętego rzeźnika. Zaliczył przeprowadzkę na parter i zdrowo gruchnął o ziemię. Na zdrowie! Teraz nacisk Di eMki, na staw łokciowy, poparty dźwignią do siebie i jego straszny oręż, momentalnie wyślizgnął mu się ze sflaczałej wity. Jeden z CFC Paratroopers, zaczął go nim grzmocić po łbie. Ale tą tępą stroną.
"Co ty kurwa robisz?"
Krzyknął jego ziomek z boku.
"Ładuj go kurwa ze szpica!"
"Zabić skurwusyna!"
Krew zaczęła tryskać, gdy hak z głuchym łomotem po raz pierwszy, zanurzył się w jego mięsistą twarz. Gdy dotoczyły się piwne brzuchy, ku ich zaskoczeniu, powitała ich salwa ciosów i kopniaków prosto w ryj. Chyba nie tego się spodziewali. Machy zostały im konkretnie wyklepane, choć efekt wizualny, był po prawdzie żaden. No może z wyjątkiem, kapitana Hooka.
Wyglądali na zadowolonych z życia, jakby od tygodni nie bawili się tak dobrze. Czterech podziurawionych. 113 usuniętych ze stadionu. Jak podały gazety, na trybunach stawiło się tego dnia 21 004 widzów. 21 koła, to były piękne świry. Tych czterech normalnych, chyba też w końcu dało się porwać emocjom i dołączyli do resztyy, bo tłum wyczękujących, po meczu, pod stadionem, prezentował się naprawdę imponująco. Goście w średnim wieku, spychali swoich nastoletnich synów z drogi, byle mieć przystęp do nas. Jeśli kiedykolwiek urządzono paradę pierdolniętych na Millwallu, to musiał być właśnie ten dzień. Chelsea zdupcała wszędzie. Trudno się było na nas nie nadziać. (Kiedyś zapytałem mojego funfla z biura,60+, kibica the Wall: Peter, jaką macie najpopularniejszą piosenkę, oczywiście poza 'No one likes us'? Pete zastanowił się chwilę, poczym odchylił się zawadiacko do tyłu, wyciągnął prawą witę przed siebie i zaczął śpiewać ponurym głosem: You will never! Get to station! - dop. tłum ;) To był pożar w szpitalu psychiatrycznym. Nic dziwnego, że nikt ich nie lubi. Niektórzy z tych komandosów od nas, walczyli później w Afryce Południowej i w Rodezji, ale zapytasz każdego jednego z nich, to ci powiedzą, że czegoś tak przerażającego, jak popołudnie na Millwall, nie przeżyli na żadnym froncie.
"Całe szczęście, że przejebaliśmy trzy - zero."
Ktoś wymamrotał później.
"Nie chciałbym ich oglądać naprawdę wkurwionych."
Chłopaki z Chelsea mieli bekę z tego wszystkiego. Czy wygramy, czy przegramy i tak chuja w to wbijamy! Jeszcze tu wrócimy! Co tydzień rozchodziły się opowieści o heroicznych czynach i niesamowitych przygodach z poprzedniego tygodnia. I nieważne, czy były prawdziwe. Ważne, że robiły robotę. Spajały nas razem. Sprawiały, że stawaliśmy się coraz lepszymi kumplami. Lepszą szajką. I zabawa też była coraz lepsza. Za parę miesięcy, ktoś będzie opowiadał całemu pubowi o tym i odpływ na Millwallu, zamieni się w przypływ.
Ali Baba - Książe z bajki,
patrzy w zdjęcie Skowron Majki,
bo do szaleństwa kocha,
on dziewczynę tą.
Złotowłosą.
No co? Nie piszecie nic, to sobie pośpiewam.
Gdzie te dziewczyny? Ogniste klacze?
Górskie kozice? Kici- kocice?
Gdzie te dziewczyny? Ponętne Panie?
Gdzie te samice? Konie & ssanie?
Jakie sanie Malarzu? It's nearly Wielkanoc.
E tam. U mnie przedwczoraj sypało. Kwiecień plecień. Zawiejem i zamieciem. April fools.
Jadą, jadą ssanie. Góralskie koniki.
Ej! Panie, w saniach panny,
aż parują siki.
Dość tej muzycznej psychodeli. Enough is enough.
Dobra. Jadziem dali. Na tym samym kanale. Na tej samej fali.
Zaraz będzie jedna panna.
Na Nottingham Forest, wpadli na doskonały pomysł. Zbudujmy stadion na brzegu rzeki Trent.Miejscowe chłopaki, kochały obiecywać przyjezdnym :
Koniec meczu niedaleki!
Wszyscy pójdziecie do rzeki!
(Przypomina mi się western 'Dzika Banda' i taki młody bandzior, pierwszy raz na robocie, jak w środku całej rozpizdówy, kazał śpiewać zakładnikom:"Let's get together on the river's. Let's get together on the river's. Let's get together on the river's, on the river's bank we get. - dop. tłum.) Jak okazałeś cień słabości na Forest, pływalnia była w rozkładzie zajęć. Gdy Chelsea Boys, pierwszy raz odwiedzili to miejsce, to na tubylców przyszła kolej, dryfować z prądem, do melodii piosenki młodych wioślarzy (Org. Eaton Boating song. - dop.tłum)
Ojojojojoj! Ojo, jojo! Jojoj! Joj!
Ojojojojojojojoj! Ojo! Jojo! Joj! Oi!
:)
And you'll all swim together!
'Cos you've met the CFC!
Październik 9.1984 rok. Wczesne godziny popołudniowe, na dworcu Waterloo. Skupione twarze kibiców Chelsea, obserwują śpieszących z londyńskiego City, księgowych. W swoich melonikach, ze skórzanymi aktówkami pod pachą, zapinają równo, żeby się przypadkiem nie spóźnić na Cornation Street i ciepłą kolacyjkę. Koniobijcy, stojący w kolejce, do swojej Waterloo&City line. Spode łba obserwują kibiców Chelsea.
Mamy środę i mamy środowe spotkanie na Millwall w Pucharze Ligi. Chelsea wyrusza na misję. Koniobijcy, do kapci.Pierdzieć na bujaku. Chelsea! Poślady razem! Czekamy i obserwujemy. Głowy wychylają się z okien, gdy zwrotnica za London Bridge, ze zgrzytem, przerzuca nasz pociąg, na zerdzewiałe torowisko ciągnące się między doki. Dojeżdżamy na Bermondsey. Jednak Luftwaffe, nie zrównało tutaj wszystkiego z ziemią. Kilka budynków wciąż jeszcze stoi. Ale krajobraz taki, jakby syreny przeciwlotnicze, dopiero co przestały wyć, a w powietrzu wciąż unosiło się echo, eksplodujących bomb burzących. Po co Hitler, wogóle dupę sobie zawracał. Przecież tu i tak wszystko wali się ze starości w gruzy (No, jest tam taki trochę skansen, jak na hanysowie. Choć teraz to już pewnie, nie to samo co kiedyś. Bez porównania. - dop.tłum.). Doki. Relikt z epoki imperialnej. Kiedy Brytania rządziła światem i światową gospodarką, a doki to było jej serce. Gdy pojawiały się braki w zaopatrzeniu, z doków wypływały okręty, z ładowniami pełnymi chłopaków, którzy płynęli tam gdzie trzeba i zabierali to, co nam akurat było potrzebne.
Teraz stacja Surrey Quay,. Gęstniejąca mgła, zdaje się potęgować ciszę. Chłopaki dryniłły od wczesnego przedpołudnia. Nie da się jechać, na trzeźwo na Millwall. Co za ludzie tam chodzą. Średnio mają po dziesięć koła na trybunach, mimo to, więcej psycholi na metr kwadratowy, niż na jakimkolwiek innym obiekcie w kraju. Raz jak tam przyjechał Manchester United i emerytki i rencistki, wyglądające jakby miały ostatnie stadium rabiosy, wybiegały z domów i rzucały kubłami na śmieci w Mancsów. Tak po prawdzie, to byli dobrzy ludzie z Doków,takie lokalne charaktery lubiące się trochę po napierdalać. Tylko "Hast thou fawten yet?", zamieniało się tam w: "A w ryja chcesz, ty jebana pizdo, chujwieskąd?!" Każdy z poza Doków, kto nie miał przynajmniej jednego krewnego, zabitego niemiecką bombą, był tam jebaną pizdą, chujwieskąd.
Następnego dnia siedzieliśmy w kafeji "Pod tłustą chochelką" i podziwialiśmy wolę walki u tych szczerych chłopaków z Millwall. Ale dzisiaj, było dzisiaj.
Kilka lat wcześniej, kilku typów z Millwall, wzięło udział w programie Panorama, na BBC'1. Indywidua o takich ksywach , jak Harry the Dog i Jerry Brecha. Nosili na twarzach maski chirurgiczne, bo jak twierdzili, stosują wobec fanów przeciwnika terapię (Org. the Treatment. - dop.tłum) Czy tak było naprawdę, nieważne. Ważne, że ich udział w tym programie, wzmocnił jeszcze ich wizerunek, czubów lubujących się w pijatykach i bijatykach, górując pod tym względem wyraźnie, ponad wysoką średnią krajową. Nawet gdy spiker zapowiada tam drużyny, połyka spore części nazw, co może wskazywać, że miał mnóstwo nieusprawiedliwionych godzin na koniec roku. Co roku.
Wizyty na Millwall, przeważnie odbywały się w ponurej atmosferze. Ktoś mi kiedyś podkręcił story, o fanach Arsenalu, którzy przed wizytą na the Wall złożyli wizytę w pubie. To było ładnych parę mil od the Den. Upłynęło może z pół godziny i zostali zaatakowani, przez F Troops. Starzy wysłali młode czajniki, żeby czaiły pod każdym potencjalnym pubem, na trasie z Highbury. Inną sztuczką na wyjaśnienie, kibiców innych londyńskich klubów, twarzy niepodobnych, zupełnie do nikogo, kręcących się po okolicy i palących Jana,było pytanie o jakiś zapomniany pub,który zamknął podwoje dekadę, lub dwie temu. Jeśli nie znałeś odpowiedzi, albo próbowałeś jakąś zmyślić - jebut w zęby. Tak jak na Północy, pytają się o godzinę, żeby sprawdzić twój akcent. Millwall miał swoje sposoby, by rozkminić, czy inni Londyńczycy wyglądający jak oni i gadający jak oni, są od nich. W zasadzie, to nawet nie potrzebowali tego,ponieważ West Ham to były marszczaki, a oni charczaki (West Ham were scowlers-groźnie się marszczyłi. A Millwall were growlers. - charczeli gardłowo. - dop.tłum) od tego mieli zmarszczki w kącikach ust, jakich nie mieli kibice, żadnych innych klubów.
Od wczesnych godzin Millwall był na pozycjach, w pełnej gotowości bojowej. Gnoje wysłane na przeszpiegi, zostały rozstawione w strategicznych punktach, by upewnić się, że żaden kibic Chelsea, próbujący się przemknąć, nie rozminie się z komitetem powitalnym, oczekującym tam na nich. Witamy na Dokach! But w zęby na dzień dobry, a potem.. Może Jerry Brecha, zafunduje ci trepanacje czaszki. I co? But w zęby teraz, wygląda, jak jakiś gest przyjaźni. Aloha!
Jednej grupie chłopaków zachciało się iść do pubu.Opuścili kordon względnego bezpieczeństwa, jaki dawała grupa. No to mieli. Ledwo weszli do środka, lokal został otoczony przez wściekłą sforę, uzbrojoną w pałki bejsbolowe i deski ze sterczącymi gwoździami. Wybiegli stamtąd tylnym wejściem, między parkanami, dwóch sąsiednich posesji, ścigani wyciem żądnego mordu motłochu. Dokoła, z okien, wisiały stare, dobre, lokalne emerytki, wrzeszcząc:
"Do the Chelsea bastards!"
A ich protezy latały w powietrzu.
Niektórzy kibice Chelsea, sprintem zapinali na stadion, ale główna ekipa, trzymała się razem i niejedno wytrzymała.
Po zmroku, ulice Southwark, wyglądają na jeszcze bardziej zakazane. Wąskie uliczki. Nieświecące latarnie, ze smętnie zwisającymi kloszami, poobrywanymi przez łobuzów. Kolejowe estakady z cegły, których łuki znikały w głębokich podcieniach. Pojedyncza lampa, z sodową żarówą, roztacza trupio bladą kałużę, na brudnym bruku. Pasaże, w które żaden fan Chelsea, nie śmiałby się zapuścić. Strach kroczył tamtędy, ostrożnie stawiając stopy. Grzechot toczącego się nad głowami pociągu, brutalnie zakłóca martwą ciszę. Gigantyczne iskry, strzelają z pod wagonów, jak ukryta, bateria artylerii.
CRACK! CRACK! CRACK!
Po każdej salwie, głowy kurczą się w ramionach. Każdy nagły dźwięk, niespodziewany błysk, szarpie nerwowo całym ciałem. Zwarcie na torach, rozświetla na moment okolicę. Na tle brunatnego nieba, sterczą sylwetki szarych wieżowców. Tylko w pojedynczych flatach,za brudnymi szybami, świeci się przyćmiona żarówka. W mieszkaniach na parterze, okna i drzwi balkonowe, zabite płytą pilśniową. Na płycie zasłaniającej okna od kuchni, ktoś napisał koślawo sprayem:
MILLWALL KILLS WEST HAM
MILLWALL F TROOPS
Tak jakbyśmy nie wiedzieli, jak oni kochają swych sąsiadów zza Tamizy. Przechodząc przez tunele na Rotherham, czy na Blackwall (Na Blackwall można chyba tylko przejechać. Jest jeszcze na Greenwich!- dop.tłum.) ,warto mieć przy sobie paszport. To, że Tunbridge Wells, leży na tym samym brzegu rzeki, co Millwall, nie specjalnie kruszyło lody między nami. Byliśmy Chelsea.
Rozkład i rozpad, miał w tej okolicy charakter endemiczny. Wyzierał na ciebie z każdego kąta, gdy próbowałeś odwracać wzrok. Opustoszałe odlewnie, kiedyś tętniące stukotem młotów. Rozświetlane błyskiem palników acetylenowo-tlenowych. Stare kłódki na bramach. Przerdzewiałe siatki zataczają się falą. Dachy z blachy falistej, które pogodziły się już dawno, z przytłaczającą potęgą opadów. Sterty śmieci, zgromadzone pod nimi, już nie mogą na nich polegać. Bocznice kolejowe, zepchnięte za boczny tor. Porzucone, korodujące maszyny, produkujące wydmy brązowego pyłu. Dunkierka tak musiała wyglądać. Tak mi się wydaję. Gdy nasi chłopcy stali po pachy w morzu i wypatrywali, nurkujących Stukasów.
Wracając do naszego horroru. Chelsea fans zmierzający na stadion, byli atakowani ze wszystkich stron. Obiecujący młody zawodnik, grający w rezerwach Chelsea, Bobby Isaac, zmierzający do wejścia dla zawodników, został pokrojony nożem tapicerskim Stanleya. Założyli mu ponad sto szwów. Potem mu je ściągnęli, ale jego psychika już się nigdy nie zrosła. Mecz odbywał się w atmosferze ekstremalnej nienawiści. Zimne spojrzenia kłuły za podwójnego, wzmocnionego ogrodzenia i licznego szeregu niebieskich mundurów.
WE HATE CHELSEA!
WE HATE CHELSEA!
Oczywiście, nie tak bardzo jak West Ham, ale to wątpliwe pocieszenie. Przynajmniej nie zabili nikogo od nas.
Po meczu Chelsea wychodzi jedną grupą. Na meczu 11 157 widzów, z tego, po stronie Millwall, przynajmniej z pięć koła ręcznie powybieranych szajbusów.
- Edytowany
"Na Peckham tędy!!!"
Krzyknąłem i spory tłum, ruszył za mną. Hickey the Pied Piper z Doków. To był pierwszy raz, kiedy tak wyraźnie uświadomiłem sobie, że tłum potrzebuje lidera. Więc teraz na mnie i paru innych ciążyła odpowiedzialność, by dostarczyć wszystkich bezpiecznie z powrotem na Waterloo. Drugiej szansy tutaj się nie dostaje. Nikt nie chce wyłapać wypierdol na Millwall, bo oni zawsze wpadają potem na ostry dyżur, żeby ci dojebać jeszcze raz. Gdy tu jechaliśmy pociągiem popołudniu, było miło i przyjemnie, a teraz idziemy z buta i jest przejebane. Spanikowane głosy. Paranoja się szerzy.
A za chwilę już była, depresja maniakalna po całości. Ciemne ulice. Ujadanie policyjnych psów. Twój metabolizm przyśpiesza niebezpiecznie. Po każdym skurczu mięśnia sercowego, szpara między żebrami, wydaje się powiększać. Próbujesz przyzwyczaić wzrok do otaczających cię ciemności, a powonienie do duszącego zapachu, wszechobecnej zgnilizny,która była tu przecież również przed meczem. Policja rozdziela nas na mniejsze grupy i na stole ląduje nasz ostatni atut, nasza liczba. A mimo tego wszystkiego, ręce wznoszą się nad głowę.
Wznosi się okrzyk. Ręce klaszczą miarowo. Na chwilę spuszczona zostaje para z kotła, który był już na czerwonym.
"RÓWNO! RAZEM CHELSEA!"
"KEEP IT TIGHT LADS!"
Z oddali słychać zawodzienie:
"Choć nas nikt nie lubi!!
Nas to nie obchodzi!!"
Coraz szybciej przemieszczamy się w stronę zbawczych latarni drogowych na Elephant & Castle. Tłumy młodych ludzi na jezdni. Niektórzy zatrzymują się, by dokonać krótkiej wymiany ciosów, z kimś znajdującym się w pobliżu, lub rzucić czymś, co akurat znalazło się w jego zasięgu. Samochody policyjne hamują z piskiem opon. Na chodnikach, tłumy przechodniów, zastygłych w niemym podziwie, oglądają ten apokaliptyczny spektakl,z rozdziawionymi ustami. Jedna starsza pani, poprosiła najbliższego kibica, o przybliżenie całej sytuacji, jako, że dla kogoś takiego jak ona, pozbawionego fachowego spojrzenia, wszyscy uczestnicy, wyglądali tak samo, zachowywali się tak samo i nawet wykrzykiwali te same bezeceństwa.
"Ależ to nic takiego droga Pani."
"Millwall grał dziś z Chelsea. To tylko wieczorna dogrywka."
Padła uspokajająca odpowiedź.
Na Wyspach kochamy naszych bohaterów. Zwłaszcza tych komformistycznie nastawionych do życia. My wkrótce staliśmy się symbolem nonkomformizmu. W każdą bożą sobotę, grupy chłopaków, burzyły ustalony przez establishment porządek. Nie chcieliśmy się zmieść, do ciasnej szuflady, którą nam wyznaczono, w społecznej szafce. Mieliśmy się trochę powygłupiać. Potem wyrosnąć z tego. Znaleźć sobie dziewczyny. Pamiętam rozkosz, z jaką czytywałem tydzień w tydzień, o tym, jak zakłucamy utarty harmonogram klas wyższych. Setki fanów, przebierało nogami, czekając na niedzielne wydania, w których w setkach kolumn, opisywano nasze psoty. Politykom, jacyś wolni strzelcy, przerywali gustowne, sobotnie wieczory w teatrach, domagając się w imieniu opinii publicznej, komentarza, do dopiero co zakończonej kolejki i towarzyszącym jej, wydarzeniom pozaboiskowym. W końcu zacząłem wycinać z gazet i zbierać do teczki, te wszystkie wypociny redaktorów naczelnych, na nasz temat. W przyszłości, miało się to na mnie zemścić i to srodze.
Nie raz byłem z paczką kumpli na meczu, a potem czytałem opis tych samych wydarzeń, w poniedziałkowej gazecie i w żaden sposób nie przystawał on do tego, co ja zapamiętałem. Wyjątkowi artyści od zmian w rzeczywistości post factum, pracowali w Daily Express. Jednego razu, wiodący publicysta, pod ich logo z postacią dźwigającą tarczę i miecz, dowodził swoim czytelnikom z klasy średniej, że jedyną receptą na stadionową chuligankę, jest zaostrzenie i częstsze stosowanie kar sądowych. Pozamykać kilku z nich, to zaraz się uspokoi. Bo tak naprawdę, to jesteśmy bandą tchórzy, którzy czują się mocni tylko w grupie. Jak modsi i rockersi, urządzający awantury na plażach Brighton. Zamknięto ich liderów i reszta, zaraz straciła ochotę do rozrób. Z kibolami trzeba zrobić to samo.
Problem polegał jednak na tym, że bójki na meczach, to była niesamowita zabawa i każdy, kto brał w tym udział i ma odrobinę szczerości w sobie, przyzna, że tak to właśnie traktował. Niesamowita kombinacja baletu i boksu, dająca przyjemność porównywalną tylko z namiętnym stosunkiem, ale trwającą przeważnie znacznie dłużej. Twoje zmysły zaczynają odbierać na ogólnie niedostępnych płaszczyznach. Poziom twojej świadomości, osiąga, zdawałoby się nieosiągalne wartości, niemalże wykraczające poza percepcję sensoryczną. Tego nie da się porównać do wrażeń w wielu innych sytuacjach. Gdy wisisz, uczepiony kilkusetmetrowej ściany i widzisz jak przeciera ci się lina. Pęka włókno za włóknem. Albo gdy szarpiesz uchwyt zapasowego spadochronu i rączka z kawałkiem linki, zostaje ci w dłoni. Może w takich sytuacjach ludzie są w stanie doprowadzić się do podobnego stanu. Tego nie da się porównać z żadną inną z twoich aktywności. Taka dawka dopaminy uzależnia. I to uzależnia kurewsko. W historii naszej cywilizacji, ludzie mieli problemy, od powstrzymania się od znacznie słabszych rzeczy.
Wydawało się, że naszą misją życiową, jest wypełnianie pustych stron w gazetach i gdyby nie my, dziennikarze nie mieliby o czym pisać. Nie musieli niczego o nas wymyślać, bo zawsze dawaliśmy im mnóstwo. Żaden z nich nie pofatygował się przejść z nami z Millwall, na stację, ale nawet jak historia uciekła im z pod pióra, to jeszcze pozostawała konferencja prasowa, w lokalnej komendzie policji. Będziemy mieli doczynienia z kilkusetosobowymi grupami stadionowych bandziorów. Tylko dzięki poświęceniu, profesionalizmowi i zaangażowaniu lokalnych funkcjonariuszy, miejmy nadzieję, uda się nie dopuścić, do drastycznych przypadków zakłócania porządku i zamieszek na pełną skalę. W ten sposób, czytelnicy otrzymywali okruchy rzeczywistości, którą tylko wysiłki dzielnych panów policjantów, ratują przed pogrążeniem się w morzu anarchii. Kim byliśmy? Bezmózgimi troglodytami w dresach, o zwierzęcych instynktach, czy bananową młodzieżą w płaszczach od Burberry, znudzoną dobrobytem i szukającą dodatkowych wrażeń i podniet? To zależało, kto ci przysłał zaproszenie, na uroczystą kolację.
