Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
13-08-2018, 13:44 #61
Rozdział 6.
BORO

Ze wszystkich rywalizacji jakie mieliśmy na Evertonie, ta z Middlesbrough, należała do najbrutalniejszych i najbardziej zaciętych. Ciągnie się to od 1977 roku, kiedy to pojechaliśmy tam na Puchar Anglii. Miałem wtedy 14 lat i starałem się trzymać z boku. W mojej krótkiej karierze, był to zdecydowanie najgorszy stadion, jeśli chodzi o zachowanie kibiców gospodarzy.
Zawsze jak tam jeździłem to strasznie piśdziło.W styczniu 77.nie było inaczej. Przed meczem było parę bójek, ale po zakończeniu spotkania, które przegraliśmy 3:2,Everton wpadł w szał bitewny. Napjerdalanka trwała całą drogę do autobusów. Boro miało dobrą pakę i dzielnie walczyli. Tam nie było miejsca dla juniorów, więc małolaty jak ja, mogły tylko się przyglądać. Natomiast starsi walczyli wydawało się przez wieki. Skończyło się na tym, że Boro zostało pogonione i gdy kolo od nich, niejaki Kevin Sawdon próbował uciec i wspiął się na murek, został ugodzony nożem prosto w doopę. Mam tu na myśli- prosto w doopę. W odbytnicę. W prasie było nawet zdjęcie tego noża, który został użyty. Pamiętam, że policja zatrzymała wszystkie autokary i przez ponad dwie godziny, szukali sprawcy. Nigdy go nie znaleziono. Typek, który to zrobił ma trochę na sumieniu, jako że od tamtej pory wiele bitew pomiędzy nami i Boro owocowało krwawymi łaźniami. I ciągło się to wszystko przez blisko ćwierć wieku.
Przez parę następnych lat było dość spokojnie, głównie dlatego, że graliśmy na różnych szczeblach. Nawet jeśli przy rzadkich okazjach Middlesbrough grało na Goodison, ich kibice nie należeli do zapalonych turystów i raczej się nie pokazywali. A gdy my tam jeździliśmy, wyglądało, że ekipa, rozleciała im się zupełnie. To wszystko zmieniło się, gdy gdzieś w 85. wylosowaliśmy ich u siebie w FA Cup.
Od rana byłem na mieście i z paroma chłopakami popijaliśmy drinki w Koronie. To był wtedy, coś w rodzaju naszego punktu kontaktowego, jeśli mieliśmy się spotkać w centrum. To jest bardzo przestrzenny pub, tuż obok stacji i zanim zamontowano monitoring, był świetnym miejscem na obczajkę. Miał jedno wejście, ale za to dwa wyjścia i był idealny do organizowania zasadzek. Był też niedaleko od Yate'sa, który chociaż był knajpą Liverpoolu, był przez nas nie raz używany w zastępstwie, gdy the Crown była pełna, albo za dużo psów tam węszyło.
Właśnie sobie zamówiłem coś zimnego, gdy drzwi otworzyły się nagle dość gwałtownie i do środkach wlała się dość liczna ekipa. Wielki choojek w bejsbolówce, idący na czele, podszedł do baru i wesoło zamówił 200 piw. Myślę, że żartował.Nie wiem. Nie zostałem, żeby zobaczyć czy za nie zapłacił. Pośpiesznie udałem się do Yate'sa zobaczyć czy ktoś od nas tam siedzi. Znalazłem góra 30 osób. Typ z Liverpoolu, Ged oświadczył, że sam się ich stamtąd wyciągnie. Dotrzymał słowa. Wszedł do Korony i za chwilę wybiegł ścigany przez Boro. Z powrotem do Yate'sa. Wypełnili drogę przed wejściem. Nie mieliśmy szans do nich wyskoczyć, bo przez drzwi mogła się przecinąć co najwyżej jedna osoba. Ale Boro srało na to i zaczęli "na chamca" wciskać się do środka.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-08-2018, 16:35 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.