Jednego wieczoru, wychodząc z monopolowego w Blackburn, napotkaliśmy policjanta, który na nasz widok, rozpoczął tyradę przekleństw, pod adresem naszym, naszych rodziców i wszystkich mieszkańców Londynu ogólnie. Trochę nas zaskoczyła ta jego reakcja, zwłaszcza, że nie uczyniliśmy niczego, co mógłby stanowić jej powód. Ale cóż. To jest coś, z czym Londyńczycy spotykają się wszędzie, poza stolicą, niezależnie od pozycji społecznej lokalsów, czujących się w patriotycznym obowiązku napluć na twoją matkę. Poruszony tym doświadczeniem, uzmysłowiłem sobie, że to nie tylko występ lokalnej drużyny, ma wpływ na nastawienie ludności tubylczej, do przyjezdnych, ale też forma jaką zaprezentują miejscowe gieroje, w walkach z siłami najeźdźców. Oficer policji, czuł zażenowanie, wręcz oburzenie, gdy przyjeżdżaliśmy i na jego oczach, rozpierdalaliśmy w pył, ich doborową gwardię, broniącą lokalnego poczucia dumy. Gdy miejscowi w popłochu ewakuowali się przed nami, twarze policjantów, natychmiast chmurzyły się w gniewie. Tchórzostwo, okrywało ich takim samym, albo nawet większym wstydem, niż tych chłopaków, którzy dali długą.
Sezon 76/77 i Chelsea gra na wyjeździe w Plymouth. Podróż do Plymouth trwa od ośmiu, do dwudziestu browarów, czyli jakieś niecałe trzy godziny. W zależności od przepustowości. Wśród fanów Chelsea i ogólnie wśród Londyńczyków, pokutuje opinia, że mieszkańcy Plymouth, pracują na trochę zwolnionych obrotach w departamencie zwanym rozumowaniem. Odczuwalne jest to nawet w ich akcencie, gdy ich zpowolnione wypowiedzi, płyną wśród łagodnych stoków zielonych wzgórz. Ponieważ są największą bazą marynarki wojennej, mają się tam za nielichych twardzieli, jako że w regularnych odstępach czasu, mają doczynienia z masami wysypującymi się z pod pokładów, opętanymi wizją dokonania zagłady świata w pijackim amoku. Mają tam w Plymouth, jedną z najbardziej znanych ulic w Wielkiej Brytanii. Union Street. Paru chłopaków, poszło tam wcześniej przed meczem, ale wszystko przedstawiała się tam dość obskurnie, atmosfera łagodnie mówiąc, była przyciężkawa, z podstarzałymi prostytutkami, tłoczącymi się w bocznych uliczkach i obrażonymi na cały świat.
Chelsea lads, byli zdeterminowani zająć End Plymouth. Gdy gromadziliśmy się przed ich kołowrotkami, przyszedł tam taki spasiony mendziarz, ochrzczony momentalnie sierżantem Garcia. Głos ponury jak grzesznika dzwon. Tłusty jak sam don baleron. Garcia melduje się na rozkaz, po dodatkowej porcji puddingu, Sir. Wszędzie masz takich. Uwielbiam jak takie błazny próbują nas straszyć. Naipierw dwa głębsze sapnięcia, by podbić ciśnienie w otłuszczonych płucach. Jak te stare powojenne ciężarówki. My w tym momencie, mieliśmy już zwykłe bekę po całości. Wiedzieliśmy, że przed wdarciem się na ich End, musimy odbębnić pogadane w stylu: "Słuchajcie no pany!"
"Posłuchajcie no wszyscy, co wam dobrze radzę.. Pany!"
"Każdy kibic Chelsea, który spróbuje się tu wślizgnąć!"
Świst, gwizd. Pauza. Długi spłycony wdech.
"Na tą trybunę!"
Pauza.
"Co ona jest miejscowych chłopaków."
Świst. Wdech.
"Każdy jeden... Będzie miał ze mną doczynienia!"
"Zrozumiano?"
Pauza.
"I oprócz tego, że was wykopię ze stadionu! Przygotujcie się też na dodatkowe nieprzyjemności z mojej strony!"
"Pożresz nam kanapki?!"
"Ale nawet jeśli, który!"
Kontynuuje, udając , że nie słyszał.
"Wymknie mi się!"
Płytki wdech.
"To się nie cieszcie, bo będziecie otoczeni przez setki naszych wariotów!"
"A oni takich Cockney'ów jak wy, tuzinami łykają na śniadanko!"
"Ty już swój tuzin śniadań wsząchałeś?!"
"Chyba już pora na następny!"
"Żebyście do mnie nie biegali z płaczem, bo was ostrzegam!"
Wyciągnął swoje krótkie łapska, daleko przed siebie i zadowolony z wywołanego efektu, zaczął klepać się po bandziochu. Staliśmy i patrzyliśmy na niego. Niektórzy przytakiwali mu, tępo kiwając głowami. Potem ruszyliśmy do kołowrotów. Patrzyliśmy na sierżanta Garcię spode łbów.
"Za kogo on się uważa? Moby Dick of Plymouth."
"Ty, kto to jest ten Moby Dick?"
"Skąd mam kurwa wiedzieć. Pewnie ktoś wielki."
"Dick'ead."
Nie minęło 10 minut meczu i wjeżdżamy brutalnie w miejscowych. Rozpłynęli się we wszystkich kierunkach, jak hiszpańska Armada, rozgoniona huraganem Sir Francis Drake. Oczywiście, oprócz tych trafionych zatopionych, których znalazło się pośród nich, całkiem sporo. Dostrzegłem Garcie, jak potrząsał głową z niedowierzaniem. Nie mógł uwierzyć, że lokalne warioty, wzięły nogi za pas, w zasadzie nie podejmując walk,w obronie honoru miasteczka. Na ich sektorze, wkrótce pojawiła się szeroka, pusta przestrzeń, między nimi i nami. Przyjezdni zawsze stoją na krawędzi i rzucają docinki miejscowym. Ta przerwa, była jak Cieśnina Beringa, której nikt nie śmiał przekroczyć, chyba że podczas zmasowanego ataku. Zwykle w takich sytuacjach, zjawiają się siły porządku i stawiają falochron wzdłuż cieśniny. Miejscowi zwykle tłoczą się w narożniku, przyciśnięci do ogrodzenia. Jeśli nie wykazali się wolą walki. Dociskamy ich jeszcze bardziej.
Tego dnia, stałem na pierwszej lini. Nagle jakaś laska, wybiega z grupy miejscowych i podbiega centralnie do mnie.
"Hello! Co słychać?"
Jestem w szoku. To Dawn. Moja była, z którą kręciłem kiedyś w Tunbridge Wells.
"Co ty tu robisz wogóle?"
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że to ona.
"Przeprowadziłam się do Plymouth. Wiedziałam, że będziesz, więc przyszłam,.. z moim obecnym narzeczonym."
"Który to?"
"Tamten"
Wskazała na wysokiego blondasa z zakrwawionym nosem.
" Geoffrey!!"
Zamachała do niego. Odmachał dość niechętnie.
" Oi! Geoff! Kocur kichawa! "
" Marynarze w porcie oszaleją!"
I z bananem na gymbie, łapka w górę.
Geoffrey, też się uśmiechnął, choć może nie tak szczerze jak ja.
" Dobra. Muszę wracać. Fajnie cię było zobaczyć. Uważaj na siebie."
Z tymi słowy, przepłynęła cieśninę z powrotem. Ta potworna orgia przemocy, o której będą pisać w poniedziałek, to była zwykła młócka, między chłopakami,zakończona podśmiechujkami.
Pod stadionem Plymouth, jest obszerny park. Wręcz stworzony na dogrywki. Po meczu piekło zostało tam spuszczone z łańcucha i pięściarskie pojedynki, wybuchały tam dosłownie wszędzie. Skończyło się spuszczeniem policyjnych owczarków ze smycz. Psy owładnięte tym całym otaczającym je szaleństwem, nie mogły się zdecydować, czy ujadać, czy gryźć. Akurat jeden koło mnie. Wyglądał na zdecydowanego i wybrał opcję nr 2. Miałem zamiar, pośpiesznie się stamtąd ewakuować, ale zrujnował mi te plany przeraźliwy ból, poniżej pleców. Próbowałem się odwrócić, ale to tylko spotęgowało ból, a jego źródło, na tylnych łapach, obracało się razem ze mną. Wrzasnąłem w agonii i na moment udało mi się strząsnąć sierściucha, ale tylko na moment, bo już po chwili jebany skowyr, zatopił swoje kły, po drugiej stronie przedziałka na mojej dupe. Kurwa! To był mój ostatni pośladek. Gdy walczyłem, próbując się uwolnić z zaciśniętych szczęk, przebiegający Waligóra, próbował mi wypłacić buta w zęby, ale chybił haniebnie i dostałem prosto w jaja. Wyleciałem w powietrze, wciąż ze skowyrem, uczepionym mojej dupy, niczym Łajka rakiety Wostok. Dopiero gdy zadziałała grawitacja i grzmotnąłem o glebę, lądując całym ciężarem na Cywilu, zwolnił uścisk i udało mi się jakoś oswobodzić. Gdy otworzyłem oczy, ujżałem nademną, uśmiechnięty, nalany ryj, sierżanta Garcii.
"No dalej!Jazda! Zabieraj się stąd, zanim ci nie wsadzę szpica i nie wyślę z powrotem w ten dół kloaczny, zwany Londynem!" Chyba, mu zegarek spieszył, bo zanim przetrawiłem o co mu chodzi, przeszedł od słów do czynów i dostałem ze szpica, w miejsce, gdzie jeszcze kilka minut temu miałem dupę. Ból był piorunujący. Modliłem się, żeby stracić przytomność i żeby mi tego oszczędzono. Nagle poczułem, czyjeś mocne łapska, wsuwające się pod moje ramiona. Ktoś bez ceregieli, podniósł mnie do pionu. Zarzucił sobie mnie na plecy i zaczął wytargiwać mój poszarpany tyłek, albo raczej to co z niego zostało, z tego całego bałaganu. Obejrzałem się przez ramię. Geoffrey. Obecny narzeczony Dawn,z opuchniętą kichawą. Tachał mnie prawie całą drogę na dworzec. Złoty chłopak. Pod dworcem, przekazał mnie w ręce moich ziomali, którzy, mamrotali przeprosiny w moim kierunku, za to, że tak zostawili mnie na pożarcie. Dosłownie. Kazałem im się zrzucić, na nową dupę dla mnie. A na teraz, parę browarów.
Mówiłem, że będzie panna.
Podczas podróży powrotnej, moje bolesne jęki, zirytowały kogoś na tyle, że zaczął powarkiwać. Gdy dojeżdżaliśmy, na dworzec, na Paddington, już cały wagon, warczał, poszczekiwał i ujadał na mnie. W dodatku Brytyjskie Koleje, w WARSie, wystawiły wywieszkę 'Nieczynne', a jakiś cymbał zdemolował kibel, więc nawet nie miałem odrobiny zimnej wody, na złagodzenie mojego bólu. Dobrze, że chociaż wygraliśmy 3-1.
Raz, na jakiś czas, ktoś przywozi z wyjazdu, historię, nie przystającą do standartowej sztancy 'wjeżdżamy&napierdalamy'. Opowiedzianej, z zupełnie innego końca. Czasem takie historie, miały tak przerażający wydźwięk, że przed ich zakończeniem, narrator był już w szoku. Historie o ludziach, tak bardzo nienawidzących Londyńczyków, że nie zadowalało ich zwykłe pobicie. Oni chcieli powodować trwałe uszkodzenia ciała. Czterech, albo pięciu typa, skaczących ci po głowie. Kije bejsbolowe. Ciosy kolanem w czaszkę. I horror horrorów. Liczne, głębokie rany cięte twarzy. Musisz utrzymać dobrą organizację. Musisz trzymać się razem, żeby utrzymać się przy życiu. Albo przynajmniej w jednym kawałku. Liverpool, Newcastle, czy Manchester, to były miejsca, gdzie warto było pamiętać o tym, że grupa daje siłę. W pojedynkę, nie masz tam żadnych szans.
Ale i w Londynie, potrafiliśmy odpłacać pięknie, tym niedobrym. Nawet jeszcze ładniej. Z procentami. A naszą książeczką czekową, było londyńskie metro. Tuba była doskonałym miejscem, na karną ekspedycję. Na zasadzkę, po której nareszcie przestaną swędzieć, zabliźnione rany, przywiezione kiedyś z Północy.
19 sierpnia 1978,przeszedł do historii angielskiej chuliganki, w podobny sposób, jak Bitwa pod Małym Wielkim Rogiem, zapisała się w dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. 500 ręcznie wybieranych skinheadów, na stacji High Street Kensington. Ani jednego policjanta w zasięgu wzroku. Gdy na peron wjechał pociąg, dopakowany Evertończykami ..
"WESOŁYCH ŚWIĄT!"
Tak,już dzisiaj. W tym roku zaczynamy wcześniej. Gdy rozsunęły się drzwi,zaczął się karnawał. Typy od nas wbijali do środka z butami z wyskoku, odbijając się od ciasno popakowanych tam ciał, oczekujących z pokorą, na wymiar kary. Clifford, zerwał wiaderko ppoż. i sypnął Scousersom piachem, prosto w ich rozwarte strachem, scouserskie gały. Żaden z nich nie mógł więc widzieć, jak po chwili, zaczął ich tym wiaderkiem napierdalać. Ale wielu to odczuło, a słyszeli chyba wszyscy. Inny kopał piasek rozsypany na peronie, prosto w twarze, leżących tam Liverpoodli.
"Proszę! Wy scouse-pizdy! Macie tu. Piasek piaseczny, prosto w ryj!"
"I co z tym zamierzacie zrobić? Nic! Bo jesteście niczym!"
Jak w reklamie z Charlesem Atlasem. Ktoś wybiegł z toalet, z wyrwanym wieszakiem na ręczniki. Zaczął nim ich okładać, wrzeszcząc:
"Dawać ich na peron!"
"Wyciągajcie ich z pociągu!"
(No takie rzeczy, to ja mogę tłumaczyć 24/7-dop. tłum :)
Okrzyki "KILL THE FUCKING MICKEYS!", zagłuszył odgłos wybijanych okien.
Tam samo, jak wszystko nagle wybuchło, tak samo nagle się skończyło. Podbiegliśmy na schody ruchome. Schodami w przeciwną stronę, zjeżdżały pierwsze patrole policji, które były w pobliżu. Widząc, co zastali, kręcili tylko głowami i rozkładali ręce. Przed stację zajeżdżają policyjne vany. Policjanci wysiadają i biegną w dół na perony, gdzie czeka na nich krajobraz po bitwie.
Niektórzy bywalcy Sheda, gdy napotykali jakiegoś ostrego walczaka od nas, z Północnej Trybuny, kogoś, z tak zwanej Northstandi Family, woleli zejść z chodnika. Gdy byliśmy w Cardiff, w parku miał miejsce nieziemski rompel-strompel. Po meczu, zwaliło się tam na nas, połowę populacji, całej Południowej Walii. Niełatwo było się wyrwać, z tego okrążenia owcojebców. Do chwili .., gdy okazało się, że dużo łatwiej, jest wyrwać metalowe pręty z ogrodzenia. Wtedy było już nam dużo łatwiej.
"Dong!!!"
I kolejny Walijczyk, wali się na glebę, z głową rozłupaną, jak skorupka jajka. Dzieciak z Shed'a, obserwował, jak po każdym takim wybiciu za 6 (Chodzi o grę w cricketa. Taki cricketowy home run. - dop.tłum), nieprzytomne ciało, głucho uderza o ziemię. Typ od nas, przyciął, że tamten, tak jest poruszony tym widokiem, że zamarł w bezruchu, więc żeby go trochę rozruszać, wziął krótki rozbieg i z całej siły kopnął jednego z tych nieprzytomnych, leżących. Nie, nie w głowę. Na szczękę. Tak z półtora cala pod zawias. Żuchwa pękła z nieprzyjemnym trzaskiem i gołym okiem było widać, że to złamanie z poważnym przesunięciem.
"No ten, to już raczej do żadnego walijskiego chóru się nie zapisze."
Odwrócił się, by przekazać dzieciakowi z Sheda swoją diagnozę. Tamten żygał wszystkim, co zdążył pochłonąć tamtego dnia, ale nie wyglądało, że zamierza na tym poprzestać.
4.COUNTY BUSY
(Czyli takie autobusy z County, czyli z bęcorki. - dop.tłum.)
Mijał sezon, za sezonem i z czasem, ja i fan-club z Tannbridge Wells, staliśmy się na tyle znani wokół stadionu, że każdy nas kojarzył. Z ksywy, albo z imienia. Duży Lil, Clifford, Groundsey, Dominic, Viscount (Lindley), Garb i Boghead, Julian Wedgehead, Bimbo, Smithy, Wolvey, Zapał i Mark "Nieprzystosowany Jocks". Nie wmówicie mi, że są takie firmy, w których nie ma nawet jednego nieprzystosowanego Szkota. Nie dam się wkręcić. Przynajmniej jeden jest zawsze. Po czterech browarach, byli gotowi na sparing z każdym. Po następnych czterech kolejkach, żadne dysproporcje liczebne, nie robiły na nich wrażenia. W drodze, dołączała do nas przeważnie, trójka z Lewisham (Pd. wsch. Londyn. To tam tak naprawdę, znajduje się Millwall, tzn. Ich stadion, bo dzielnica Millwall, tam gdzie powstał klub, jest niedaleko, ale po drugiej stronie rzeki na Isle of Dogs. - dop.tłum) Rob, Leggit i Rasta Sebastian. Na Bromley wskakiwało też koleżków trzech.Gleniu, Stretch i Gruby Harry. Na ulicy takich spotkać, dudy w miech. Znaczy te, uszka pi.
Ludzie cię znali. Ty znałeś ludzi. Zawsze ta sama bajera. "Witka! Co słychać? Jedziesz na wyjazd? Byłeś na ostatnim?"Takie tam, pytania retoryczne. Albo "To gdzie się ustawiamy? O której?"Niusy, poczta pantoflowa. Co, gdzie, kiedy.
"Pod tą kafeją, co ostatnio!"
I w sobotę o 7.30, czeka pod jakimś zapyziałym barem 600 osób. No cóż. Ostatnio przyszło cztery dychy. Trzymaliśmy się razem. Jak ktoś się powalił, życie. Wypadek przy pracy. Nikt nikomu tego nie życzył. Nawet z poza twojej paczki. Gdy kogoś drutnęli, zawsze mógł liczyć na słowo otuchy.
"See ya soon,lad."
"Fill your boots, mate!"
"6 miechów na peronce przelatasz."
Ale kiedy, ktoś z twoich ziomali miał kłopoty, to były to tak samo twoje kłopoty. Polegaliśmy na sobie.Tak nas wychowywano od pokoleń. Kilkunastoletni chłopcy, trafiali do koszar i po pół roku przeszkolenia, wysyłali cię na drugi koniec świata. Zapomni o rodzinie i bliskich. Teraz masz swój regiment. To jest twoja rodzina. Nie musisz ich wszystkich lubić,ale musisz z nimi żyć i z nimi umierac.
Chelsea wyskoczyła z ultramodernistycznym projektem stadionu, który jak za dotknięciem różdżki, dobrej wróżki, miał zmienić Chelsea FC, z chuligańskiego kocmołucha, z drewutni, w księżniczkę europejskiego futbolu. Real Londyn? Nie do końca. W ciągu paru lat, został z tych planów, tylko projekt na papierze i kolosalne długi. Eskalacja kosztów,problemy natury budowlanej, podczas przygotowań. No i poszło. Od świetności, do bez przyszłości. Nazwiska naszych gwiazd, wpisano na listy transferowe. Sprzedano Osgooda. Sprzedano Hudsona i Webba. Co my o tym sądziliśmy? Nikt się nas nie pytał. Jesteśmy wiernymi kibicami. Mamy kibicować, a nie domagać się odpowiedzi.Wyrażać swoje opinie i wystawiać cenzurki. To nie jest nasza robota. Robili, co chcieli, a gdy krzyknąłeś: "Kurwa mać!!", po kolejnym, żenującym występie, marszczyli groźnie czoła i mówili:
"Co z was za kibice?"
Na otwarcie sezonu 74/75,Brian Mears szumnie proklamował, początek nowej ery w dziejach naszego klubu. Po porażce 2-0 z Carlisle, trzydzieści tysięcy fanów Chelsea, zaczęło się zastanawiać, co też ich prezes mógł mieć na myśli. Na koniec sezonu, o naszym losie, miała przesądzić ostatnia kolejka, w której mieliśmy wyjazd na Spurs.
Długi spacer na stadion, ze stacji Seven Sisters. Powietrze ma elektryczny smak ozonu. Przytłaczająca atmosfera. Każdy krok, okupiony ciężkimi walkami. Nie ma zlituj. Tłumy hooltaji biegają w poprzek dwupasmówki (Kiedyś zamykali, przynajmniej część High Road, na mecze Tott'am, ale wtedy był taki burdel w całym pn. - wsch. Londku. Teraz już nie ma takiego bydła, to tylko barierki rozkładają. - dop.tłum) Krzyki, pogoń, pościg, ucieczka. Spychamy ich w stronę White Hart Lane. Ale na stadionie, już było zupełnie inaczej. Gorzka pigułka. Żeby jedna. Na murawie, 2-0 w pałę i degradacja. Na trybunach jeszcze gorzej. Nie robiliśmy sztycha. Przegonili nas po trybunach przed meczem. I po murawie też.
Życie w drugiej lidze,mimo wszystko, wyglądało zachęcająco. Brak kasy. Brak dobrych graczy. Brak perspektyw. W tamtych dniach kibicom Chelsea, optymizm wręcz tryskał dupami. Byli tacy, którzy wciąż wierzyli w nasz awans, chociaż już dwie kolejki wcześniej, podstawy matematyki, wykluczyły taką możliwość. Barany jebane. Gdy już dotarła do nich smutna rzeczywistości, śpiewali: "Nic się nie stało..", albo "Next year! Next year!" Jak hippiesi śpiewający:"Hary, hary! Hary rama!" Po drugiej stronie miałeś wyznawców-tajemitów, wierzących w ogólnoświatowy spisek Templariuszy, mający na celu, doprowadzenie do bankructwa i upadku Chelsea FC. Chwalebne wspomnienia o Chelsea '70,straszyły na Stamford Bridge. Jedynym egzorcyzmem, wydawał się być FA Cup. Co roku czekaliśmy, na naszą przepustkę do glorii i chwały. W 76',w V rundzie, (Tak naprawdę, pierwszej dla Chelsea. - dop.tłum :) Palace przyjechał na Bridge. W bramach ścisk, biletów brak. 54 koła. Cały stadion pęka w szwach. Tysiące na zewnątrz, toczyło bitwę, by wedrzeć się przez ogrodzenie. Brak biletów, nadrabiali ambicją.
Gdy Palace, wyszedł na prowadzenie, Norhstandi, natychmiast ruszyli z misją uciszenia ich świętujących fanów. Znów pojawiła się przerwa, w którą, od czasu do czasu, wbiegał jakiś desperat. Po tym jak Palace, podwyższył na 0-2,cała trybuna wpadła tam w bitewny amok, a policja desperacko próbowała przywrócić porządek. Chelsea wyciągnęła na 2-2,po to tylko, by w końcówce stracić trzeciego gola. Gdy po ostatnim gwizdku, kilku kibicom z Croydon (Południowe przedmieście Ldn., gdzie położony jest stadion CP-dop. tłum.), było jeszcze do śmiechu, nawet mój kumpel Jeff, który normalnie raczej stroni od przemocy, wjeżdżał w nich równo, ramię w ramię, z pamiętnym mistrzem kung-fu, w barwach Chelsea. Nawet tam u nich na Croydon, każdy kto miał coś do powiedzenia, kibicował Chelsea, więc ci, co się zjawili u nas na trybunach, byli masakrowani, niemalże po sąsiedzku.Z podwójną dawką. Nagłówki gazet, grzmiały następnego dnia. Trzy dni później, po naszym odpadnięciu z Pucharu, graliśmy w lidze z Hull. Na trybunach zjawiło się 10 000.Na Trybunie Północnej, zamiast ludzkich mas, przelewających się w szale bitewnym, wiatr porywał pomięte gazety. Gdzieś tam wśród nich, walały się nasze sny o potędze. Większość z tych, którzy byli w środę na Pucharze, w sobotę, znalazła sobie, już jakieś ciekawsze zajęcie. W tak ekstremalnych warunkach, przemoc wydawała się automatyczną reakcją, gdy rzeczy nie układały się, tak jak powinny.
W 1976, na powrocie z Oldham, zatrzymaliśmy się, na Stacji Serwisowej, na Birch. Po drugiej stronie autostrady, stała Leeds Service Crew. 40 stóp nad drogą była kładka, otoczona klatką i mniej więcej po środku, doszło do małego randez vous. 50 paneli z hartowanego szkła, zostało rozpizganych. Mnóstwo aresztowań, w tym moja skromna osoba. Nie załapałem się na kaucję. Załapałem się na sanki.
Proces przed Sądem Koronnym w Middleton, trwał dwa i pół tygodnia. Ogłoszenia wyroków, rozpoczęły się w piątek, a ponieważ przeciw mnie, nie przedstawiono, żadnych konkretnych dowodów i nie było niczego, co by mnie konkretnie obciążało, ponownie wystąpiłem o kaucję. Zwłaszcza, że Chelsea, grała dzień później na Nottingham Forest. Tym razem sędzia, pozytywnie rozpatrzył moją prośbę. Z jednym zastrzeżeniem:
"Tylko, żebyś mi tu nie wrócił w poniedziałek, radiowozem w kajdankach."
"Na pewno nie."
Ale dużo nie brakło. Po ataku na Trent End, na Forest, znów mnie drutnęli. Już widziałem minę sędziego w Middleton. Na szczęście sąd magistracki w Nottingham, zajechał mi wolną stopę od ręki, więc w poniedziałek, mogłem się stawić w Koronnym w Middleton, jako wolny człowiek, by usłyszeć, że uznano mnie za niewinnego stawianych mi zarzutów. Powrót do Nottingham i tam tylko mała grzywna. Można uznać, że się upiekło. Sezony mijały i młodzieżowe dwie godziny przed meczem na Shed'zie, zastąpił dojrzały, ostatni drink w pubie, równo z pierwszym gwizdkiem. Dla hardcorowych drinkersów, ten ostatni drink, to często były dwa szybkie piwerka, plus jedna bania. Teraz mieliśmy znacznie bardziej wyluzowany stosunek do meczy. Cyniczny nieco. I co, że przegapimy początek? Kege trzeba zmienić. Czekamy. Za dziesięć trzecia i kilkadziesiąt osób ze szklankami w rękach ustawia się do kasy. Pięć minut wcześniej, stało tam dosłownie kilka osób. Jakimś cudem, trzecia punkt, wszyscy biegli już po schodach na trybuny.
A ludzie się zastanawiali, czemu zawsze musieliśmy tyle pić. Czemu? Na Stamford Bridge, rzeczywistość malowała się tak ponuro, że nawet Mormoni, popadliby w alkoholowy ciąg. Świadkowie Jehowy, straciliby wiarę w Księgę Rodzaju, a Cliff Richards, zacząłby przeklinać jak szewc. Na meczach nuda. Zionęła pełną gębą. Gdy kogoś wyprowadzali ze stadionu, mógł się czuć. zaszczyconym. Nam się nudziło i podejrzewam, policji też. No to, od czasu do czasu, wyrzucali kogoś, żeby się choć trochę rozerwać. Patrząc na twarze niektórych z nich, byłem pewien, że sprawia im to pewną przyjemność.
Chelsea udało się zebrać połowę jako takiej drużyny do kupy i część chłopaków powróciła na trybuny. Dodając tych co mieli karnety, ten nasz krótki pobyt na drugim froncie, nie wypadł tak żle. Nowe stadiony do odwiedzenia. Nowi naczelnicy policji do okpienia. Czająca się za plecami, niestabilność finansowa klubu, sprawiała, że menadżerów, zmienialiśmy częściej, niż koszulki meczowe. Mimo tego, wciąż wymagano od nas wzorowego zachowania. Chociaż ich było nieodpowiednie, lub wręcz naganne. Gdy wreszcie Eddie McCriedie, wywalczył nam awans, z ciasno zawiązaną sakiewką, w nagrodę został zwolniony.
Nasze występy w drugiej dywizji, wywoływały gniew i oburzenie w kręgach rządowych. W kwietniu '77,minister sportu, Dennis Howell, nałożył na kibiców Chelsea, pełny, bezterminowy zakaz wyjazdów,a na mecze u siebie, mieliśmy bilety, tylko w przedsprzedaży. Przed następnym wyjazdem, setki naszych kibiców pojawiło się na dworcu. Jeden naiwny reporter, chodził między nimi i wypytywał się wszystkich, po co jadą, skoro mamy zakaz wyjazdów. Odpowiedź praktycznie, była zawsze taka sama- "You can't ban a Chelsea fan! “. Potem zrobiło się z tego, coś w rodzaju naszego hymnu. Pojawiły się T-shirty z tym hasłem i przypinki. Kulminacyjnym momentem tej kampanii protestacyjnej, była sobota 7. kwietnia '77,gdy trzy koła fanów Chelsea, pojechało na Wolverhampton i wygoniło miejscowych z ich sektora. (Jakiś czas temu, czytałem i pisałem o tym tutaj,że fani Wolves, kwestionują tą wersję. Twierdzą, że od początku meczu, nie siedzieli na swoim sektorze. Albo może, ewakuowali się stamtąd, jeszcze przed przyjazdem, tych zakazanych gości. Przypomnę też ,że Red Army of Man. Utd., nie spacerowała tip-topkami po Wolverhampton. Raczej w szpagatach. - dop.tłum)
W sezonie 78/79, sytuacja z kiepskiej, zmieniła się na przejebaną. Zwłaszcza po tym, jak zatrudnili byłego menadżera Spurs, Danny'ego Blanchflower. Gdy odchodził ten odchód, byliśmy na 20. miejscu w drugiej lidze. A ludzie wciąż, mieli problem, ze znalezieniem odpowiedzi, na pytanie, co wywołuje w nas tyle agresji.
Był taki meczyk Chelsea-Everton, na początku lat 70tych, na którym odwiedził nas popularny d.j.ze stacji BBC'1.Ed Stewart, pe-es Stewpot. Kibic Evertonu, celebryta, z narzeczoną w wieku swojej córki. Gdy przemieszczał się na trybunę vipowską, pod East Stand, nadzial się na delegację z Shed'a.
"Siema Shit-pot!"
Obrócił się, robiąc dobrą minę do złej gry, z głupawym uśmieszkiem. Myślał, że to taki żart. Luzik.
"No co się kurwo gapisz?!!"
"Obróć się jeszcze raz, to ci tak wyjebe, że zaczniesz odbierać na ultrakrótkich!!"
Dudy w miech i d.j.-ek,potruchtał do bezpiecznej loży vipowskiej.
- Edytowany
Dzisiaj nie będzie chóru.
Będzie zagadka, z konotacjami
Chelsea Headhunters
Kupił sobie Nike'i, jeden typ z Krakowa,
lecz nie spacerował, w nich po kocich głowach.
On w nich spacerował, tylko po psich pyskach.
Nie podam Wam ksywy. Nie podam nazwiska.
Bejsbolówka NIGHTMARE. Biegał z przedłużaczem.
Na Woli napisał, że jest rozpruwaczem.
Niektórzy z chłopaków, wspinając się na kolejne szczeble kariery, awansowali z Shed'a, na North Stand. Nie na mityczny stary North Stand, który wyburzono w imię postępu, ale na tą otwartą przestrzeń, która jest teraz (Teraz, to tamta też już chyba została wyburzona. - dop.tłum). Gdy przyjezdni, zbliżali się od stacji Fulham Broadway, lads penetrowali ich tłum. Wystarczyło wejść do jakiegoś sklepu i wyjść, tak, by zrównać się z nimi. Jak gdyby nigdy nic, między nimi, kroczy sobie rozbujany Cockney, którego te harpagany z Północy, kochają nienawidzić.
Większość przyjezdnych, srakę w gaciach, miało wypisaną na twarzach, więc czemu sobie z nimi nie pohoolać. Szliśmy ramię w ramię. Tu dyskretny uśmieszek. Tam oczko puszczone, w kierunku jakiegoś wystrachanego przybysza. Nic się nie dzieje. Spokój. A im się baterie kończą i zwieracze puszczają. Przeważnie szliśmy z nimi kawałek i przystawaliśmy na rogu West Stand. Od nawietrznej. Czasem rzucaliśmy się na nich i rozbiegali się w panicę, a później w domu, z mordą pełną pyzów, opowiadali z przejęciem, co ich u nas spotkało.
W 1985.,wylosowaliśmy Liverpool, w V rundzie FA Cup. Wielu chłopaków narobiło sobie smaka, na tą wizytę, gdyż w poprzednich sezonach, przy okazji wizyt na Anfield, wielu musiało znosić scouse-napinkę, w drodze na Lime Street, gdy oni stali w kilkudziesięcioosobowych grupach na przystankach.
Flyersy na pomarańczowo.
"Dodatkowe wzmocnienie ochrony sektora gości."
Psy kiwają ze zrozumieniem głową. Wpuszczają nas na trybunę Liverpoolu, bezproblemowo. Zanim rozbrzmiał pierwszy gwizdek, rozległo się gromkie:
CHELSEA!!!
I koń trojański ruszył z szarżą, uwalniając swoje pomarańczowe wnętrzności. Policji, wydawało się chyba, że to Liverpool, coś nawywijał z partyzanta i teraz ucieka przed grupą stewardów, więc rzucili się na nich z pałami z drugiej strony. Albo po prostu mieli do nich bliżej. Trzaskają flesze fotoreporterów. W zamieszaniu, znikają pomarańczowe podszywki. W mediach funkcjonuje przekonanie, o przezabawnych fanach Liverpoolu, których jedyną bronią, jest ich cięty humor. Ale tamtego dnia, zbyt wiele dowcipów Jimmy'ego Turbacka, w obiegu nie było. Mogę was o tym zapewnić.
Zabawne, było czytac niektóre komentarze następnego dnia. Jeszcze śmieszniej było, jak na jakiejś fotografii w prasie, znalazła się jakaś znajoma twarz, z głową pod pachą policjanta, albo z wykręconymi grabiami. Dla nas to było ryzyko zawodowe. Grzywny, aresztowania. Nikt tego nie lubi, ale żyć trzeba. Prasa donosiła, że grzywny na nas nie skutkują, bo przed każdym meczem, robimy zrzutę. Raz nawet pisali o jakichś sektorowych terrorystach, pod tą nazwą, powszechnie funkcjonowaliśmy w świadomości reszty kraju , którzy mają fundusz, wart dziesiątki tysięcy funtów. Ciekawe gdzie? Chyba na Mars-chesterze United. Śmiech pusty. Jak zostałeś naliczony, to przeważnie spłacałeś się sam. Jeden z chłopaków uknuł nawet łaciński termin, na tych co przyłazili do pubu i narzekali na wysokość grzywny i 28 dni do zapłacenia. Marudus-stratus Cockneiqus Maximus. Gdy proszono go o przetłumaczenie, mówił, że to znaczy w języku starożytnych Rzymian - Magistrat Cockneyowi zawsze wali maksa. Po tym wyjaśnieniu, zawsze rozbrzmiawał chór hien, które odebrały lwom, upolowane słoniątko. Ale ogólnie grzywny, były uznawane za karę odstraszającą. Był popyt, więc ceny śrubowano ostro. Za agresywne zachowanie i werbalne groźby, z 50 ciaków, skoczyło na tysiaka. Wiele to nie zmieniało. Może tylko poziom narzekań, tych którym przyszło becelować. Kiedyś pięciu takich kołków sękatych z Północy, stało za barierką i sędzia się ich pyta, jakie kary, by sobie wymierzyli. Zamiast powiedzieć, 'zwolniony z pouczeniem' (Cautioned, to jest najniższy wymiar kary, ale trafia do twojej kartoteki. Ostrzeżonym można być tylko raz. - dop.tłum), to jebane barany, prosiły jeden po drugim o kary finansowe. No to dostali po grzywnie, aż im się grzywy zjeżyły.
Wysokie grzywny, oznaczały też więcej pracy dla policji. Jakby procent jakiś mieli z tego. Wesołe dni na Ipswich, przeminęły z wiatrem.
Ipswich '74.
Z pociągu prosto do bufetu. Sześć paintów. Teraz na ulicę.
"Zachowuj się, ty Cockney bydlaku!"
"Ja...?! Bydlak?? Ty gumiaku z... Gnoju, wystający z pod traktora!!"
" A masz tu..! W ten buraczany ryj!!"
"Machnąłeś się pijana świnio! A teraz pójdziesz ze mną na komendę."
Wykręcił mi rękę i zakuł kajdanki.
Na portierni , sierżant z mordą, jak przerośnięta dynia, ostrzega mnie, o nastawieniu miejscowego magistratu do wszczynających rozróby Cockney'i. Miało być bardzo nieprzychylne.
" Bo jesteście ignorantami, bez krzty szacunku, dla ludzi z poza Londynu."
Tydzień później waga i 40£ w plecy. Również na sprawę, podróżował tam ze mną, jeden skinhead, Bill. Był oskarżony o to, że cały czas śpiewał "Fuck'em all!", na melodię "Bless'em all!". Dostał 35£ grzywny.
Albo raz, chłopaki wracali z wyjazdu i wdali się w awanturę, w pubie, w Newark. Lokal został tak razpizgany, że musieli go zamknąć o 20.,w sobotni wieczór. Czterech z nich trafiło przed sąd, przyznali się do winy i dostali po 25£. Pomimo, że lokalna gazeta, grzmiała na pierwszej stronie: 'ZA KRATY Z TYMI BANDZIORAMI'. Przed budynkiem sądu, spotkali miejscowego typa, który chciał się po pijaku, przejechać czyimś rowerem. Przybili mu kradzież zuchwalą i wyłapał 200£.
Ja, może do najświetlejszych umysłów w kraju nie należę. Po obejrzeniu programu, o nowojorskich artystach graffiti, malujących swoje dzieła, na pociągach metra, zabrałem ze sobą puszkę spraya, na wyjazd na Wolves. Tam na ścianie, wymalowałem napis 'CHELSEA SAJKOPACI" (Org.' CHELSEA SYCOPATHS'-dop.tłum). Ktoś mi później zwrócił uwagę, że po angielsku, pisze się 'PSYCHOPACI' (Tak się pisze, albo powinno być napisane. No i przecież pisze. Ale wymawia się 'SAJKOPATHS', bez tego P na początku, dlatego się Hickiemu popyrtało. - dop.tłum). W następnym sezonie, postanowiłem poprawić moje dzieło. Wciąż tam było. Domaluję P i H i będzie git. Ledwo skończyłem malować P, zajeżdżają pały. Do radiówki mnie cap. Wyskoczyli na mnie, jakby to była próba zbrojnego rabunku. Pomimo moich tłumaczeń, że tylko korygowałem niepoprawną pisownie, że to był impuls, w trosce o czystość języka ojczystego ogólnie i znajomość ortografii, wśród młodzieży Wolverhampton, szczególnie, zostałem uznany przez Magistrat, winnym niszczenia własności. A poczucie humoru gdzie?
Dziary, to sposób wyrażania przez robotników, swojej indywidualności. W podobny sposób, jak typy z City, chodzący w garniakach w prążki. Co tydzień, ktoś wpadał do pubu z wywiniętymi rękawami, by pochwalić się swoją miłością do Chelsea, przelaną z tuszem w skórę. Wcześniej nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak wielu ludzi podaje się za tatuatorów, produkując co tydzień, dziesiątki bohomazów. Legendą był dyslektyk z Wimbledonu. CHELSAE FC, pod tarczą z Lwem i FLOWT LIKE A BUTTERFLY, STING LIKE A BEE, w hołdzie Aliemu, to jego wizytówki. Fly like a butterfly. Sting like a bee. That's why toughguys, support Chelsea. Jedną z naszych zasad na Chelsea, było - Nigdy nie rób sobie dziary na plecach, u typa z Wimbledonu.
Z czasem możliwości policji wzrastały. Wszyscy już mieliśmy przypalone gęby i oni zaczęli wystawiać lokalnych bobies, którzy wyławiali nas w tłumie. Sierżant Hobbes, był takim znanym poławiaczem pereł i zwykł nas wyciągać za kołnierz na chodnik.
"Piss off Hickey!!"
"Ty na pewno tu nie wejdziesz!"
Z uśmiechem buldoga na mordzie.
"Ed! Gavin! I ten trzeci. Wypad!!"
"Nie będę powtarzał!!"
"Ale pan jest...!"
"Popsujzabawa!"
Niektórzy z przyjezdnych rzucali, za nami docinki. Inni mówili, że mamy szczęście, że się nam nie udało. Niektórzy potrafili być zabawni.
Za dużo się z tym zrobiło pierdolenia,więc nastąpił masowy eksodus, na krzesełka, na West Stand. Nothstandi Family, była odtąd znana, jako 'ci z pod 13.' (Chodzi oczy o Gate 13, prowadzące na trybunę siedzącą na West Stand. Wiem, że to brzmi bezsensu. - dop.tłum). Albo po prostu Golden Gate Warriors. Stamtąd wciąż było blisko na North Stand i ci mniej stabilni, wciąż mogli sobie pozwolić na jakąś werbalną napaść na przyjezdnych. Poza tym, uznaliśmy, że to będzie dobry omen, na lepsze czasy (Jak 13.06- dop. tłum).
To gdzie siedziałeś na trybunach, to był twój szczebel kariery. Albo grzęda w kurniku. Niektórzy, jak Terry, przenieśli się później na ławeczki poniżej, bo na ławeczkach łatwiej się grało w karty, niż na fotelikach. Niektórzy też, nie chcieli należeć do elitarnego klubu, do którego, każdy chciał należeć.
Mniej więcej, w tym samym czasie, co Gate 13, przyszła moda ulotkowa, nie było jeszcze internetu, ale pojawiły się pierwsze kserokopiarki i ludzie zaczęli drukować wszystko, co chcieli przekazać braciom po szalu. Przeważnie były to apele, żeby coś wreszcie zrobić, ruszyć dupy i wykazać się w przyszłym tygodniu. Kibic Chelsea, pracujący w Newcastle, wystąpił z apelem w imieniu Geordies.
KIBICE CHELSEA POMÓŻCIE!
My tu w Newcastle nie mamy jajec.
Śmieją się z nas po całym kraju.
Jeśli możecie, przyjedźcie w trzy koła. Skopać na dupy i uwolnić nas od tego tchórzliwego smrodu, który się ciągnie za nami.
Ulotka Leeds Service Crew, to był cymes. Wszyscy ją podziwiali w pubie. W pierwszej części, była nagana za tchórzostwo, jakim wykazali się Komandosi, przy jakiejś tam okazji. W drugiej zaś hymn pochwalny na cześć największych rozrabiaków w Anglii - ekipy Leeds. Jeff jak to przeczytał, spytał tylko, gdzie był autor w trakcie lekcji? Przez całe osiem lat?Ryszard III, to na pewno nie był. Ale moją ulubioną, zpłodził jeden artysta od nas.
Koleżanki i Koledzy
Udzielę Wam trochę wiedzy.
Gramy Munich. Tak. Tam u nich.
Na Old Munichowie!
Bawarska zabawa! Panie i Panowie!
October fest. Musi być siła.
Wbijamy na Stretford, więc
Do zo & see ya!
West Ham u siebie. Coś musi być w powietrzu, w hrabstwie Essex, co każe się uważać tamtejszym ludziom, za najtwardszy z pośród ludów osiadłych. Wszystkie te nachmurzone dzieci, wychodzące ze stacji na Fulham. Dodają im bromu do herbaty, czy jak? Gdy Chelsea grała z West Ham, to zawsze był lively encounter. (Rozrywkowa okazja. - dop.tłum :) Przed meczem 15. września, wydrukowano ulotki, zachęcające, by gromadzić się pod pubem King's Head. O 11.30. Gdy chłopaki od nas skanowały tłum, wyłaniający się z metra, w poszukiwaniu ich głównych twarzy, nadeszły wieści, że Niewybaczalni, odjebali numer. Wysiedli na Parsons Green (Jedną stację za Fulham Broadway. - dop.tłum),wbili przez 13 Wrota, a potem łazili wzdłuż rzędów krzesełek, marszcząc się groźnie przed kibicami Chelsea. Kogo oni tam nastraszyli? George'a i Milfreda, kłócących się z programami w ręku, kto wyjdzie w pierwszym składzie. Kogo spodziewali się tam zastać godzinę przed meczem? No, ale są takie pawie, które lubią puszyć swoje ogony, gdy nikogo nie ma w pobliżu. Nie ważne, że nie ma samic. Najważniejsze, żeby nie było żadnych agresywnych samców. Bill Gardner, Swallow i reszta ich bandy, udajaca, że biorą udział w zawodach Mister Universum.
Przez miesiąc, wydzwaniali później do mnie i do innych, zasypując nasze automatyczne sekretarki (Tak się kiedyś nazywała poczta głosowa. - dop.tłum), idiotyzmami w stylu:
"Gate 13? Niefart, co nie Hickey"
"Hickey, jesteś tam? Do zo na Upton Park, w drugiej części sezonu."
"Tylko się nie zgubcie! "
"Musicie się przeprawić przez Tamizę. Tak przez tą rzekę, co płynie przez miasto."
"QPR jest lepsze od was!"
"Palace jest lepszy od was! Nie, nie przesadzam!"
"Było sobie sprawdzić, kto wam drukuje ulotki barany. Do następnego!"
I tak na okrętkę. Dopóki się kasta nie skończyła (Tzn. Skrzynka full. - dop.tłum). Ja się z tego śmiałem. Inni się irytowali. Ja się za zmarszczaków nie będę tłumaczyć (A ja za co? - dop.tłum).
Innym razem, gdy grali na Craven Cottage (Stadion Fulham FC, w pobliżu SB-dop.tłum.), a Chelsea, grała wtedy z kimś innym, wysiedli na Fulham Broadway i idąc środkiem drogi nachylali się w stronę mijanych kibiców pytając:
"Poznajesz mnie? Jestem Swollow."
"Jestem Gardner."
"Poznajesz? To ja Cass Penant."
Real men. West Ham. Nie żadne ludziki Lego. Top Dogs.
"Powiedz swoim ziomalom na Chelsea, że spotkałeś West Ham!"
Bordowe nagietki. Każdy jeden.
Aż w końcu, poproszono ich, by wystąpili w filmie dokumentalnym o chuliganach. Świetnie się kadrowali, stojąc uwięzieni w metrze, ładując w szyby w oknach i wrzeszcząc:
" Kiddies! Kiddies!"
W kierunku fanów Chelsea, jadących do nich na mecz i próbujących się do nich dobrać.
W dwóch reportażach telewizyjnych, wystawiły ekipy West Ham, ICF i Under 5's., oraz Millwall F Troops,Halfliners i the Treatment.
"Oczywiście, że kocham swoją mamę."
Wzruszające oświadczenie baranie, tylko teraz policja już ma twoje zdjęcie i do żadnego pubu cię nie wpuszczą przed meczem.
Luton na wyjeździe. Wieczór z kategorii 'dajcież spokój /tam się działo'. Wywróciliśmy całą pieprzoną wiochę na lewą stronę, tak że Council, rozważał ogłoszenie stanu lokalnej klęski. W drodze powrotnej, jakieś zbreta mózgiwce, podpaliły pociąg. Gdy pociąg sunie 70mph,pożar rozprzestrzenia się mniej więcej z taką samą prędkością. Pociąg wychamował gdzieś na środku torowiska, w północnym Londynie. Na szczęście tam była trakcja na słupach, bo wszyscy wysypali się na te tory. Po akcji gaśniczej, pociąg kontynuował swój bieg na Kings Cross. W pociągu znów jakiś pierdolnięty palacz dojebał do pieca. Na dworzec wjechaliśmy w kłębach dymu. Na peronie, zamiast strażaków.. dziennikarze.
"Co Pan sądzi o tym potwornym pożarze?"
Zapytał jeden Vince'a, opuszczającego wagon. Vince rozejrzał się na boki.
"O jakim pożarze?"
Przed derbami na wyjeździe, miejsce zbiórki, determinowane było przez przeciwnika. Stara, dobra poczta pantoflowa, rozgrzewała się do czerwoności. Tott'am dla wielu, był faworyzowaną opcją, ze swoim długim spacerem od Siedmiu Sióstr, pod Białego Jelenia. Na ulicach sterty śmieci. Jeff, mówił na to,zachwaszczona osada. Mówił, że okolica przypomina mu, opuszczone miasteczko z Dzikiego Zachodu, w którym dla żartu, pootwierano kilka fastfoodów.
Fani Spurs, rzadko byli widoczni przed meczem, gromadząc się dwie mile w dół Seven Sisters Road, w pobliżu swojego stadionu (Nadal będę się upierał, że dwie mile down the Seven Sisters Road, to jest stadion Arsenalu. Ale co ja tam wiem, jak ja ani razu w Tunbridge Wells nie byłem. - dop.tłum.). Obstawiali raczej stacje kolejki naziemnej. Sprowokowało to nas, by w jednym sezonie, wybrać się do nich tym właśnie środkiem lokomocji. Umówiliśmy
się na dworcu Liverpool Street i wici zostały rzucone. Teraz tak. W środku dnia, pod dworcem średniej wielkości, stoi trzy tysiące chłopa i stara się wyglądać niepozornie. Plan był taki, że przemykamy się niepostrzeżenie do pociągu, jedziemy na Tottenham i walimy ich w ryj. Obserwacja naszych podchodów, musiała dostarczyć przygodnym widzom, nie lada rozrywki. Ostatecznie do pociągu wsiadło więcej policji, niż kibiców Chelsea. Jeff w całej swej mądrości, znalazł się na pokładzie, z 30 osobową firmą i potem byli ścigani na Tottenhamie. My, w trzy koła, ścigaliśmy cienie po całym mieście,a helikoptery, śmigały nam nad głowami.
Gdy jechaliśmy na Charlton, zbiórki zawsze wypadały na Waterloo. Potem na drugą stronę rzeki, skąd z dworca Waterloo Wschód, odjeżdżały pociągi na to przedmieście. Raz wesoło turlikamy się po torach, gdy ktoś ponuro oświadczył, że wjeżdżamy do Banditlandu Millwall, i że czekają na nas, na każdej stacji. Niczym na parowcu Fillasa Fogga, zaraz znalazła się siekiera i rozpoczął się festiwal rąbania taboru kolejowego. Na każdej stacji odrąbane kawałki wagonów, gradem sypały się na perony. Gdy dojechaliśmy na Charlton, w kilku wagonach, dosłownie brakowało całej prawej burty. Drzwi? Tam były jakieś drzwi?
Nieważne gdzie jechałeś, zawsze na jakiejś zapyziałej stacyjce, niespokojne duchy, czychały w zasadzce. Crew, to węzeł kolejowy (Angielskie Koluszki. - dop.tłum), będący symbolem kolejnictwa w Anglii. Tak się złożyło, że dla wielu Cockneys, było to też miejsce licznych randez vous, z ich scouse-nemesis. W 73. jechaliśmy gdzieś na Północ i w pociągu gruchnęła wieść, że Scousersi tam będą. Siła ich. Gdy z piskiem hamulców, zatrzymaliśmy się na Crew, na drugim końcu stacji wypatrzono prężną ekipę. U nas desant i sprint w ich kierunku.
"Jebać Scousersów!!"
Poniosło się po hali dworca. Tamci rozpierzchli się na tory. Ja nadziłem się na grupę trainspotterów ,w swoich anorakach(Są tacy ludzie w W. Brytanii, których pasjonuje oglądanie przejeżdżających pociągów. Tu wszystko ludzi pasjonuje. Kraj pozytywnie zakręconych, albo unikając młodzieżowej gwary, zdrowo pierdolniętych. - dop.tłum), z notesemi w ręku. Z ołówkami za uszami, albo w gębie . Obwieszoni aparatami i lornetkami. W samym środku tej rozoizdówy, biegali tam i z powrotem, próbując uniknąć za wszelką cenę, sypiących się że wszystkich stron, gradu ciosów i kopniaków. Niektórzy wykazywali, naprawdę cyrkowe umiejętności. Jak nie piąstkowałeś, to zwijałeś się tam ze śmiechu, trzymając się za brzuch.
Znacie ten wierszyk, o pociągu stojącym na stacji. W pierwszym wagonie, żyrafy, słonie. W drugim wagonie, tysiąc atletów. W trzecim paczki i szafy. W czwartym znowu żyrafy.. Czy jak to tam szło. Nieważne. Ważne, że tak mniej więcej, wyglądały pociągi, transportujące kibiców CFC. Tu seksualni deprawatorzy, w następnym browara amatorzy. Dalej leżą, z przedawkowania chorzy. Psychopaci i zboczeńcy. Spółeczeństwo, społeczeństwo. Każdy wagon, miał dobraną, swoją własną klientelę i raczej nie tolerowano obcych .W wagonach tych, snuto opowieści, zgodne z upodobaniami przebywających tam pasażerów. O podbojach serc niewieścich. O obrotach ciał niebieskich. O przewagach swych bojowych. Zwolnieniach przedterminowych. I tak dalej.I tak dalej. Większość, pozmyślane na farmazonie, ale nikomu to nie przeszkadzało. Ważne, żeby podróż zleciała. Niektórzy, potrafili przegrać w karty, tygodniówkę, w drodze z Euston, na Leicester. Nie brakowało nigdy takich, co rzucali już gruzem przez okno, na Kentish Town. Pięć minut niecałe, od wyjazdu z Euston. Notoryczni kłamcy, przerywali swoje life story, tylko wtedy, gdy uświadomili sobie, że zapomnieli wymyślić zakończenia. Byli też zawsze jacyś opętani. Jadący na misję. Z puchą Carlsberg Special Brew, planowali w wąskim gronie, wyrównywanie rachunków. Był taki typ, który z czterema kumplami, przez trzy sezony, jeździł do Liverpoolu i przez trzy lata, rok w rok, czekali pod pewną smażalnią, na gostka, który kiedyś strasznie oprawił jego ziomala, po meczu na Anfield Road. Ale nie udało im się go trafić. Zawsze jak wyruszyliśmy z Londynu, to powtarzali sobie 'Dzisiaj jest ten dzień'. Nikt nie wie, czy kiedykolwiek udało mu się spełnić jego vendettę. Przynajmniej, ja go o to nie pytałem.
A wszystko to, w pomroczności, wywołanej spożytym alkoholem. Po sześciu piwerkach, Anglia z okien pociągu, wygląda po prostu dużo, dużo ładniej. Nie znam nikogo, kto by się nie przychylił do tego stwierdzenia. Na powrocie, większość pochrapywała, wśród mamrotań:
"Jechali ze mną do spodu."
"Już widziałem mój nekrolog."
"Całą zbroję sobie obesrałem."
Zawsze też byli tacy, którzy niepowodzenia życiowe, odreagowywali, demolując pociąg. Pociąg ten do demolki, sprawił, że jakiś kolejarz archiwista, prawnik amator, wynalazł jakiś XIX wieczny zapis, z Księdze Henrykowskiej chyba, że dyrekcja kolei, ma prawo objąć prohibicją, niektóre z podstawianych pociągów specjalnych. A przecież każdy wie, że 'NIE MA FUTBOLU, BEZ ALKOHOLU'. Specjały, zamieniły się w karawany na pustyni. Od oazy, do oazy. Aż w końcu przyszło nieuniknione i Doddy zaproponował, że na następny mecz zorganizuje autokar, bo taka jazda bez paliwa, nie ma kompletnie sensu. Najsłynniejsza wycieczka przez niego zorganizowana, to był jednodniowy wypad do Francji, z klientelą lokalnego pubu. Diddy i jeden emeryt, wrócili trzy dni później. Emerytowi brakowało jednego buta, a Doddiemu, jednego zęba. Ostatnio ogarniał wypad na festiwal wyścigowy w Goodwood. Część uczestników, wyślizgnęła się, na odbywający się równocześnie, festiwal Butlins, w Bangor Regis. Mimo braku zgłoszenia, wzięli tam udział, w konkursie najgorszego śpiewania w grupie i zajęli drugie miejsce. Podczas odbierania nagrody, wyszły braki formalne, które stały się podstawą do dyskwalifikacji.Na koniec, wdali się w nadupcankę z ochroną i trafili do celi. W sądzie wyłapali po 12 miechów.
Doddi wykrzykiwał:
"Pani zabawa, wraca na szlak!"
"Obiecuję Wam to!"
Problem z Doddim był jednak taki, że miał on problemy ze zorganizowaniem czegokolwiek. Nawet wycieczki do kibla. Ja sam zaś, czułem w sobie od zawsze taki dryg organizatorski. Tak narodziła się idea County Buses.
Po co się tłuc o brzasku do Londynu, żeby tam sobie przeczytać wywieszkę, że: 'Na podstawie uchwały 16.roku 1860, w wyłączonych kursach kolejowych (czytaj-we wszystkich jakimi podróżują kibice Chelsea), dyrekcja ma prawo odmówić zgody, na konsumpcję napojów z alkoholem.' Pociągi specjalne, opanowała w tamtych czasach, jakaś epidemia awarii,zawsze w środku, jakiegoś kurewskiego nigdzie, które udawało się usunąć, przeważnie na godzinę, przed pierwszym gwizdkiem. Gdy na stację docelową, dojechałeś za wcześnie, oczekujący tam na ciebie policjanci, wtłaczali cię na jakieś ogrodzone pastwisko, a potem byłeś eskortowany pod kasy, z zakazem schodzenia z chodnika, pod groźbą skrętki. Tubylcy gapili się na nas, jakbyśmy ocaleli z katastrofy UFO. Burger, cola? Jak chcesz, ale na dołku, tylko gorzki czaj i zimny tikkaka chicken. Po meczu to samo. Od bram stadionu, na peron stacji. Ani kroku w bok. 'Nie zatrzymywać się! Idziemy!' Dziewięć, na dziesięć razy, 200 jardów za stacją, jest mniejsza, lub większa kamionka. W tym momencie, już miejscowego psa nie uświadczysz. Cegły furkoczą nad głowami.Jak było chłodno, to przeciąg był taki, że od szczękania, pojawiały się braki w uzębieniu. To, plus likwidacja wagonów resteuracyjnych, stało się przysłowiową kroplą w morzu goryczy. I to nie były żadne czary. Podróż specjałem, stała się tak samo przyjemna, jak tygodniowa wycieczka na Antarktydę, z kapitanem Scottem. Nawet autobusy Doddiego, które otaczała klątwa 24 godzinnego opóźnienia na powrocie, wydawały się być lepszym pomysłem.
Początkowo, miałem sporo wątpliwości, czy uda mi się uzbierać 50 osobowy skład. Robiłem tylko listę. Nie brałem żadnego depozytu. Pierwszy raz, pojechaliśmy na Wolves, w 77.45 osobowy dyliżans zajechał do Tunbridge Wells w piątkowy wieczór. Gdy o pierwszej trzydzieści wyjeżdżaliśmy z Lewisham, na pokładzie było 70 osób, które były w trakcie płacenia,w tym 40, które już zapłaciły browarami i około tysiąca puszek z bursztynowym wywarem.
Do Wolverhampton, zajechaliśmy na 6.rano, po pięciu przystankach na kebab i dwudziestu pięciu na szczanie. Gdy 70 chłopa, o porannym brzasku, w oparach parującego moczu, podświetlenych pierwszymi promieniami słońca, opróżniało swe pęcherze przy autostradzie, Jeff zastanawiał się:
"Ciekawe, czy Moneta, natchnęłaby taka impresja?“
"Moneta? Z której on jest ekipy?"
Zapytał ktoś przechodzący obok.
"Z której? Z artystycznej."
Pokręcił smutno głową Jeff i wrócił do lektury swojej książki.
Finansowo nie było najgorzej, ale musiałem poprawić organizację. Ci którzy mówili, że na bank będą, nigdy się nie zjawiali, natomiast na zbiórce pojawiało się mnóstwo osób, które decydowały się jechać, w ostatniej chwili. Gdy jednak udało się wprowadzić, pewien ustalony system płatności, wszystko zaczęło działać jako tako. Część składu, to byli stali bywalcy, ale było też mnóstwo chłopaków, którzy raz jechali z nami, innym razem specjałem, albo zwykłym pociągiem. Choć ta ostatnia opcja, była zawsze najdroższa. Gdy Persil, zaczął dodawać do swoich proszków, bilety kolejowe dla jednej osoby, wraz z osobą towarzyszącą, kupony Persila, stały się obiegową jednostką płatniczą w naszych pubach. Tak właśnie, rozpoczęła działalność West Ham InterCity Firm. My mówiliśmy na nich Persil Firm,bo przed wyjazdem, pomagali mamie. Zrobić pranie. Dbając o pełny skład moich autobusów, musiałem w dzień meczu u siebie, od 1. popołudniu, obskoczyć wszystkie puby i obwieścić, skąd wyruszamy, o której i na jakich przystankach się zatrzymujemy. Zwykle start był w Tunbridge Wells. Pierwszy postój w Tonbridge. Potem Bromley South i Lewisham. I przez Elephant&Castle, pod główne wejście na Shed'a. Ostatni postój, na Kilburn High Street. W tamtych czasach, zwykliśmy parkować, między Swanem, a Kings Head. W obu lokalach, byli ludzie, z którymi od lat byłeś po imieniu, z ksywy znałeś ich jeszcze dłużej, ale nikt się nigdy nie przedstawiał z nazwiska. Jak w średniowieczu. Raczej znane było miejsce skąd pochodzisz. Albo, gdzie wsiadasz. I tak, Glen z Bromley, dawał mi trzy dychy zaliczki, za siebie i jego fabulous five. Za dozbieranie reszty kasy, też on brał odpowiedzialność. Potem Rasta Sebastian, z Lewisham (8 os.), Freddie z Elephant, tuzin. Kenny na Shed'zie, czwórka. Nie żebym zawsze znał wszystkich, ale tych łączników znałem doskonałe. Z tym dzieliłem cele, osiem lat temu. Tamten mi zeżarł kanapki w 74. A z tym, dwa razy uciekaliśmy w Birmingham. Bagaż wspólnych wspomnień. Gdy tylko na pokładzie pojawiała się nowa twarz, zaraz wszyscy chcieli wiedzieć, kto to jest i skąd on jest. Wszy się znali. Każdy, na kim ciążyły jakieś podejrzenia, lub miał niejasną przeszłość, wystawał, jak falochron w morze.
Kiedyś raz, jeden gryzipiórek z tabloida, chciał się do nas podłączyć i machnąć taki reportaż undercover. Tabloidiota. Łaził dookoła pubu i rozpytywal się, o której odchodzą autobusy Del'a, albo Hickey'go. Zainkasowaliśmy od niego piątka zaliczki, który poszedł z automatu na przelew i kazaliśmy mu zjawić się w następną sobotę, z kratą piwska, w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Wszyscy o nim zdążyli zapomnieć. Patrzymy, a w następną sobotę, on stoi rzeczywiście pod King's Head ze zgrzewką. Chłopaki podeszli, wzięli od niego tą zgrzewę, opróżnili mu kilka puszek na głowę i kazali wypierdalać, jak nie chce skończyć, przywiązany na supeł do latani, z opuszczonymi gaciami.
Firma przewozowa County Coaches, to był niewielki inters, zarządzany przez Robina. Większość zleceń, to były gimbusy, w środku tygodnia. Gdy więc złożyłem mu ofertę współpracy i obietnicę stałych zleceń weekendowych, był wniebowzięty. Powiedziałem mu szczerze, z jakich nizin społecznych, będzie się rekrutować większość z pasażerów i udało nam się wynegocjować obniżoną taryfę. Jeden warunek i jedna zasada. Nie ma chlania i nie ma ćpania. (Podejrzewam, że były liczne odstępstwa i warunkowe zawieszenia, oraz liczne wyjątki. - dop.tłum). Niebardzo też był Robin happy, z naszymi częstymi postojami na szczanie. 50 typa, odlewających się na poboczu autostrady, to najlepszy sposób, na szybkie przyciągnięcie uwagi stróżów prawa i porządku. Problem ten, rozwiązało zainstalowanie toalety w autobusie. To znaczy, kącika toaletowego. Robin zawsze stawiał wiadro z mopem przy drzwiach. I to tyle. Problem natury fizjologicznej, został rozwiązany. Ważne tylko, żeby się zawsze ustawiać tyłem do kierunku jazdy. Wedgehead-Grzywka, miał za pierwszym razem pewne obiekcje. Grzywa był zawsze nienagannie ubrany. Odszczelony tip-top. Idzie do kierowcy i pyta się:
"Kiedy będzie pierwszy postój na siku?"
“Dzisiaj nie ma postojów, Wedge."
Odparłem.
"Tam masz toaletę."
I wskazałem mu wiaderko z mopem.
Popatrzył na mnie ze zgrozą.
"Chyba nie oczekujesz, że będę julać do wiaderka, w autokarze pędzącym 60 mil na godzinę!"
"To jakiś żart? Jeszcze sobie na buty naszczam. To na co patrzysz, to jest włoska skóra. Pokrojona i pozszywana przez włoskiego szewca z Italii. Dałem za nie osiem dych. Nie Ma Mowy!"
"To szczaj w skarpetkach."
Poradził mu Boghead, który kiedyś był włóczęgą. Potem się zaciągnął, by wreszcie zostać kibicem Chelsea. W porze wiosenno-letniej, gdy wiaderko się przepełniało, zawsze wypatrywalismy, jakiegoś gogusia w cabrio, albo zakonnic, z otwartym szyberdachem, jadących lewym pasem. Gdy się trafiło, darliśmy się na kierowcę:
"Otwieraj drzwi i wyprzedzaj!!"
Robin zawsze miał uśmiech dla każdego z chłopaków, a my staraliśmy się, zachowywać poprawnie. Zawsze docieraliśmy na strefę zrzutu, około dwie godziny przed meczem i ustalaliśmy punkt odbioru, godzinę po zakończeniu spotkania. Gdy my dopijaliśmy painta po meczu, Robin już parkował pod pubem. Gdy większość autokarów, była wyłapywana przed centrum, nam zawsze udało się jakoś dotrzeć do wódopoju. Przecież nie byliśmy tymi troglodytami, co jeżdżą za Chelsea. Mieliśmy proporzec, który obwieszczał, że jesteśmy drużyną Old Roebuckonions Rugby Club (Roebuck, to był taki pub w Tunbridge Wells). Dżentelmeni, uprawiający bandycki sport. Nie bandziorami z ludowej legendy. Jeden właściciel pubu, napomknął mi kiedyś na parkingu w Northampton, ze zrozumieniem:
"Tak chłopaki. Wy jesteście w przypadku. Wy to się nachlacie, a potem żygacie, jak ludzie, przed pubem."
"A nie jak ci, fani Man. United. Nażreją się pajów. Nachleją się. Potem idą żygać przed pub. Potem wracają i zamawiają jeszcze więcej burgerów."
"Taa.. Straszne bydło."
"Właśnie. To samo sobie pomyślałem. Co będzie?"
"Dla nas 50 jasnych pełnych. A dla naszego kolegi Clifforda, butelkę rozpuchola i jakąś samarę."
Do Londynu, wracaliśmy następnego ranka. Zwykle. Zwykle to było w niedzielę. Dla tych, co się przesiadali, akurat w samą porę, na pierwszy poranny pociąg. Chłopaków z Kent, odstawialiśmy pod drzwi. Te autobusy, stały się dla nas the way of life. Kawalerka bez zobowiązań. Zresztą, kto chce mieć na pokładzie ziomka, co pół minuty spoglądającego na sikor, żeby się przypadkiem nie spóźnić, do swojej mysi-pysi. Zamiast ciepłych nóżek, rękodzieło w wannie. Dramat.
W kwietniu 1982 roku, nowym właścicielem klubu , został Ken Bates. Legenda mówi, że zapłacił 1£ gotówką, a resztę wziął na krechę. Od pierwszego dnia, chciał pokazać, kto tu rządzi. Po kilku kolejkach, na meczu na Bridge, do Rudego Terriego, podbił steward i mu podkręca, że władze klubu, chciałby się z nim spotkać. Po meczu zaprowadzono go do gabinetu samego Bates'a.
"Słyszałem, że Ty i Twoi koledzy, organizujecie autokary na wyjazdy."
"To z tym już koniec. W tym klubie wszystko ja organizuję. Skończyło się sobiepaństwo na Chelsea." Nie było to żadne ultimatum. Bez żadnej wrogości. Gadka dwóch kumpli. Tylko jeden miał akurat więcej do powiedzenia. Albo tak mu się zdawało. Pod koniec sezonu, miał już inna problemy, bo rodzina Mearsów, pogoniła swoje udziały Marlel Estates, a oni byli poważnym graczem w developerce. Wyglądało, że Stamford Bridge,zamieni się w strzeżone osiedle dla yuppies.
Sam początek sezonu 82/83 i wyjazd na Leicester. Autobus podstawił rezerwowy kierowca. Robin zapewniał mnie, że to chłopak w dechę. Okazało się, że to Mały John, z bandy Robin Hooda. Przeniesiony w czasie, z lat 60tych.W Di eMkach po kolana, wybliczowane jeansy i w czarnej harringtonówce. Choć niejedna brew, uniosła się na jego widok, nikt nie miał serca, zwrócić mu uwagi, że tak się już nie chodzi ubranym. Od ćwierćwiecza conajmniej. Słownictwo typa, mogło sugerować, że jest on zbiegłym pacjentem, z oddziału zamkniętego.
"Chłopaki?! Jesteście debeściaki, co nie?!!"
"Billy Whizzers, co nie? Debeściak! "
"Powiedz, że debeściak!"
"O mamo."
Wyszeptał Wedgehead, z paluchem wskazującym, przytkniętym do dolnej wargi.
"O mamo! Wiem co jest. Chodzi o mnie, co nie? Powiedz, że chodzi o mnie! O mamo, co nie?!"
Gdyby Clint Eastwood, ściągnął swój cowboyski kapelusz, wyglądałby, jak nasz Little John. Pędził na Północ, zostawiając z tyłu sportowe fury. Od czasu do czasu, obracał się do przodu i patrzył na drogę. Przeważnie, żeby jebnąć w klakson i obrzucać kurwami jakąś kroplówę, blokującą prawy pas.
"Macie jakieś dopalacze? Powiedzcie, że macie!"
"Ale bym przykierał."
Jedną ręką trzymał się kierownicy, drugą przystawiał sobie słoiczek z eterem do gęby i brał głęboki wdech. Z czasem, jak się rozkręcał, stawało się jasne, że koleś wyrobił sobie jakieś błędne mniemanie, co do naszych dalszych planów na resztę dnia. Co najlepsze, albo raczej najgorsze, ostro się napalił, na te wszystkie idiotyczne wytwory, swojej chorej wyobraźni i zamierzał wziąć w nich wszystkich czynny udział.
"To o której jest pierwsze aggro?"
Dopytywał się co chwilę,tak jakby się spodziewał, że mamy jakiś harmonogram. Boghead, który zwykle zajmował fotel pilota,przedstawił go jako Małego Johna z lasu-Zło kroczące w glanach. Zaśpiewał mu kilka piosenek, w których tekstach, przewijał się jakiś John. Poczym, zaczął go podkręcać różnymi historiami, rozpalając mu we łbie płomień wyobraźni. Z każdym story, płomień ten, z pomarańczowo-fioletowego, stawał się coraz jaśniejszy, by wreszcie osiągnąć arktyczną biel. Jak w palnikach, gdy odkręca się zawór z tlenem.
"Awanti na Watford Gap, to była górna póła. Nie mogę Ci opowiedzieć. Musiałbyś to sam zobaczyć."
"Powaga? Ale kocur! Co nie lads?!"
"Właśnie tak chłopaki, co nie? Młócka na parkingu. Ustawka co sobotę. Koko jumbo i heja! Co nie?!Ale kocur!"
Tak zeszło ze dwie godzinki, aż dojechaliśmy do drogowskazu na Watford Gap.
"Tally ho!"
Wykrzyknął uradowany Johnno.
"Skręcaj tu w bok! Tu jest ten skok! Bo drogowskaz mówi, że już. New York City!"
I wpakował autobus na parking śpiewająco.
"Zatrzymaj się na rogu!"
Mówię mu. Ale gdzie tam. Zawinął z pichami, pod samą kładkę nad autostradą. Tak się złożyło przypadkiem, że po drugiej stronie, stały zaparkowane, trzy autobusy Wolves. Black Country Crew. Dla mnie, banda tępych Brummies. Załoga z Czarnych Ziem, zaraz będzie mieć sino-czarne lima. John wyskoczył z fotela kierowcy z pokaźnym drągiem i poprowadził atak na Wolves. Nie mam do nich pretensji, że zaczęli zdupcać. My byśmy zrobili to samo, gdyby rzucił się na nas John Rambo-niestabilny terminator z kijem. Niektórzy z chłopaków, tak się śmiali, że mieli kłopoty, z utrzymaniem równowagi. Po powrocie, twarz Johna była buraczkowa z wysiłku i ciężko sapał, ale był zadowolony z siebie. Mówił, że odkrył esencję życia.
"Tak się żyje chłopaki, co nie?"
"Młócka na parkingu! Kocur!"
Gdy dotarliśmy do Leicester, ustaliśmy miejsce zbiórki o 18.
Leicester, to był szereg, za szeregiem brukowanych ulic, z domami, których drzwi frontowe wychodziły prosto na chodniki. Mieli tam najmniejszą liczbę domów z frontowymi ogródkami, w całej Anglii (Jak na Starym Płaszowie. - dop. tłum.) Ciasne, zabudowane, pokryte brukiem uliczki, dawały świetny efekt audio, gdy się po nich maszerowało ze śpiewem. W Londynie nikt nie lubi Leicester. Cały kraj śpiewa:
WE HATE NOTTINGHAM FOREST!
WE HATE LIVERPOOL!
WE HATE MANCHESTER UNITED!
Tylko Londyńczycy, w ostatniej linijce, śpiewają:
WE HATE MANCHESTER!
AND WE HATE LEICESTER!
Banda nygusów.Zawsze cichociemni, dopóki nie wypatrzą jakichś dwóch dyszek, zabłąkanych, w tych ich ciasnych zaułkach. (Tak jak ekipa Cambridge. Gdy Chelsea zajechała tam w pięć koła, 20 osobową bandą, czaili się, po zasranych podwórkach, na pojedynczych, najebanych gostków, którzy wejdą do bramy się odlać. Pochlastali pięciu, czy siedmiu takich i kozak rezultat. Nawet nie było się na kim zemścić, bo cała ta 20 z Cambridge, rozjebała się momentalnie i wyłapali po dychaczu. Teraz wszyscy ci, co mają jakieś żale do Chelsea, opowiadają przy każdej okazji, jak to malutka firma z Cambridge, "ośmieszyła" Wielką Chelsea. Nawet ci, co spierdalali po Oxford na kolarzówce i wyłapali wpierdol na QPR. Czymś takim pochwalić nie może się, chyba żadna inna angielska ekipa, włącznie z QPR.- Przydługi dop. tłum.) Szaro pastelowe drzwi, okna z brudnymi firankami. Nigdy nie ufajcie ludziom, którzy mają takie brudne firanki w oknach. Kompletnie z dupy, połowa Leicester, wyskakuje na ciebie z przecznicy. Ja pierdolę! Gdzie zdupcać. Chryste! Każda uliczka taka sama. Jebany labirynt. Odgłos setek butów, uderzających o bruk, okupuje twój mózg. Najpiękniejszy widok na świecie, gdy w końcu się zatrzymujesz, a za tobą nikt nie biegnie. Yogi raz spierdalał na Leicester i chodzi fama, że zwolnił dopiero, w okolicach Coventry. Wyhamował zupełnie na rogatkach Londynu. Zawsze będę miał w pamięci, obraz jego czerwonych spodni od dresu, znikających za horyzontem.
Gdy po meczu, dotarliśmy na ustalone miejsce zbiórki, miała już tam miejsce, prężna kołomyja elementarna. Prano się po mordach wszędzie, a ludzie biegali pomiędzy samochodami i policyjnymi końmi, próbującymi ich rozdzielić, na mniejsze grupy. John nie mógł sobie darować i z dramatycznym efektem, wjechał autokarem w grupę Leicester. Wyskoczył ze środka z okrzykiem:
"Za mną chłopaki!"
"Zaraz będą mieli przyśpieszony kurs zadawania obrażeń!!"
Nawet policjanci oderwali się od wszystkiego, żeby tylko powstrzymać furiata.
"Zaraz, zaraz. Panowie!"
"Jestem oficjalnym kierowcą autokaru. Ja tylko wykonuję swoje obowiązki służbowe. Mogę się wam wylegitymować."
"O proszę. Tutaj jest moje zaświadczenie."
Zaczął się tłumaczyć. Musiał strasznie bełkotać.Mendziarze chyba myśleli, że sięga po nóż, bo z punktu wyfrunął nogami nad głowę i pierdolnął na glebę, dociśnięty policyjnymi kolanami. Gdy wchodziliśmy na pokład autobusu, doprowadzili go pod drzwi, z wykręconymi z tyłu rękoma.
"Zabierajcie się stąd! Razem ze swoim pierdolniętym driver'em!!"
"Natychmiast!"
"Niestety jest to niemożliwe."
Rozłożyłem szeroko ręce, by podkreślić naszą bezradność.
"Dlaczego?"
"Musicie go najpierw rozkuć."
Z westchnieniem rezygnacji, naczelnik sięgnął po kluczyki i ściągnął mu branzoletki. Potem wrzucił go za kołnierz na fotel kierowcy.
"Siadaj i kieruj ty kreaturo pókim dobry!"
"Powinienem was wszystkich zamielić!"
John wyglądał jak mały psiak, któremu udało się rozrzucić zawartość kosza na śmieci, po całym mieszkaniu. Nie rozumiał, czemu nikt nie docenił jego wysiłków. Tak się kończy, mieszanie dopalaczy z adrenaliną. John wyglądał, jakby go ktoś za ucho, do kąta postawił, gdy policjant go sadzał na fotelu. Cały autobus, nucił w tym momencie, marsza żałobnego, w lekko przyśpieszonym tempie, robiąc głośne 'Ole!!', w przerwach pomiędzy każdym, z grobowych akordów. "Jeszcze raz cię zobaczę w Leicester..!"
Z uniesionym palcem wskazującym, pożegnał się z nim starszy podchujaszczy.
W drodze powrotnej, John nie odezwał się nawet słowem. Z Małego Johna, stał się głupim Jasiem i już nigdy nas nie zawiózł na żaden mecz. Chociaż chłopaki domagały się go raz, za razem. Robin dość mocno na mnie naciskał, żebym mu powiedział, co tam się stało. Dlaczego John, przysięga się, że już nigdy nie pojedzie z Chelsea na wyjazd. Nic mu nie mówiłem. Wzruszałem tylko ramionami. Gdy magnetowidy, stały się szeroko dostępne, Robin zamontował nam jeden na pokładzie. Chłopaki ucieszyli się bardzo, planując festiwale pornosów, podczas podróży. Wielu wypadków na autostradzie uniknięto o piczy włos, gdy kierowcy mijających nas samochodów, rzucili okiem na ekran telewizora w naszym autokarze. Jazda przez całą noc, równała się, dla niektórych, z koniecznością zarzycia, kilku, różnokolorowych pigułek. Biała pigułka, różowa pigułka, pomarańczowa. Niektórych wyginało i zastygali w przeróżnych pozach. Inni nie mogli się przestać wygnać przez cały weekend. Przyśpieszony słowotok. Wszyscy coś mówią. Nikt nie słucha. Jazgot. Byli tacy, co godzinami, w zadziwieniu patrzyli w okno. Czasami wodzili ręką po szybie, jakby próbowali czegoś dotknąć. Kwaśniewscy. Zapach palonych na pokładzie chwastów. Słodki, zielony dym, utulał do snu. Często zastanawiałem się, jak wyglądają industrialne wizje Jeff'a, po LSDi, ale dragi, to nigdy nie była moja działka.
A dalej była ekstraklasa browarów brzusznych, czy jak kto woli, Beers' Monsters Supreme. Zasypiali o 3.nad ranem z puszkami browara, które potem toczyły się po całym autobusie, wśród ich chrapania, skutecznie zapewniając, że nikomu nie przyjdzie do głowy, ścigać butów. Czasem atmosfera była tak żywa, że nikt nie zmróżył oka i nockę odsypiało się na stadionie.
Wczoraj paczkę znów dostałem.
Przywiezioną przez Sindbada.
Znowu całą noc nie spałem,
jakby ktoś, coś do mnie gadał.
W środku były chleb, kiełbasa,
papierosy, puszka mleka.
A na kartce napisane, słowa dwa:
CRACOVIA CZEKA!
Niektórzy wstawali, krótki spacer po autobusie, potok przekleństw i z powrotem zapadali w sen. Festiwal żartów praktycznych Psikusowo,kosztem tych zmożonych, w objęciach Morfeusza. Wiązanie sznurowadeł. Naklejki na potylicy: 'STOP! Jestem nosicielem' , z przekreślonym wyrazem HIV. Przeważnie, nie był to zdrowy sen, tylko pomroczność, wywołana zatruciem alkoholem. Ludzie podrywali się nagle. Trzaskały obolałe karki. W głowie tupot. W ryju, popielniczka w kiblu, ze zjebaną spłuczką. Próba odklejenia języka od podniebienia, wywołuje zawroty głowy. Ludzie przeciągają się, prostując obolałe stawy. Każdy głośno przysięga się, że już nigdy, przenigdy w życiu, nie wsiądzie na pokład tego śmierdzącego hoolowozu. Dwa tygodnie później, te same mordy na swoich stałych miejscach. Jak dzieciaki, wracające do budy po wakacjach.
Trzeba mieć naprawdę skrzywioną psychikę, żeby cieszyć się urokiem, takich miejsc, jak Liverpool. Ale są takie jednostki,kto tak mają. Jak Jeff. Lata świetności Liverpoolu, to okres wzmożonego handlu żywym towarem. To stąd wypływały angielskie barkentyny, z ładowniami wypchanymi czarnymi niewolnikami. Wyłapanymi w naszych afrykańskich koloniach i potem, via Liverpool, wysyłanych za Atlantyk, na plantacje bawełny, tytoniu, trzciny cukrowej i Bóg wie czego tam jeszcze. O ile Leicester był miastem brudnych firanek, to Liverpool, był miastem bez firanek. W wielu domach, nie było nawet szyb w oknach. Na każdej ulicy, w każdym jednym ogródku, sterty nie wywiezionych śmieci. Nawet szczury się stamtąd wyprowadziły, przerażone poziomem krańcowego syfu. Jeff poprosił Robina, o krótki tour po Croxteth, spodziewając się tam zobaczyć, jakieś czarne twarze. Potomków tych, którym się udało spierdolić z transportu. Wszystko co zobaczyliśmy, to wulgaryzmy wymalowane sprayami na ścianach. Pod nieczynnymi do odwołania sklepami, ludzie pozbawieni wszelkiej nadziei, próbowali wyłudzić narkotyki, od innych beznadziejnych osobników, ale w odróżnieniu od tych pierwszych, mających towar. Robin na światłach, dolał płynu do spryskiwacza, bezskutecznie próbując pozbyć się odoru, który tam się do nas przykleił. Jeff kontemplował urok tego miejsca. On we wszystkim znajdował urok. Nawet na półwyspie, na Bow (Wsch. Londyn, doki królewskie. - dop.tłum), na West Ham. Każdy stadion w kraju, był położony w cieniu jakiejś zabudowy przemysłowej. Labirynt kolejowy na Dokach. Manchester Ship Canal. Kolejowe wiadukty z cegły. Portowe żurawie. Estakady Brunela. Węzeł Crew. W Birmingham możnaby otworzyć światową wystawę upadłych fabryk, montowni, drukarni, cukrowni. Co Wam się zamarzy. Wszystko tam jest. Tyle , że w stanie rozkładu. Spagetti junction, był dla Jeff'a ósmym cudem. A jakie zajebiste mają podstawy jupiterów na Villa Park! Wow! Rzeczywiście. Wspaniały przykład kunsztu murarskiego i okazały monument ku chwale cegielni i miejscowej czerwonej gliny. Poczekaj Jeff, aż cię jebnie jedna taka w banie. Wtedy chętnie zapoznam się z twoja opinią. Szok spowodowany wstrząsem. Trauma, bezpośrednio na mózg. Zawroty głowy. Nudności. Krew zalewa ci oczy. Krew leje ci się do gardła. Zaczynasz się dławić. Masz wrażenie, że się topisz.Na kolanach obmacujesz łeb, nie będąc pewien, czy on wciąż tam jest. Wtem fala spawów, wylatuje z ciebie i rzuca tobą w kierunku rynsztoka. Dezorientacja, ślepota. Boisz się, że ktoś cię kopnie, ale nic nie widzisz. Nie wiesz przed czym, ale się zasłaniasz. Ludzie chcieliby ci pomóc, ale sami ledwo powstrzymują odruch wymiotny na twój widok. Tak Jeff. Chwała miejscowym cegielniom. Tak wygląda smutna rzeczywistość. Możesz się uważać za nietykalnego. Otoczyć się najniebezpieczniejszymi zawodnikami i największą bandą, a i tak zawsze jesteś pół cegły, od najbliższego. oddziału chirurgii pourazowej.
5.WALSHY & EDNA
Różne puby, różna atmosfera, zróżnicowana klientela. Snot Crew, którzy wpierw rytmicznie klaskali, a potem krzyczeli: "Snot!!". Oni przeważnie chodzili do U Gintera. Podczas gdy ekipa z Fulham, preferowała King's Head. Lubiłem Kinga, bo landlorda zapraszał tam różne nieznane nikomu kapelki, reprezentujące wszelakie nurty muzyczne. Swan był popularnym miejscem spotkań, ale ponieważ zawsze tam był tłok, ludzie którzy się tam spotykali, odpływali do luźniejszych szynków. Wiosną, albo pod koniec lata, wiara gromadziła się przed lokalem, zajmując chodnik, aż do zakrętu i wypatrując przyjezdnych na Fulham Broadway. Gdy psy zaczynały nas gonić z tego chodnika, oznaczało, że przyjezdni wjeżdżają na stację. Nawet gdybyśmy mieli alarm, zamontowany przy barze, z pewnością nie działałby lepiej. Twarze w autobusach zatrzymujących się na światłach. Odskakujące gwałtownie od okien, gdy dzicz na zewnątrz, zaczynała walić łapskami w szyby. Gdy w środku pokazywały się dwa palce, napierdalanie w okna, gwałtownie przybierało na sile.
Psy uwzięły się na Swana, traktując go jak jakiś Bejrut. Centrum planowania operacji i zamachów terrorystycznych. Nic bardziej mylnego. Pewnego wieczoru, trzech zmiętych jak stówka, fanów Newcastle, zjawiło się w drzwiach wejściowych. Jeden tłusty Geordie wrzasnął:
"Come on Chelsea!"
"No dalej cioty z Południa!!Pokażcie, że jesteście nikim!"
Wszyscy patrzyli z rozdziawionymi gębami, jak tych trzech, blokuje swoimi brzucholami, drzwi wejściowe. Jeden z fanów Chelsea, stojących w pobliżu i pożerający właśnie burgera, spojrzał na nich wzrokiem wyzutym z sympatii i rzucił w nich kawałkiem mielonej wołowiny.
"Widać, że od pięciu minut, nic nie mieliście w pyskach. Proszę, O tutaj!"
"Na tyle was tylko stać!"
Zaczęli się z nas śmiać.
"Słuchajcie! Jak znajdziecie kiedyś swoje jaja, przyjdźcie pod nasz pub 'Strawberry'. Damy wam lekcję, jak się przyjmuje nieproszonych gości!!"
Potem wytoczyli się na zewnątrz, sposobem zwykłym, osobom cierpiącym, na zaawansowaną lustrzycę.
Mickey Greenaway, to była twarz, powszechnie rozpoznawana na Chelsea. Kiedyś był legendą Shed'a. Zigger Manem, totemem wojennym, nieustępliwych 16 latków. Teraz byliśmy już trochę starsi. Mickey był starszy, zanim powstały te wszystkie historie o nim, z lat 60 tych. Twierdził nawet, że pamięta mistrzowską drużynę z 1955.Mickey był dla wszystkich, ulubionym starszym bratem, który wciąż mieszka z mamą. Był świetnym bratankiem do szklanki, pod warunkiem, że byłeś gotów wysłuchać minimum 16 razy, historii o tym, jak Mickey pił trzy dni z Osgoodem, Hutchinsonem i resztą, w 71' w Atenach, pomiędzy remisem 2-2,z Realem Madryt, a zwycięską powtórką 2-1,tydzień później. Za pierwszym razem, to było świetne doświadczenie. Za czwartym, czułem się jakbym tam z nimi pił. Po dziesiątym, nawiedzały mnie wspomnienia kaca, jakiego miałem po tej pijatyce z piłkrzami. Lokalne chłopaki, często żłopały w the Rose. Niewielki lokal, na obrzeżach trójkąta, Imperial-Palmerston-Wheatsheaf. Traktowali go jak prywatną własność i nie cieszył ich tam widok obcych twarzy. Jednak puby, jeden po drugim, przeżywały hossy i bessy i każdy lokal wokół stadionu miał swoje pięć minut, gdy cieszył się renomą hotpointu, gdzie. wszyscy pędzili, jakby barmanki wypinały tam tyłki na barze, do każdego zamówienego painta. Ciężko się było dopchać do baru. Gdy towarzystwo zachorowało na Różyczkę, miejscowi stamtąd, dostawali duru brzusznego. Narzekaniom nie było końca, na plagę szarańczy i niedogodności spowodowanych zalewem niewychowanych, obcych kulturowo, mętnych elementów. Wznoszono modły do bóstw opiekuńczych. Składano ofiary, w intecji zakończeniu potopu.No cóż. Nie ma róży bez ognia i nie ma dymu, bez gorejącej czapki.Na pustyni. I rak ryba.
Potem landlord z Czarnego Byka, zaczął nas wpuszczać na górę tuż po meczu. To były jeszcze czasy sobotniej prohibicji, gdy puby mogły otwierać w soboty, dopiero o 17.30.Ale boczne drzwi w Czarnym Byku, zaczęły być po cichu, uchylane dla nas. Gdy mieliśmy niedzielny wyjazd, chłopaki często gromadziły się tam około 23. i zostawali tam.,aż do 4.,5. rano, skąd szli prosto na zbiórkę, na wyjazd. Oznaczało to, że mniej więcej w południe byli na miejscu. W samą porę na pierwszego drina. Oczywiście takie indywidua, jak Toomey i resztę piwnych monsterów, oficjalne godziny wyszynku nie obowiązywały, bo po to wymyślono sklepy nocne i puszki z piwem, żeby żadnych przestojów nie było. Żal, żeby się takie pożyteczne wynalazki marnowały. Dla nich 12 godzinne chlanie, to była dawka dzienna. Dla wszystkich innych, stan zagrożenia życia.
Żyłem na krawędzi. Powoli rozkręcałem swój własny biznes, ale wciąż musiałem się trzymać mojego etatu, wieczorowego drivera. Mój ziomuś, Robbie Montgomery, wydmuchał prawko, więc woziłem jego i dwie striptizerki, po pubach w południowym Londynie i w Kent. Robbie był komikiem i robił stand upy. Ciasne,zadymione, staroświeckie puby, w których farba potrzebowała wielu lat, by zżółknąć do tego stopnia. W takich lokalach painty lagera, trafiały do pisuaru, zanim na zmywaku, opłókano po nich szklanki. Nerki pracowały tu w pocie czoła, a wątroby, błagały o przeszczep. Nie było przeważnie żadnej sceny, więc Robbie opowiadał dowcipy, stojąc na zalanej piwem podłodze, wśród ledwo trzymającej się na nogach klienteli. Wielu, po dziesięciu bronkach, ośmiu w gardło i dwóch w okolicę, stwierdzało, że teraz ich kolej. Kładli Robbiemu łapsko na ramieniu i bełkotali mu do ucha jakiegoś suchara, zaczynając przeważnie od puenty. Robbie często schładzał ich zapał, swoim standartowym:
"Założę się, że twój stary jak cię zobaczył na porodówce, od kopa pożałował, że się nie spuścił na prześcieradło."
Gdy ktoś próbował mu się odcinać, zaraz dodawał:
"Tylko żartowałem. Wiem, że stary się spuścił na prześcieradło.Ale ten listonosz z zezem, nie!"
Raz w jednym lokalu w Orpington, zrobiło się naprawdę gorąco, bo był tam ojciec z synem. Chłopak, oko na Maroko, a stary nie. Stary się zirytował dość mocno. Chłopaczyna go zaczął uspokajać, a stary do niego:
"Spierdalaj bękarcie!"
Zawsze też znalazł się jakiś cwaniak, który brak poczucia humoru, próbował wyrównywać pięściami. Wtedy z drivera, przeistaczalem się w bodyguarda. Czasem przyszło mi odwiedzać takie miejsca, że zacząłem się zastanawiać, czy sobie nie kupić defibrylatora, albo czy nie sprawdzić, czy rzeczywiście akumulatorem i klemami, da się przywrócić akcję mięśnia sercowego. Tak było na przykład, gdy Robbie raz poinformował mnie, że jedziemy na występ na Millwall FC. To było dosłownie tydzień po tym, jak przekopałem tam na trybunach, kilku tłuściochów.
Jak tylko przekroczyłem próg ich sali recepcyjnej, dwie ich znane twarze zakazane, podbiły do mnie z automatu.
"Co jest Hickey? Zgubiłeś się?"
"Tak daleko poza swoją jurysdykcją?" "Szykuj się na klapsy. I to z dedykacją."
"Dajcież spokój. W pracy jestem."
Brzmiała moja wymówka.
"Jak chcecie, możecie mnie klepnąć, ale wtedy komik i dupeczki bankowo się zawiną, więc sami sobie wieczór spierdolicie."
"No dobra... Następnym razem Hickey."
"Ee?Nie będzie zlituj. Pamiętaj!"
Wycharczal jeden, poczym wypłacił mi dwa liście i kułakiem w żeberka. Tak, żebym sobie nie pomyślał, że to jakiś zlot komików. Oni nie żartowali, ale co ma wisieć... Wszystko tylko nie cycki. No gdybym był z West Ham... Do mnie tylko wydzwaniali z głupimi docinkami. Z West Hamem ustawiali się w sobotnie wieczory, na London Bridge. Żadnego cięższego sprzętu. Tylko kosy. Szósta rano punkt. Ale to tylko wtedy, jak nie jeździli dojebanymi transitami i nie szukali się po własnych osiedlach. Jedni mają bejsbole. Drudzy szpikulce do lodu. Nie wiem, może to, że byli oddzieleni prądem rzeki, wywoływało u nich taki ekstremizm. Jakieś żyły wodne? Hydrostecja?
West Ham zawsze brał wszystko do siebie. Robbie miał zapowiedziane, że nie jeżdżę na północ od Tamizy i na wschód od Lee. Kiedyś dałem mu się namówić na rajd do Epping. Zwłaszcza, że skubaniutki, poparł swe namowy extra dysią.
Nigdy nie czułem się tak zastraszony w swoim życiu. Siedziałem cały czas, schowany w moim płaszczu. Pod płaszczem miałem maczetę, a w kieszeni prężny kanister z gazem. Ludzie co chwilę podłazili i przyglądali mi się z uwagą. Myślałem, że się tam posram. Skończyło się na rozjebanych szybach w aucie. Bardzo po West cHamsku.
- Edytowany
Jak tam siedziałem, zszedłem w pewnym momencie na dół. Podbiła tam do mnie jedna laska. Taka dwudziestolatka.
"Ty jesteś ten Hickey, co nie?"
"Nie."
Odpowiedziałem.
"To ty. Poznałam Cię."
"Jak chcesz, możemy się iść przejść kawałek."
Brzmiało to jak zaproszenie na solo, ale ona chyba miała na myśli numerek na stojaka, ze znaną twarzą z Chelsea.(Kurcze pióro, Hickey. Ja sobie pomyślałem, dokładnie odwrotnie. - dop.tłum) Z pewnością wielu chłopaków od nas, nie zastanawiałoby się, ale ja nie skorzystałem z oferty.
Walshy to był prawdziwy czub. Sam czubek, w hierarchii świrów. Życie przemieniło go w cynika i pod tym względem, wyróżniał się nawet w tak cynicznej okolicy jak Battersea (Dzielnica "na przeciwko" Chelsea, po drugiej stronie Tamizy. - dop.tłum). Tam cynizm był sposobem przetrwania. Walshy mieszkał w bloku, na którym było wielkie grafitti:
"WE WTORKI - GASZENIE PETÓW, NA GŁOWACH PODZIURAWIONYCH CZARNUCHÓW."
"W CZWARTKI - SKAKANKA OBIEMA NOGAMI."
(Gdy Walshy cytował: "w czwartki - skakanka obiema nogami", zawsze chichotał złowrogo.) Wielu chłopaków z County Busów, było za młodych, żeby pamiętać to wtorkowo-czwartkowe graffiti,ale każdy o nim słyszał, bo Walshy wszystkim o nim opowiadał. Nieważne co obmyśliły te poryte berety z West Ham, czy z Millwall. Walshy zawsze chciał być krok przed nimi. Gdy wszyscy szykowali się po meczu, na nieśpiesznego drineczka w 'Czarnym Byku', Walshy się darł:
"Chodźcie jedziemy na Stratford za tymi debilami z West Ham. Tam jest taka miejscówa 'Moonlight'."
"Oni tam na bank, przyjadą dziś w nocy."
Gdy przychodził do pubu, miał tylko jeden temat. Omawianie optymalnych strategii zasadzek na przeciwnika. Dobór sprzyjających lokalizacji. Synchronizacja manewrów oskrzydlających, z jednoczesnym zachowaniem ciągłości komunikacji, pomiędzy poszczególnymi jednostkami operacyjnymi. Walshy pechowo urodził się w okresie, gdy Wielka Brytania, akurat nie toczyła żadnej wielkiej wojny. Co mu zostało? Uliczki wokół stadionów. Kiedyś nawet wspominał, że zamierza podpisać 'deed poll' i zmienić sobie nazwisko na Hannibal Walsh. (W U.K,każdy obywatel ma prawo dokonać zmiany nazwiska, bez podawania żadnych konkretnych przyczyn. Wystarczy podpisać tzw. 'deed poll'. Ale można to zrobić, chyba tylko raz na 10 lat. - dop.tłum.) Kartagińczyk był dla niego wzorem.
"Pojebało Cię Walshy? Zaraz dostaniesz ksywę Elephant Man."
Nabijał się z niego Jeff. Gdy opowiedział Walshiemu o Alpach i o słoniach, pomysł ze zmianą nazwiska, został wykreślony z listy 'To Do'. Przeważnie, co dwie minuty, roiła mu się w głowie, jakaś brutalna wizja. Zaraz musiał się nią z kimś podzielić i dla nieszczęsnego słuchacza, oznaczało to zwykle kilka kropel śliny Walshego na twarzy.
"No?!!"
"Co o tym sądzisz?!!!"
Wrzeszczał soczyście z odległości pięciu cali, swoim ofiarom w twarz, aż im grzywki podwiewało.
"Pomysł w dechę Walshy."
Przyznawano skwapliwie, dyskretnie ocierając twarz.
"Na mnie możesz liczyć."
I niech Cię ręka boska broni coś kwestionować.
W świecie Walshiego, największym zagrożeniem dla rodzaju ludzkiego, byli mieszkańcy wschodniego Londynu. East Enders. Uważał za wielką pomyłkę historyczną, że RAF, próbował powstrzymywać Luftwaffe, przed zgruzowaniem tam wszystkiego i że nie pozwolono doprowadzić Hitlerowi projektu V2, do szczęśliwego końca. Walshy to był bardzo spox koleżka. Lojalny. Ale niewielu czuło się pewnie w jego obecności, ze względu na jego problemy behavioralne. Był kompletnie nieprzewidywalny. Raz na Newcastle, Walshy i trzech innych, zostało zagonionych w ślepą uliczkę. Gdy prześladowcy odcięli im drogę odwrotu i zbliżali się do nich nieubłaganie, Welshy wytargał rakietnicę ze spodni. Uniósł ją na wysokość oczu, w łapie z wykręconym nadgarstkiem i ruszył na spanikowanych Geordies.
"Arrgh! Arrgh!!"
Wrzeszczeli cofając się przed nim.
"Klamka! Cockney ma klamę!!"
"Jak spierdalali, wypaliłem jednemu prosto w jego geordie-dupę. Wyglądał jak pędzący znicz olimpijski. 400 metrów, w sprinterskim tempie."
Opowiadał potem z zadowoleniem.
Walshy okrutnie zbulwersował się historią, o trzech grubasch z Newcastle, w Swanie. Dwa tygodnie od tamtego wydarzenia, wpadł do Łabędzia i rozpoczął śledztwo w sprawie: 'Czemu nikit im nie zajebał?'. Niewielu miało cokolwiek do powiedzenia. Jeden typ nieopatrznie wypalił:
"A komu się chciało?"
Wskazówka na skali wkurwienia Walshiego, przyjebała w krańcówkę.
"Komu się chciało?! Komu się chciało?!"
"Wam, posrani koniobijcy!!"
"Wam się powinno chcieć!!"
"Powinniście tu walczyć między sobą, o to, kto im zajebie pierwszy!!"
"To byli Geordies! Nie jakieś pyrtki z Doopston!!"
"My jak tam jeździmy, oni zawsze są chętni na spotkanie. Teraz oni przyjeżdżają tutaj i nikomu się nie chce?Tak?!"
"O czym to świadczy??"
"Że jesteśmy pizdami?!!"
"Przyjeżdżają. Robią sobie co chcą. Później wracają do siebie z myślą, że są konkretną bandą!"
"Tak to ma wyglądać?!"
Prawda była taka, że całe zajście, trwało może ze 20 sekund, a takich, co stali przy drzwiach i zwrócili wogóle uwagę na całe zamieszanie, było może z pół tuzina. Większość ludzi w pubie, wogóle nie miała pojęcia, że ktoś tam był i coś pokrzykiwał. Jednak ta szóstka nieszczęśliwców, którzy byli naocznymi świadkami, została przez Walshego spisana i mieli powiedziane, że na najbliższym wyjeździe do Newcastle, obecność obowiązkowa.
Walshy, chciał, żeby wszystko tam wypaliło z pompą i tak też to zaplanował. Jeden typ od nas, który był kierowcą na budowie, na płn. - wsch., wynajął chłopakom pub, od wczesnych godzin porannych, w Sunderland, który miał być ich bazą wypadową. Stamtąd udali się metrem do Newcastle.
"No dobra, wy tłuste świnie.."
Mamrotał Walshy w pociągu, pod nosem.
"To teraz się przekonacie, co w nas siedzi."
Oczywiście jego celem była "Strawberry".
"Tera tak!! Słuchajcie wszyscy, bo to nie jest jakieś jebane tea-party!!"
"Plan jest taki. Otaczamy budynek i lecą wszystkie okna!"
"Jak jacyś wylecą drzwiami, to ich robimy do spodu! Jesteśmy tam do pierwszych syren!"
"Jak zawyją syreny, wiatrujemy się żwawo!!"
"Wszystko jasne i przejrzyste?"
Nie czekając na odpowiedź, a tym bardziej na pytania, obrócił się i poprowadził swój 60 osobowy oddział, szybkim marszowym krokiem, w stronę pubu kibiców Newcastle.
Pod Truskawką stało kilkunastu Geordies. Śmiali się, gadali, popychali w żartach.Zamarli niemal jednocześnie, na widok wartko maszerującej grupy. Kilku natychmiast ruszyło do środka. Okrzyk:
CHELSEA!!
zmobilizował pozostałych, by pójść w ich ślady. Była 14.10 i ani jednego psa na horyzoncie.
Chłopaki przyśpieszyły. Walshy nie zwalniając ani na moment, podniósł leżący na poboczu znak drogowy. Zrobił z nim pojedynczy obrót w biegu i miotnął nim prosto w największą witrynę obok wejścia. Powietrze wypełniło się wrzaskiem ludzi w środku, zagłuszonym momentalnie hukiem, pękających tysiącami odłamków, kolejnych okien w lokalu. Cegły były rzucane z taką siłą, że przed każdym trzaskiem szyby, było słychać krótki, lecz wyraźny furkot. Żadna nie miała prawa się odbić. Wszystkie równo wjeżdżały do środka. Niektóre nawet ze stolarką okinną. Gdy to co miało się potłuc, już się potłukło, cegły zaczęły uderzać z głuchym łomotem, w stłoczone w środku ludzkie ciała (Tzn. W Geordies. - dop.tłum). Gdy skończyły się cegły, rzucano, kamienie, asfaltowe bryły, oderwane z parkingu. Wszystkim czym się dało. Budynek wyglądał jak trup, którego przed śmiercią, poddano torturom i straszliwie okaleczono. Przede wszystkim, wyłupiono mu oczy. W grobowej ciszy, patrzył teraz ciemnymi, pustymi oczodołami, z wyrzutem na swoich oprawców. Wewnątrz kurczyli się fani Newcastle, poobwieszani swoimi czarno-białymi szalikami, jak jakieś may-poles (To są takie buławy, niesione, przez tych Mistrzów Ceremonii, na paradach, jak maszerują orkiestry. - dop.tłum.)
"Come on then!!"
"Chodźcie to się ponapierdalamy!! Wy łajzy!!"
"No, koniobijcy!!"
"Nie macie pracy!! Nie macie jaj!!"
Wydzierał się Walshy, stojąc dwa, trzy jardy przed wszystkimi. Jeszcze jedna, zachowana gdzieś cegiełka, świszcząc lobem przeleciała przez otwór, w którym kiedyś była szklana witryna. Głuche pacnięcie. Głośny jęk i łomot ciała walącego się na glebę.
"Teraz już nawet okien w pubie nie macie!!"
Rzucił zza pleców Walshego, ten co rzucał. Wyglądało na to, że w środku, nikt nawet nie drgnie. Na zewnątrz chłopaki podskakiwały na palcach. Wykręcali ósemki nadgarstkami, albo rozluźniali karczycha, kręcąc baniakami, niczym stado wkurwionych słoni afrykańskich. Latali wyżej niż latawce. Bez żadnej kokainy, bez żadnych sterydów. Czysta ekscytacja wywołana oczekiwaniem. Wtem, w oddali, rozległ się syren jęk. Kilku chłopaków, charknęło na glebę. Inni po staroświecku strzelili z palucha. Reszta nawet nie machnęła ręką. Wszyscy zaczęli się zawijać.
Kiedyś, w jednej kolejce, my graliśmy na Blackburn, aTottenham przyjeżdżał na Fulham. Pomyślałem, a co mi tam! Jadę na Chelsea. 'Cztery tysiące dziur w Blackburn. Hrabstwo Lancashire.' , tak śpiewało czterech z Liverpoolu. To samo hrabstwo. Dziura jeszcze większa. Ale nie zmartwiłbym się też wcale, gdyby jakaś czarna dziura, albo lej po bombie termojądrowej, pochłonęły Blackburn. Gdy powstał tekst tej pieśni, o szatańskich młynach Anglii (Chodzi o tekst hymnu Jerusalem. Probably. - dop.tłum), typ miał na myśli, właśnie Blackburn. Mimo, że przędzalnie Blackburn, można juz oglądać tylko na bardzo starych fotografiach,sadza i stęchlizna przetrwały. Nienawidziłem tego miasta, więc drink z ziomalami w Kingu, był jak najbardziej wskazany. Wszedłem i zobaczyłem, że wszyscy w środku płaczą. Po chwili i moje oczy mocno się zaszkliły i poczułem dotkliwie pieczenie. Walshy siedział przy barze, na którym miał ustawione tuzin plastikowych cytrynek.Takie z których wyciska się sok do herbaty. Rozlewał do nich amoniak. Niestety, nie tylko do nich. Właściwie to rozlewał wszędzie. Do nich też.
"Przestać się mazać łajzy, natychmiast!"
"Widziałem coś takiego na filmie"
Wyjaśniał. Ostatecznie, udało mu się napełnić mniej więcej cytrynowe sikawki.
"Teraz tak. Ambush Time! Tott'am gra dzisiaj na Fulham i pewnie wysiądą na Putney Bridge i będą pili, albo na Fulham Road, albo gdzieś koło Putney Bridge."
"Wiecie z kim mamy do czynienia. Frajerstwo będzie odstawiać tradycyjny bounce & lans. Będą tam paradować, żeby przypadkiem nikt ich nie przeoczył. Spacery po moście, te sprawy."
"Goście, goście."
"Co my robimy? Czekamy wszyscy na górze, oprócz dwóch osób, które czekają na dole. Pociąg z Żydami wjeżdża na peron, oni wybiegają do nas. Spurs wychodzą, szczamy na nich. Po sprawie."
Rozdał cytryny i wszyscy ruszyli w stronę stacji.
"Nie obierać ze skórki!"
Ostrzegał Walshy na wszelki wypadek. Wszyscy przyczaili się w parku, na przeciwko stacji, albo na przystankach poniżej. Zero policji w pobliżu, ale po dłuższym oczekiwaniu, wielu osobom zaczęło się nudzić. Wielu porzuciło swoją broń chemiczną i uderzyło do pubu na rogu. Około 13.,rozległ się okrzyk, a 60 sekund później, Tottenham Boys, pojawili się na Putney Bridge Road.
Wyglądali jakby przed chwilą obrabowali sklep sportowy. Najnowsze dresy Tacchini, Ellesse, Nike. Do tego obwieszeni łańcuchami, jak ci cyganie, zajmujący się kradzieżami bydła.
"Co to? Chuligański pokaz mody?"
Walshy zastąpił im drogę.
"Pokaz mody! No to sru!"
I siknął ze swojej cytryny najbliższyemu prosto w twarz. Okrzyk bólu. Następny też dostał strumieniem po oczach. Zawył i złapał się na twarz. Efekt był tak dramatyczny, że naszym chłopakom sikawki, niemal z rąk wypadły. Walshiemu się włączył berserk i biegał między spanikowanymi fanami Spurs, niczym dziesięciolatek w Śmingusa dyngusa. Tatt'am ewakuował się żwawo, a chłopaki podlewali ich ze swoich sikawek, podkręcając im tempo i zraszając im obficie, ich odzież sportową na plerach. Większość firmowych dresów i ich właścieli, zniknęło za horyzontm. Ten co dostał promocyjnie jako pierwszy, wciąż turlikał się pod stacją, jęcząc i trzymając się za twarz. Ktoś go próbował ocucić i sprzedał mu kujawiaka na torbę. Na momencie typ złapał się za jaja, ale raczej kopa energii nie dostał, bo tylko się zwinął w kłębek i zaczął rzęzić i rzygać. W pubie, Walshy podkreślał coś, skreślał, mruczał pod nosem, z ołówkiem w ręku. Wreszcie oświadczył z dumą:
"Mam. Myślę, że dziś, koszty zniszczonej odzieży sportowej, przekroczyły 1000 £."
Ale to nie tak, że przy Walshym nie można się było też pośmiać. Raz mieliśmy MWG weekend i graliśmy na Derby, a to oznaczało noc, w Nottingham. Mieście, gdzie liczba lasek w klubach, dwukrotnie przewyższa liczbę kolesi. To było tak na osłodę. Na wypadek, gdyby Chelsea wtopiła. Zatrzymaliśmy się wpierw w Derby. Tam niedaleko, była konkretna bitwa, podczas wojny domowej. Pub, który sobie upatrzyliśmy, wyglądał, jak małe muzeum, poświęcone tamtej epoce. Na ścianach wisiały muszkiety, hakownice, berdysze, piki i halabardy. Całe wnętrze było obwieszone tym starożytnym złomem.
Gdzieś koło drugiej, wpada przez drzwi zdyszany kolo od nas, który do tej pory drynił przed pubem.
"Prężna grupa, zapina tu w naszą stronę!"
Rozległy się jego alarmujące słowa.
"Chyba zamierzają rozpieprzyć ten pub po całości!"
Walshy wyskoczył jak na sprężynie.
"Stand!! And deliver!"
"Pokażcie na co was stać!!"
Podbiegł do kominka i wyszarpał z uchwytów na ścianie dwumetrową rochatynę.
"Follow your leader!"
Reszta ruszyła za nim. Wysypaliśmy się z pubu, niczym gang Dicka Turpina, z naszym Lordem Protektorem Walshym na czele. Część śpiewała, część tylko wykrzykiwała słowa słynnego przeboju Adama i Mrówek.
STAND AND DELIVER!
YOUR MONEY OR YOUR LIFE!
Derby na ten widok, bez zwalninia, nawrócili, a potem jeszcze, gwałtownie przyśpieszyli, chcąc jak najszybciej oddalić się poza zasięg naszej broni dalekiego zasięgu i masowego rażenia. Założę się, że byli mocno porażeni tym co zobaczyli. Wystarczyło im. Wróciliśmy do pubu. Eksponaty, wróciły na ekspozycję. Dopijamy drinki. Zjawił się landlord, ale nie miał żadnych obiekcji. Był nawet zadowolony, że ominął go remont budynku. Walshy przeżywał to jeszcze z miesiąc. Nawet przyniósł, ponoć uczciwie zakupiony singiel Adama & the Ants i prosił o zainstalowanie go w szafie grającej, w Byku. Ale pokwitowania nie chciał pokazać. Mówił, że zgubił.
Jakoś tak się zawsze poskładało, że jak jechałem na Derby, to zawsze były atrakcje.
Otwarcie sezonu w 73.i osiem tysięcy fanów Chelsea, w polówkach Freda Perry, zajeżdża na Derby. Szelki, Levi'sy, Gary Glitter na pierwszych miejscach list przebojów.
'Do you wanna be in my gang?' I nieśmiertelne:
COME ON! COME ON!
COME ON! COME ON!
COME ON! COME ON!
CO-OME! ON!
Pod koniec meczu, inwazja na murawę i wszyscy śpiewają Gary'ego Glittera.
Derby wysypuje się ze swoich sektorów, więc konfrontacja na boisku, nieunikniona. Chłopaki, wiadra testosteronu i słońce. Czy może być coś piękniejszego? Starcia były później retransmitowane w Match of the day, a Jimmy Hill, komentując jak jeden z kibiców Chelsea, z wąsem jak młoda foka, piąstkuje miejscowego chłopaka, podsumował to słowami:
"Mam nadzieję, że ojciec tego młodego człowieka, ogląda to teraz i dziś wieczorem, skorzysta on w pełni, ze swoich praw rodzicielskich."
Walshy w Derbyshire, przyciągał kłopoty jak elektromagnes. I nigdy się tam nie wyłączał. Innym razem ja, Walshy i Mały Tomcio, szliśmy tam sobie, a tu nagle kompletnie z nikąd, wypada agresywna zgraja i rzucają się w pościg za nami. Normalnie po jakichś 50 jardach, powinni sobie odpuścić. Ale nie. Ci gonią jak wściekłe pittbulle. Ulica za ulicą. Szeregi domów. Tupot za plecami nie ustaje. Wręcz zdaje się narastać.
"Co to jest? Stado bawołów?"
Wysapał Walshy. O jeden skręt w prawo za dużo i jesteśmy w dupie. To znaczy w ślepym zaułku. Tłum przestał nas gonić. Szli już teraz powoli w naszym kierunku, śliniąc się na samą myśl, o tym co zaraz nam zrobią. Głupawe uśmieszki, na kwadratowych facjatach, jednoznacznie wskazywały na tępotę ich właścicieli. Walshy wyjebał okno co tam było. Ja wspiąłem się na murek i zgarnąłem kratę z mlekiem. Miotałem półtłustym, litrowym, do wszystkiego, co miało wobec nas złe zamiary. Po kilku minutach, które dla nas były jak stulecia, zjawił się Bill. (Bill albo Old Bill - policja po londyńskiemu. - dop.tłum.). Za naszą heroiczną samoobronę, dostaliśmy się na pierwszą stronę Daily Mirror i po 100£ grzywny, w uznaniu od Sądu Magistrackiego. No ale alternatywą było... Lepiej nie myśleć. Walshy w wyszklenie okna w prywatnym mieszkaniu, wrobił fanów Derby. Efekty uboczne po powrocie, to żarciki w stylu: 'Walshy&Hickey firma niebezpieczna-farma mleczna', 'Trudno ich dogonić - Jeszce trudniej wydoić', 'Hickey - mleczarz roku. Żadnej pracy się nie boi!'. Itd, itp.
Na początku lat osiemdziesiątych, na Arsenalu pojawiła się zawzięta ekipka. Zasadzić się na nich na Earl's Court, to było hasło przewodnie, krucjaty Walshego. Przynajmniej, jednej z jego krucjat. Miller (??? - dop.tłum), oraz Arsenal Lads, wysiadają na West Kensington i z buta wracają w kierunku Earl's Court. Planowali urządzić tam nas zasadzkę. Ale to my tam na nich czekaliśmy i zostali rozgonieni.
To jednak nie był koniec. Chłopaki z Arsenalu, przegrupowały się i wrócili po więcej. Mimo, że dozbroiliśmy się w jakieś szpeja, ze stojącego tam skipa, to teraz my byliśmy gonieni. Pamiętam, że nie mogliśmy przestać uciekać i wyglądało, że zabiegają nas na śmierć. Końcówka za to, jak z popularnej serii komediowej, ze Stanów. Wbiegłem w przecznicę sam. Tam był jakiś pub. Bez zastanowienia wbiłem do środka. Wewnątrz odetchnąłem z ulgą. Na chwilę tylko. Gdy powoli przestawałem sapać jak parowóz, rozejrzałem się po lokalu. Zewsząd otaczali mnie, dość prowokacyjnie ubrani kolesie. Skórzane czapki z daszkiem, kamizelki z czarnej skóry, z mnóstwem srebrnych zamków, pozakładane na nagie torsy, okulary cobry, wąsy a la Fredry Mercury. W tle romantyczne tango z głośników. Miałem do wyboru wracać na ulicę i zostać tam rozjebanym przez Arsenal, albo wytrzymać w tym pubie 15 minut, z dupą dociśniętą do ściany. Zostaję. Dotuptałem do baru, próbując po drodze, odwracać się twarzą, do każdego mijanego typa. Zamówiłem sobie pół painta. To był bardzo niekomfortowy kwadrans w moim życiu.
Walshy kochał wypady na Covent Garden (Taki londyński Stary Kleparz. - dop.tłum). Nie tylko on. Cały Millwall i West Ham też. W weekendowe wieczory, inscenizowano tam wiekopomne batalie. Bardzo realistycznie. Bardzo. Nie brakowało tam też zawsze, różnych ekip z Północy, które wpadały na drina, przy okazji wizyt w stolicy. Londyńczycy napierdalali ich, gdy już znudziło im się walczyć między sobą. Z pubu Punch&Judy, została tylko Judy. (Org. Pub Punch&Judy, left Judy at home. Judy nie przyszła do pubu Punch&Judy. Znany pub na Covent Garden. Trudno przetłumaczalna gra słów, ale dowcipne. Punch, znaczy w zasadzie 'cios z pięści' , ale w nazwie pubu, chodzi raczej o taki napój z rumem. No. Trochę się rozpisałem. - dop.tłum) Czasami w pubach była taka atmosfera, że wyglądało, jakby ludzie mieli się zamiar wymordować wzrokiem. Do niektórych lokali, po prostu wiedziałeś, że nie masz po co wchodzić. Millwall lubił się bawić, ze mną osobiście,w kotka i myszkę. Wiedzieli, że muszę wracać przez Chering Cross i nieraz tam na mnie czekali, a nieraz nie. Nigdy nie wiedziałem, ale zawsze to ja byłem myszką. Była taka sytuacja, że raz typów z Millwall trochę poniosło i zasztyletowali chłopaka z West Ham. Dla mnie takie osoby, to nie są futbolowi chuligani. To jest patologia społeczna. Kompletnie wykolejeni. ((Nie chce się wdawać w żadne polemiki, ale z tego co słyszałem, co pokazują statystyki, na Wyspach, więcej kibiców zginęło od rzucanych cegieł, niż w Krakowie od noży i maczet. Tak że... - dop.tłum).
Dla każdego kibica Chelsea, idealny sobotni wieczór, wygląda następująco. Zwycięstwo Chelsea, po którym następuje, zdrowa najebka. Oczywiście, jeśli nie grasz w lidze Tooms'ego. Tam przymiotnik zdrowa, nie znajduje raczej zastosowania. Na finał jest turbo-kebab, z mnóstwem sosów i jalapeños, sterczącymi na wszystkie strony. Sosy masz chwilę później na całym przedzie swojej nowej kurtki i swoich guccikach za dwie i pół stówy. Na drugi dzień, budziłeś się z potwornym kacurem, ale prawdziwy ból głowy, zaczynał się, gdy próbowałeś wszystkiego, by doczyścić swoją garderobę. Ból dupy, zaczynał się wraz z pierwszą wizytą w bardaszce. Walshy twierdził, że to palec boży. Za jedzenie tego ciapackiego gówna. Ale to i tak nikogo nie powstrzymywało, przed kebsem, po najebce.
Kolejnym ulubionym wypadem Walshego, było Brighton. Upodobał je sobie, ze względu na możliwość narzucania się szwedzkim ptaszkom ('Bird' potocznie, to laska, dziewczyna, świnka. - dop.tłum), spacerującym na molo. Jeff zachwycał się korozją, pożerającą Zachodnią Przystań. W Brighton każdy znalazł coś dla siebie, ponieważ jest to miasto, z największą ilością pubów w Anglii (Nie chce mi się wierzyć. Może na jednego mieszkańca. - dop.tłum). W tak pięknych okolicznościach przyrody, zjawiliśmy się tam już przeważnie, w piątek wieczorem (Pisałem już o tym, że na Wyspach, wyjazdy do nadmorskich miejscowości, zawsze rozciągały się na 2-3 dni. - dop.tłum)
- Edytowany
Raz było bombowo, bo jak siedzieliśmy na promenadzie i sączyliśmy driny, wpadły miejscowe chłopaki, z koktajlami. Mołotowa. Od jednego mi się Di eMka stopiła. A tak się reklamują, że ognioodporne. Jakiś czas potem Pompeys (Fani Portsmouth FC-dop.tłum) , wycięli Tony'emu Cobblerowi, kilka sznytów na twarzy. Tak na 110 szwów. Tamtego wieczoru, żądza mordu, szalała na ulicach Brighton, w poszukiwaniu sprawców. Następnego dnia, stadion Brighton przypominał krater Kraka-Tau, podczas erupcji. Fani Chelsea zajęli całe boisko. W tłumie poturbowano sędziego. Po meczu pojechałem odwiedzić mojego ojca w Hove (Miejscowość przylegająca do Brighton. Tata Steve'a, był chyba wtedy umierający. - dop.tłum), a Walshy na czele swych oddziałów, pomaszerował z powrotem do centrum Brighton. Na nadmorskim deptaku, ktoś się zatoczył, czy ktoś kogoś popchnął, w każdym razie, rozbiła się szyba wystawowa u jubilera. Jak w scenariuszu niskobudżetowego filmu sensacyjnego, natychmiast, przed wystawą, rozkraczyl się policjant w cywilu, wymachujący swoją szmatą i obwieszczający z wrzaskiem, że jest policjantem na służbie. Popajacowal tak sobie ze dwie, trzy sekundy, a potem został zadeptany przez amatorów Rolexów. Nikt sobie tam dupy nim nie zawracał, tylko tupał w to coś, wiercące się pod nogami. Każdy chciał dotuptać pierwszy do klatki z sikorami.
Nieraz można się nasłuchać ciekawych konwersacji, gdy przemoc miesza się z pazernością. Dwa tygodnie później, o świcie głośno ktoś załomotał w moje drzwi.
"Otwierać!! Policja!"
Stołeczna wytargała mnie na Rochester Row Police station.
"Ty już sobie na wolności pobiegałeś. Wiesz, że za życie jednego z naszych, jest tylko jeden wyrok. Dożywotka."
"Było mnie uprzedzić. Dorzuciłbym się na wieniec."
(Tak naprawdę, ten pies tam przeżył. - dop.tłum)
Po wielu godzinach przesłuchań, wypełnionych groźbami i fałszywymi obietnicami, wirówką zastraszania i mącenia ci w głowie, po dwudziestokrotnym potwierdzeniu mojego alibi, miałem zostać zwolniony. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że nie jestem sam na psiarni. Ale na nikogo nic nie mieli i nikomu z nas, nie postawiono zarzutów w sprawie tej napaści na oficera i grabieży u jubilera też. Za to miesiąc później na Kings Road, wielu chłopaków z podciągniętymi rękawami, z poczuciem błogości na twarzach, wschłuchiwało się w cykanie, dolatujące z ich nadgarstków.
Do kupienia w Głowie Króla.
Po meczu w grudniu 84.,pomiędzy Chelsea i Manchester United, amerykańskiemu barmanowi z restauracji Henry J. Bean's, na King's Road, ktoś rozjebał kufel na głowie. Według zeznań naocznych świadków, był to kibic Chelsea, przysadzistej budowy, o przerażających oczach. Jeśli chodzi o opis oczu, to Walshy by pasował idealnie. Ale nawet jeśli to był on, to jego nie powstrzymałoby od chodzenia na Chelsea, nawet gdyby w gazetach i w telewizji, opublikowano jego zdjęcia, z kartoteki policyjnej.
Kevin Whitton, został wciągnięty tego samego wieczoru, za to, że gdy eskortowano fanów United na stację, stał na chodniku i pokrzykiwał na nich:
"No! Co jest? Wankers?!"
"Na co się kurwa gapicie?!"
Postawiono mu zarzuty, agresywne zachowanie i groźby werbalne i zwolniono za kaucją. Gdy znalazł się z powrotem na King's Road, spotkał paru ziomeczków, którzy byli w Henry'm. Ewakuowali się stamtąd, ale w pośpiechu, zostawili swoje okrycia wierzchnie na wieszakach. Poprosili więc Kevina, żeby się tam wemsknął i zabrał ich kurtki. Kevin później został rozpoznany przez kelnerów i innych barmanów i znowu go drutnęli. Kevin odmówił podania jakichkolwiek nazwisk i prokuratura i psy dostały kurwicy. Kiedy doszło do pierwszej rozprawy, agresywne zachowanie, podbili mu na nielegalne zgromadzenie i zamieszki. W piątek 8.listopada 1985 roku, sędzia Michael Argyll, skazał go na dożywocie za gromadzenie i zamieszki (Kurwa! Tak jest napisane. Judge Michael Argyll gave him life for riotous assambly. Gorzej jak w Chinach. - dop.tłum) i 10 lat za współudział w napaści na barmana z Henry J. Bean's. (Kurwa! Jak mógł napaść na barmana i jednocześnie brać udział w zamieszkach??? - dop.tłum) Drugi współoskarżony, wyłapał szóstka za barmana. Posterunkowy PC Michael McAree, otrzymał imienną pochwałę, za aresztowanie sprawców, a poseł Partii Konserwatywnej, chwalił sędziego w parlamencie. Policja potem jeszcze aresztowała Bill'ego Mathewsa, który miał być tym przysadzistym, o przerażających oczach,który uderzył kuflem barmana. Wyłapał czwórkę, choć zawsze podtrzymywał, że jest niewinny.
PS. OD TŁUMACZA
Książkę tą, czytałem ostatni raz dobre 10 lat temu. Teraz, czytam i tłumaczę na bieżąco (i wysyłam :). Nie pamiętam dokładnie, co jest dalej, ale wydaje mi się, że Hickey, pominął tu wiele ciekawych epizodów ze swojego życia.Nie wiem, może przez skromność. Ja o Stephenie Hickmottcie, usłyszałem pierwszy raz, czytając książkę 'Hooligans A-Z', t. I. Była tam taka historia, o 16 latku z Tunbridge Wells, który wybrał się na wyjazd swojej ukochanej Chelsea, na Sunderland. To był przełom lat 60ych i 70tych. Po meczu, przed bramkami na Rockers Park, zebrało się chyba z pięć koła miejscowych. Chelsea przyjechało jakieś 2000,z tego może ledwo 500 walczaków. Przyjezdnym, do opuszczenia trybuny gości, wcale się nie paliło. Policja? Jaka policja?! Już pewnie rozkulbaczali konie w stajni, albo mieszali herbatę na komendzie. Wśród kibiców Chelsea - impas. Na zewnątrz, groźny pomruk, z tysięcy gardeł tubylców. Na ogrodzenie przy bramkach, wspiął się ów małolacik i tymi słowy, przerwał ów impas:
"No co jest Chelsea?!!!"
"Czemu tu stoimy?!!!"
"Chyba nie przez tą bandę jaskiniowców, czekającą tam na zewnątrz, na wpierdol!!!"
"Oni nawet poprawnie po angielsku nie umieją mówić!!"
"Na co czekamy!! Jedziemy z nimi!!"
Zeskoczył na ziemię i poprowadził te pięć stów, które natchnione jego przemową, rozpisgały te tysiące Sunderlandu w setki, dziesiątki i na pojedyncze kawałki. Niektórym tam, ponoć na samo wspomnienie, protezy zębowe dzisiaj wypadają.
Ten wyczyn, oraz kilka innych, sprawiły, że dwa, trzy sezony później,gdy 18 letni Hickey, wychodził ze stadionu, czekało tam na niego, kilkudziesięciu gnoji, którzy na jego widok, wszyscy podnosili dłoń i krzyczeli: 'Oi! Hickey!', 'Siema Steve!', albo po prostu 'Część Hickey!'. Stephen, zawsze z uśmiechem pozdrawiał swoich "gruppies". W poniedziałek, w szkołach, każdy jeden z tych małolatów, opowiadał z obojętną niby miną:
Byłem na meczu. Hickey'go spotkałem. Stoję gadam z kumplami. Nagle słyszę 'Część Poul, (Mark, Archy, Robbie..) Obracam się a tu Hickey. Sie man! Stary!“
Taka otaczała go tam aura. Opowiadano o nim legendy za życia.
REST IN PEACE BLUE HERO.
Billy Matthew, to był wesoły typek, ze śmierdzącymi nogami. Nie zaraz. To był zajebiście śmieszny typ, z kurewsko śmierdzącymi girami. Mówiliśmy na niego 'Skarpetki Rommla', zwłaszcza w czasie wyjazdów na Anglię,bo wymagało przejścia przez całą Saharę, żeby nałapać tyle smrodu w jedną perę skarpet. Może jego skarpetki powalały swoim smrodem, ale ten kolo, na bank nie zaatakował tego barmana. Podczas rozprawy, jego obrońca, wygłosił mowę, która przeszła do historii brytyjskiej palestry. Gdy Billy siedział ztroskany, na ławie, adwokat jechał, niemal lirycznie:
"Ten człowiek tutaj, to prawdziwy bohater.
Zamiast go tu piętnować, powinno się go tu chwalić.
Tacy ludzie jak on, przy wielu okazjach, ratowali nasz kraj.
Tacy ludzie, płyną w żyłach naszego kraju.
Ich się odznacza Krzyżem Victorii,bo dla takich ludzi, służba ojczyźnie, jest największym honorem.
To tacy ludzie, jak Mr. Matthews, sprawili, że Brytania jest Wielka."
Billy rozglądał się po sali, starając się wypatrzyć kogoś, kto by pasował do tego opisu. Ale papug miał na myśli właśnie Billego i kontynuował swój poetycki pean, dopóki mu się superlatywy nie skończyły.
Nikt nie wie, na ile to pomogło i czy wogóle pomogło. Po tym, co się przydarzyło Kevinowi (Ciekawe, czy dalej leży? - dop.tłum), Billy wyłapał czwórkę.
Walshy, był brutalną maszyną, wydłużającą regularnie, listę naszych czynów karalnych, co musiało się skończyć, tak jak się skończyło. Wpierw dostał zakaz wstępu do Wheatsheaf od landlorda, po tym jak próbował zawrócić w głowie, blond piękności, pracującej za barem.
"Chętnie bym sobie zwalił konia, na Twoje cycuszki."
(Walshy uznał, że to wyśmienita bajera, na podryw i zarzekał się, że w jednym klubie w Essex, wyrwał właśnie na nią.) Pięć minut po tym, jak Romeo, został poproszony o opuszczenie lokalu, do środka, wraz z oknem, wjechał znak drodowy. (To chyba był jego znak rozpoznawczy, bo w Truskawce, podobnie się zaZnaczył. - dop.tłum) Ale Walshy miał też poczucie humoru (przynajmniej on sam tak twietdził). Zaraz po tym, jak zajebał tym znakiem, wszedł do budki telefonicznej i wydzwonił Erica szklarza.
"Strzała Eric! Co byś powiedział na małą fuchę?"
Później był taki wypadek w Australii , że kierowca tira, po tym jak zbanowano go w pubie w Alice Springs, zaparkował swoją ciężarówki, w zatłoczonym lokalu, zabijając 9 osób. Wszyscy wertowali wtedy gazety, spodziewając się, że wypłynie nazwisko Walshego. Jeśli mieli kogoś wciągnąć od nas, jeszcze przed masowymi aresztowaniami, to tą osobą, mógł być tylko Walshy. Domagano się działań, a jak na kogoś wołają Walshy, ktoś się mógł przesłyszeć i pomyśleć, że chodzi o Welshy.W końcu w abecadle, A od E, dzielą tylko trzy litery. I tak Walsh, stał się Welsh.
6.POWINIĘTY
Wtorek, 25. marca 1986, miał się niczym nie wyróżniać, z pośród szazyny codziennego życia. Miałem zrobić małą deliverkę, zawieść jedną paczkę, na południowe wybrzeże. Mój biznes kurierski, jakoś tam się kręcił i coś tam przyrabialem też z County Busów. W poprzednim sezonie, po naszym powrocie do ekstraklasy, wyczarterowalem siedem autokarów, na wyjazd do Manchesteru. Pojechała tam prężna ekipa i dała dobry chuligański show, po którym miejscowym, spadły ich czerwone skarpetki. Przez siedemdziesiąt minut, zagłuszaliśmy ich na trybunach. Jak za starych, dobrych czasów. Old Trafford w Manchesterze, był jak London Palladium. Najbardziej prestiżowa scena w mieście.
Jakieś 20 minut przed końcem, nasze siły, zaczęły się koncentrować, za trybuną gości. Było nas tam z 250 głów. Włosy nam śmiedzialy trochę moczem, bo miejscowi odjebali swój tradycyjny, perfidny numer i rzucali w nas z góry, kubkami ze szczynami. Ale zapachu strachu, na pewno od nas nie było czuć, gdy maszerowaliśmy dookoła stadionu, w stronę Stretford End. Jest jakaś atmosfera tajemniczości, w uliczkach wokół stadionu, podczas trwania meczu. Odgłosy śpiewów i okrzyków, dochodzące z trybun, potęgują się echem, na pustych ulicach. Ktoś kopnął pustą puszkę, gdy czekaliśmy pod Stretie. Wrota otworzyły się bezszelestnie. Nikogo nie było w pobliżu. Kilka osób wychodziło wcześniej, ale nikt nie przyglądał się naszej grupie. Teraz niepewność została zadeptana naszymi krokami. Bez wahania. Idziemy. Jeszce chwila. Jeszcze moment.
Wychodzimy na samą górę. Zajmujemy pozycje, na skraju zatłoczonej trybuny. Podenerwowanie tym, co się ma za chwilę wydarzyć, nagle znika kompletnie. Co ma być, to będzie. Po pierwszym okrzyku 'CHELSEA' i pierwszym pierdolnięciu, przed nami pojawia się wolna przestrzeń. Teraz już biegniemy i nie zatrzymujemy się ani na chwilę.
"CHEL-SEEEA!! CHEL-SEEEA!!"
Nasz okrzyk rozdziera powietrze raz za razem. Tam gdzie przed chwilą stały tłumy, teraz nie ma nikogo. Miejscowi rozbiegli się, ścigani naszym bojowym okrzykiem. The Stretford End, Akademia Przemocy, jak to kiedyś pisał of nich the Observer, wzbił się w powietrze, unoszony myślą techniczną Chelsea.
CHELSEA TOOK THE STRETFORD!!
CHELSEA TOOK THE STRETFORD!!
LA, LA, LA, LA!!
LA, LA, LA, LA!!
Nasi, którzy pozostali na naszej trybunie, nagrodzili tą akcje, burzą oklasków, a na ich głowy, poleciało jeszcze więcej kubków z moczem.
Część z nich, nie mogła pogodzić się z takim rezultatem. Kilku Mancsów w niewielkiej grupie, próbowało nas zkontrować. Szli w naszą stronę, przeklinając i wrzeszcząc 'Fooking Coockney woonkers!' Posuwali się naprzód niepewnie, jakby im się przyszło przedzierać przez pole minowe (Dla czytelników z Mazowsza- pole minowe, to jest taki zaminowany dwór, czy dwórz, czy jak Wy to tam nazywacie. - dop.tłum) Daremne parcie. Odepchnęliśmy ich, niczym źrebak natrętną muchę, machnięciem ogona. Ale nie na długo. Szybko przypomnieli sobie, że przecież ich jest tam parę tysięcy, a nas zaledwie dwie, trzy stówy. Teraz już Mancs ruszyli pełną parą i wszystkimi siłami. Nam nie pozostało nic innego, jak klasyczny, odwrót taktyczny.Cofamy się pod gradem ciosów. Co bardziej zapalczywi z United, zaślepieni zemstą, dostają high kicki na głowę. Na ostudzonie emocji. Nie mogą się pogodzić ze wstydem, jakiego doznali. Upokorzenie w ich własnym sanktuarium. Ależ to musiało palić.
Zbiegając po dwa, trzy schody, śmiejemy się i cieszymy z naszego psikusa. Wybiegamy na ulicę. Ktoś krzyczy:
"Obracamy się! Frontem do skurwysynów!"
Wszyscy jak jeden, stają i obracają się w stronę pościgu. Oni też się zatrzymali, jakby nie byli pewni, czy nie wciągamy ich w zasadzkę. My byliśmy pojedynczą jednostką operacyjną. Oni, tłumem, złożonym z setek jednostek. Każdy tam patrzył jeden na drugiego, jak sieroty po ojcu Wirginiuszu. My zaś ruszyliśmy z powrotem pod swoją trybunę, jak dzieciaki po przerwie, wracające do sali lekcyjnej, na następne 45 minut. Gdy przyjechali do nas, pod koniec tamtego sezonu, otrzymali konkretną porcję szydery. Gdy staliśmy po drugiej stronie Fulham Road, a oni wysypywali się ze stacji, jeden z chłopaków złożył wyprostowane palce i ucałował ich czubki, niczym szef kuchni, z restauracji z gwiazdką Michelin, zachwalający łososia w szafranowej galarecie, kaczkę z rusztu z króliczą wątróbką, białe trufle na maśle czosnkowym, szampana i creme brulee. Vualaa!! Tak wygląda nieśmiertelność.
W tamten wtorek, jadłem kolację z moją dziewczyną, Claire. Rozmawialiśmy o zbliżających się Mistrzostwach Świata. O tym, że moglibyśmy je połączyć z wakacjami w Acapulco, albo może nawet z wypadem do Guatemalii i na Costa Rice. Moi znajomi tam byli i spotkali fantastycznych ludzi, a tamtejsza kuchnia, bardzo przypadła im do gustu. Planowałem wstać wcześnie rano, ale ponieważ, wypiliśmy o jedno wino za dużo i w zasadzie poza tą jedną paczką, nie miałem nic w planach, postanowiłem się trochę dłużej powylegiwać. Drzwi wpadły do środka, o 6. rano, w środę 25. marca 1986.
"Go! Go! Go!"
Z przedpokoju dobiegły wrzaski, tupot buciorów, szelest polowych mundurów. Przez ułamki sekund, najbardziej niedorzeczne myśli przelatują przez mój mózg. O co kurwa chodzi? Komu się aż tak naraziłem? West Ham Boys, złożyli mi wizytę o brzasku? Słyszałem takie historie. Otwierają się drzwi do sypialni i wpada trzech drabów w policyjnych mundurach. Wrzeszcząc i sapiąc na przemian.
"Nawet nie drgni skurwysynu!"
Usłyszałem, gdy próbowałem usiąść na łóżku. Zaświecili światła i zaczęli szarpać zasunięte zasłony. Potem zaczęli rzucać wszystkim dokoła. Rozpoznałem sierżanta Hobbsa, z komisariatu na Fulham. Jeden z nich zapytał mnie:
"Ty jesteś Stephen Hickmott?"
"Tak to Hickey."
Potwierdził Hobbs.
"O co do diabła chodzi?"
Wykrztusiłem wreszcie.
"Ubieraj się i idziemy!"
"Jesteś aresztowany."
"Ale za co?"
"Mamy nakaz aresztowania na twoje nazwisko." Machnęli mi jakimś papierem przed nosem.
Moja panna wyglądała na roztrzęsioną i ledwo powstrzymywała łzy. Wstała i założyła szlafrok. Odepchnęli ją na bok.
Gdy siadła na łóżku, dotknąłem jej ramienia, by ją uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie OK. Policjanci kręcili się po całym mieszkaniu, niczym tańczący Derwisze. Udawali, że czegoś szukają, ale tak naprawdę, to chyba chodziło im, o zrobienie jak największego burdelu.
"Czego dokładnie szukacie?"
Zapytałem.
"Może mógłbym wam jakoś pomóc?"
"Broni. Ciuchów, w których zwykle jeździsz na Chelsea!"
"Hmm.. No więc, tam w szufladzie, jest moja kolekcja programów meczowych."
Wskazałem na sekretarzyk pod oknem.
"Całą resztę, to już chyba raczej sami musicie gdzieś znaleźć."
Nad głową usłyszałem trzaski, a z sufitu posypał się tynk. Uświadomiłem sobie, że jakiś Yeti, penetruje mój strych.
"Ha! Mamy cię skurwysynku!"
Usłyszałem przutłumiony okrzyk tryumfu, dochodzący gdzieś z góry.
"Sierżancie! Tu mamy coś naprawdę konkretnego!"
Dobiegł inny głos z dołu. Policjanci zbiegli po schodach. Ja za nimi. Jeden z policjantów trzymał w ręku imitację średniowiecznego morgensterna. Drugi wznosił nad głową dwa pistolety skałkowe, jakich używano w XVIII stuleciu, do pojedynków. Miałem je powieszone nad kominkiem, obok dwóch tureckich bułatów, skrzyżowanych, nad mini puklerzem. Kupiłem je sobie w Istambule, jak Anglia tam grała. To były pamiątki, z zagranicznego wypadu. Mnóstwo ludzi, przywozi takie rzeczy z wakacji. Wpisałam je nawet do deklaracji celnej, żeby nie mieć żadnych problemów na lotnisku. Teraz policjanci mieli miny, jakby znaleźli broń, z której strzelano do papierza, Olafa Palme i arcyksięcia Ferdynanda.
"Tak wygląda według ciebie kibicowanie?Hę?"
Starszy podchujaszczy, wskazał na leżące przed nim eksponaty.
"Czy Pan jest pod wpływem jakichś narkotyków? Na służbie?"
Zapytałem nieśmiało. Wtedy z drugiego pokoju, rozległy się podniecone wrzaski.
"To jest to! To jest jeden z nich!!"
Młody pies przybiegł, dzierżąc tryumfalnie w uniesionej ręce, moją teczkę z wycinkami prasowym o chuliganach. Wielka mi rzecz. Kilka artykułów z gazety. Inny wyszperał na strychu, starą kuszę, z zerwaną cięciwą.
"Przecież takie rzeczy można kupić w każdym sklepie sportowym."
"Zobaczymy Hickey. Zobaczymy."
Hobbs uśmiechał się pod nosem.
Po jakiejś godzinie rewizji, ostatecznie zostałem zakuty w kajdanki. Razem ze mną, wrzucono do suki, mój szary prochowiec i parę moich Martensów,które dostałem od mamy na Gwiazdkę i jeszcze nawet nie wyjąłem z pudełka. Plus moje programy i całą resztę, do której postanowili się przyczepić. Ze ściany, zerwali też moją Brytyjkę, z napisem 'Tunbridge Wells', którą było widać na transmisjach meczów reprezentacji Anglii, z całego świata.
Byłem już wciągany nie raz. Nie widziałem problemu. Przed podwieczorkiem będę pewnie z powrotem w domu. Paczkę dostrczę 24 godziny później. No, z pewnością z ciepłym przyjęciem się to nie spotka. Ale powiedziałem mojej pannie, żeby mnie przypadkiem, nie usprawiedliwiała przed nikim, że zostałem skręcony. Kiepska reklama dla firmy. Zawsze mogę powiedzieć, że mój braciak trafił do szpitala. Już po kilku pierwszych aresztowaniach, zrozumiałem, że najgorsze, coś można zrobić, to okazywać, że gdzieś ci się śpieszy. To natychmiast spowalnia cały proces. Nie chłopaki. Time! Is on my side! Oh! Yeah! Yes, it is! Jesteśmy najlepszymi ziomeczkami. Nigdy się nie denerwuj, że przegapisz końcówkę meczu,bo oni od kopa, zaciągną hamulec. Nie pokazuj im gdzie cię najbardziej boli, bo zaraz zaczną cię kopać w to miejsce. Miałem takiego kumpla, który miał bilety, na pierwszą walkę o pas mistrzowski, Franka Bruno. Szedł ją obejrzeć w gronie kilku kumpli. Parę godzin wcześniej, wdali się w jakaś buraczaną aferę. Psy trzymały ich do ostatniego gongu. A ,że będąc w zamknięciu ubliżali strasznie policjantom, to gdy wychodzili, sierżant rzucił za nimi:
"Bruno znokautowany. 12 runda."
Mimo wszystko, gdy dojechaliśmy na stację (Police station - dop.tłum), tak tam kogutki zaczęły stroszyć grzebyki, że raz, czy dwa, podrapałem się po łbie i poczułem się trochę niepewnie. Ale co tam, wciąż nic na mnie nie mają. Czas na następną lekcję. Twoje nic, dla kogoś może być czymś. Jeden z tych psów, omal paznokci nie zaczął obgryzać, gdy gadał o tej mojej teczce z wycinkami i z gazet. Dobra. Zbierałem artykuły o nas, ale co? Politycy nie piszą pamiętników? Pisarze nie kolekcjonują recenzji swoich dzieł? To chyba nie jest jakaś działalność wywrotowa.
"Leżysz i kwiczysz, synu!"
"A jakie są powody? Noddy?"
Odparłem kiwając głową.
"Spodziewaj się tłustej pajdy."
"Stoją za tym skordynowane działania i czynności operacyjne. Tak, że spodziewaj się kupy rzadkiego gówna. Lądującego na twojej głowie w każdej chwili."
Oni lubują się w takich dramatycznych nawijkach, a trzy godziny później, zostajesz zwolniony za kaucją. Bardziej bym się zmartwił, gdybym nie usłyszał czegoś w podobnym stylu. Cała ich praca polega na tym, żeby przestraszyć kogoś na tyle, żeby przyznał się do tego, do czego akurat oni potrzebują przyznanie.
"No dalej chłopaku! Wejź to na klatę. Zobaczysz, zrobi ci się lżej." Lżej to ci się później robi w dupie, pod cela, jak sobie uświadamiasz, że gdybyś trzymał mordę krótko, nic by na ciebie nie mieli. Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej. Na prędkości trafiłem na dołek na Fulham i jak tam wjechałem, od razu widać było, że to nie jest jakaś mała robótka kilku posterunkowych, przydzielonych do jakiejś awantury w pubie, po meczu. Nie. Cały komisariat tam na mnie czekał. Po paru godzinach uświadomiłem sobie, że jest więcej takich jak ja.A na ekranie telewizora, leciał światowy serwis BBC i pokazywali nasze twarze. Wyglądało to, jakby zaczął się sezon połowu dorsza, a my byliśmy masywną ławicą. Cały ten zabawkowy-zabytkowy arsenał, wyniesiony z mojej chaty, był obfotografowany z każdej strony, jak sztucer Oswalda. Rozpoczęli całą debatę logistyczną, jak nas porozdzielać po śledczakach w Londynie i okolicach. Jakby nas było setki, a sankcje z pewnością będą wielokrotnie przedłużane. Największa operacja, od czasu zakończenia działań na Falklandach. Przybył nawet pan komisarz uśmiechnięty, popatrzeć sobie na mnie, jak kapitan trałowca, na gigantycznego Merlina, który złapał się w sieci.
"Chcę się zobaczyć z moim prawnikiem!"
"Natychmiast!!"
Wykrzyczalem. Normalnie oni zawsze coś mącą, żeby zabełtać ci w głowie, ale teraz byli tak pewni siebie, że to mnie niepokoiło.
"A kto jest twoim papugą, synu?"
"P-E-R-E-Y JEBANY M-A-S-O-N, koniobijco."
"Dawać go do celi!!"
Wrzasnął oficer dyżurny.
"Grabisz sobie chłopcze."
"A co mi zrobisz!"
"Znowu mi drzwi frontowe rozpierdolisz?"
"Srata, tata!! Do celi!"
"Chciałbym wystąpić o kaucję!!"
(Kjurwa, nawet zarzutów ci nie przedstawili, a ty już byś chciał Hickey kaucję. Despacito! Znaczy się langsam. - dop.tłum)
"Kaucję? Jaką kaucję? Połowa policji w południowej Anglii cię ścigala, a ty chcesz wystąpić o kaucję?"
"Siedzi cicho w celi i wstydzi się!"
Nie wyglądali mi na takich, co od razu ci cisną bluff, że jesteś nikim i że jak się nie przyznasz, to aresztują twoją dziewczynę. Tylko prychnięcia zadowolenia i kciuki w górę. Komu się naraziłem? Fiskusowi? Te autobusy?Może jakieś sprawy techniczne? Może zrobili mi zdjęcie, jak piję alkohol w środku, ale żeby od razu, tak z buta w drzwi, o świcie?
"Przyzwyczajaj się powoli do tego dźwięku!"
"Czego? Twoich jęków dziś w nocy?"
"Tego!"
I jebnął klapą.
Cela. Na kojo kojot. Czerwony materac z imitacji skóry. Dziury na szwach, przez które wystaje jakieś obleśne włosie. Jebie. Syf jak chuj. Obróciłem się i zobaczyłem podniesiony kukiel.
"Swędzi cie oko bucu?"
"Jak psu się nudzi, to sobie jaja liże."
Poradziłem temu za drzwiami. Tylko zarechotał i opuścił kukiel. Nie można się im dać zastraszyć. Wtedy tracą połowę wiary w siebie. Jednak w tym jego rechocie za drzwiami, pewności siebie nie brakowało. Usłyszałem oddalające się kroki. Zostałem sam w celi. Nie mam żalu, jak mnie zawiną, gdy coś nawywijam konkretnie.Co najwyżej do siebie, że się dałem złapać. Trzeba to zaakceptować.
Zawsze wiedziałem, czym się płaci za lifestyle na krawędzi. Ale o co chodzi tym razem? Zaległem na kojo i zacząłem rozmyślać. Gdybym tylko wstał wcześniej, zawieźć tą paczkę, nie zastaliby mnie w domu. Pewnie i tak by mnie drutnęli później, ale przynajmniej miałbym tą satysfakcję, że wjechali na pusty kwadrat. Usłyszałem jak otwiera się zamek.
"Hickmott! Na przesłuchanie!"
Zaprowadzili mnie do ciasnego pokoju. Dwóch ich tam było. Atmosfera zaraz wypełniła się dociekliwością, a pytania posypały się gęsto.
"Kogo znasz na Chelsea?"
"Hmm.. Znam prezesa, Kena Bates'a.., Sierżanta Hobbs'a..,"
"Kiedy ich ostatnio spotkałeś?"
"Pana Bates'a nigdy nie spotkałem osobiście. Widziałem go tylko parę razy z daleka. Sierżanta Hobbs'a, widuję na każdym meczu, pod Britannią. Widziałem go też, dzisiaj rano, w mojej sypialni."
"Kto oprócz ciebie ich zna?"
"Wszyscy. Obaj są dobrze znani na Chelsea."
Odpowiadałem na większość ich pytań. Do popołudnia, zdążyłem się już wynudzić dość mocno, więc poprosiłem o spotkanie z moim prawnikiem. W tym miejscu, oni zawsze stręczą problemy, bo 9 na 10 osób, nie zna żadnego. Ja jednak robiłem kurierkę, do jednej kancelarii w Tunbridge Wells, Graham & Graham i pamiętałem do nich numer.
"Taki cwaniaczek jesteś? Ale i tak cię dopadniemy Hickmott."
Roześmiałem się. W ciągu godziny, pojawił się Bob Waddel. Wpadł ze swoim firmowym uśmiechem i zabraliśmy się do pracy z automatu. Pomimo powagi zarzutu o spisek, Bob nie miał wątpliwości, że uda mu się wystarać dla mnie kaucję. Mówił, że pewnie będą koszta, ale to się rozstrzygnie później. O 19., postawiono mi zarzuty i zdecydowano, że pozostanę w areszcie, do pierwszego przesłuchania, w Sądzie Magistreckim, które miało się odbyć następnego dnia. Minęło 12 godzin, od chwili mojego aresztowania. Wróciłem do celi. Od tamtej pory, policja nie zadała mi już ani jednego pytania.
Czwartek, 27.marca.Świat do śniadania, przeglądał dzisiejsze wydanie the Times. Nie trafiliśmy na pierwszą stronę, ale była to jedna z głównych informacji krajowych. 'Gang stadionowych chuliganów rozbity' - OPERACJA GOL SAMOBÓJCZY.
'Wczoraj policja dokonała serii aresztowań. Zatrzymano siedem osób. Był to efekt śledztwa, mającego na celu rozbicie struktur chuligaństwa stadionowego. Policja zabezpieczyła 20 egzemplarzy, różnorakiej broni. Obok znalazła się fotografia policjantki, Alison Cooper, prezentującej mój morgenstern. Wydało mi się to zabawne. Ta niewinna WPC, dzierżąca taki straszliwy oręż. Dopiero na procesie uświadomiłem sobie, na czym polega ta gra. W Daily Mail, straszyli czytelników tytułem 'UZBROJONY NA MECZ', z tą samą fotą pod spodem. Ciekawe ilu czytelników, przywiozło sobie podobne suveniry z Hiszpanii,które mogłyby być uznane za broń ofensywną, podczas nalotu o świcie.
Superintendent Mike Hedges, został przedstawiony, jako osoba nadzorująca całą operację w Londynie. Naświetlił on fakty, podczas konferencji prasowej, które media przekazały opini publicznej, w następującym komunikacie:
"Zatrzymania, były efektem pięciomiesięcznego śledztwa i obserwacji kibiców Chelsea, podczas ich meczów wyjazdowych.Wedlug policji, zebrane podczas działań operacyjnych informacje, jasno dowodzą, że przemoc związana z organizacją meczy piłki nożnej, ma charakter zorganizowany, i że tym procesem, kierują i są w niego głęboko zaangażowane, aresztowane osoby."
I w jego dalszej części, czytamy:
" Policja utrzymuje, że zatrzymani kibice, planowali wyjazd do Rosji (Dobrze, że nie w Białoruś. - dop.tłum), lecz odmówiono im wiz turystycznych, oraz, że organizowali też wyjazd, na zbliżające się Mistrzostwa Świata, w Meksyku."
Dobra. Jeżeli próba opuszczenia Wielkiej Brytanii, nie znalazła się w ostatniej poprawce do Kodeksu Karnego, to sumienie mam kryształowo czyste. Nawet jeśli chłopaki nie miały ochoty na towarzyską wizytę w Rosji, ze względu na awanti, towarzyszące odmowie wydania wiz. Na koniec, w the Times, był cytat z wypowiedzi Kena Bates'a, że cieszy się, że te osoby, zostały nareszcie zatrzymane. Hodges podkreślał doskonałą współpracę, policji stołecznej i komend z poza Londynu. "... Mam nadzieję, że udało się wyłowić przywódców, i że w najbliższym czasie, odczujemy spadek aktywności, tych niepożądanych elementów, na stadionach."
Pomimo, iż jak twierdzili, działania inwigilacyjne, obejmowały kilkanaście ostatnich miesięcy, akt oskarżenia, dotyczył wydarzeń, z ostatnich pięciu lat. Potem jeszcze, dołożyli dwa kolejne aresztowania i ostateczna liczba podawana w prasie, wynosiła 9.
Cała dziewiątka z Chelsea, nie przyznała się do zarzutu próby organizowania zamieszek,w okresie od stycznia 1980 roku, do marca 1986.
Terence Last, lat 23-p.s Rudy Terry
Pracownik biurowy w kancelarii prawnej
Shaun O'Farrell, lat 34-p.s Shaun
Robotnik budowlany
Peter Brown, lat 19-p.s Młody
Listonosz
Stephen Hickmott, lat 31-p.s Hickey
Inżynier
Vincent Drake, lat 23-p.s Vince
Malarz
Dale Green, lat 25-p.s Dale
Kucharz okrętowy
William Reid, lat 25-p.s Willie
Kucharz
Stephen Toombs, lat 24 - p.s Toomsy
Pracownik administracyjny
Douglas Welsh, lat 23-p.s Dougie
Robotnik budowlany
Można by pomyśleć, że materiał dowodowy, obejmuje dziesiątki tomów, w których znalazł się rzeczowy opis naszej działalności, oparty na dowodach w postaci fotografii, zapisów video, lub nagranych na taśmy rozmów. Że funkcjonariusze przez całe sezony, ukrywając swoją tożsamość, świadkowali dziesiątkom przypadków łamania prawa, i że po zapoznaniu się z dowodami, wskazanie winnych, nie będzie nastręczać żadnych trudności. A co my tu mamy:
Rudy Terry, Shaun i Willie - bójka na Evertonie. 10 grudnia 1985.
Toomsey, Terry i Młody Peter - bójka na Southport. 15 marca 1986.
Ja, Vince, Dougie i Shaun - bójka na Wembley,po meczu Manchester City vs Chelsea, w finale Pucharu Ligi. 23 marca 1986.
Przeczytaliśmy nasze akty oskarżenia. Wszyscy mieli rozkminę, kto to jest ten Welsh. Gdy pierwszy raz go przyprowadzili, myśleliśmy, że to jakaś policyjna wtyka.
"Nie gadajcie z tym fiutem. Ciach bajera lads. Bo następnym razem, zobaczymy go, przy barierce, jako głównego świadka oskarżenia, któremu każdy z nas się wyspowiadał."
Deoradzał szeptem Young Peter.
"Ty się chyba za dużo 'Sweeney' na oglądałeś.' (Sweeney-czyli:1.Sweeney Todd, slangowe określenie Flying Squad, czyli lotnej brygady, albo jak się to mówi u nas grupsko. 2.tytuł popularnego serialu o londyńskich policjantach. - dop.tłum)
Żartował Toomsey. Jednak postawa Dougie' ego, jego święte przekonanie o swojej niewinności i głęboka wiara, że całe to nieporozumie dotyczące jego osoby, wkrótce zostanie wyjaśnione, zdobyła mu naszą sympatię.
Od tłumacza:
Tu niestety kończą się zasadniczo, wspomnienia chuligana ze stadionu, a zaczynają się z sali sądowej. Coś co zawsze, trochę mnie odpychało od angielskich hool-booków. No, innych w zasadzie nie czytam.
tu głos czytelnika.
Za długie te odcinki i za często publikowane. Z trudem nadążam z czytaniem.
Jakby tłumacz był cwany to dozowałby odcinki niczym Sergiej Bubka rekordy w tyczce.😉
Ale za to świetne tłumaczenie !
Cześć, wygląda na to, że interesuje Cię ten temat!
Kiedy utworzysz konto, będziemy w stanie zapamiętać dokładnie to, co przeczytałeś, dzięki czemu możesz kontynuować dokładnie w miejscu, w którym skończyłeś. Otrzymasz również powiadomienia, gdy ktoś Ci odpowie. Możesz także użyć „Lubię to”, aby wyrazić swoje uznanie. Kliknij przycisk poniżej, aby utworzyć konto!
Aktualnie przeglądający (1 użytkowników)
Goście (1)