the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
13-08-2018, 19:32 #62
Walczyliśmy wściekle, żeby nie pozwolić im wejść. Chłopaki z Boro atakowali, jakby byli po jakichś dopalaczach. Nie dbali o nic. Chociaż ci z czoła dobrze oberwali, następne szeregi wciąż parły do przodu. Kompletna młockarnia ręczna. Czasem nożna. Kluczowy moment nadszedł gdy jeden z naszych, fikołem wyjebbał okno. Paru chłopaków wyskoczyło na zewnątrz i zaatakowali z flanki.
Cofnęli się, ale nie uciekali. Stali i patrzyli. Jak gdyby liczyli ilu nas jest. Niewielu. Dopiero wtedy zaczęli się oddalać Bardzo powoli.
Gdybyśmy to tak zostawili i pozwolili im cieszyć się tym małym zwycięstwem, pewnie by nam odpuścili. Ale nasza duma została zraniona. Dawno już nikt się tak nie pokazał. I to tak wcześnie, na mieście. Oprócz Mancs, to sobie nie przypominam. Nie zostawimy tak tego. Zwarliśmy szeregi, no dobra szereg i wjechaliśmy w straż tylną ich prężnej grupy.Doszło do następnego konkretnego starcia. Wieści o najeździe wrogo nastawionych gości, już się rozeszły po okolicy i okolica zawrzała. Z pubów wybiegali ludzie, którzy już dawno, albo wogóle nie brali udziału w zamieszkach. Przyłączali się do walki nie pytając nikogo o pozwolenie. Nawet typy co wcale nie mieli w planach na ten dzień piłki i robili akurat mniejsze lub większe zakupy, bez wahania rzucali torby pełne przeróżnych świeżo zakupionych artykułów. Nie czas na shopping, gdy Everton w potrzebie. Chłopaki z Boro byli zaskoczeni i zaszokowani. Myśleli, że mamy dość. Liczyli, że nie zaatakujemy w 30 na 200.Ale się przeliczyli. W kilka minut zostali dobrze poturbowani.
Starłem się z jednym typkiem i przyznam, że nie szło mi najlepiej. Nagle z boku pojawił się chłop, którego nigdy w życiu nie widziałem. "Kto jest z Evertonu?" - zapytał krótko. Tylko skinąłem, bo ledwo łapałem oddech. Kolo złapał mojego przeciwnika za łeb i rzucił nim na wystawę sklepu odzieżowego. "Cheeky bastards."-wymamrotał pod nosem i spokojnie powrócił do swoich spraw.
Boro przrgrupowało się. Wciąż mieli wyraźną przewagę liczebną. Skontrowali i musieliśmy się z powrotem wycofać do Yate'sa. Skończyło się tradycyjną stójką, bo my nie zamierzaliśmy wyjść na zewnątrz, a oni do środka, mogli się dostać tylko pojedynczo, ewentualnie parami. Gdy w powietrzu rozbrzmiały syreny policyjne,dowództwo Boro wydało komendę "Na zad!". Jeden z nich na odchodne zayebał w nas wielkim kawełem szyby. Szybki Mark Duvall przejął ją w powietrzu i odpowiedział piorunującym returnem. Prawie łeb typowi upjerdoliło.

ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
13-08-2018, 21:21 #63
W tym momencie psy zabrały się już ostro do pracy. My, w międzyczasie, zerwaliśmy się stamtąd taryfami. Zebraliśmy dobrą bandę do kupy. Wielu chłopaków nie mogło uwierzyć, że Boro pojawiło się w licznej grupie. Nikt nie słyszał o jakimś wykwicie chuliganów w tamtym zakątku kraju. Długo nie czekali i w trynili się na stadion. Dostali bardzo liczną eskortę i na trybunach zostali otoczeni troskliwą opieką. Podwójny kordon.
Kręciliśmy się dookoła, trochę bezsensu, gdy nagle pojawił się ten zawodnik co zamawiał 200 piw i pyta się "Kto chce się sprawdzić?" Skoorwiel wielki jak kiosk ruchu. Potwór, ale Carlos do niego wystartował. Typ tylko przekręcił sobie czapeczkę do tyłu i zayebał Carlosowi low kicka na goleń. Obrócił się i śmiejąc się głośno, poszedł w swoją stronę. Wariacik.
Po zakończonym remisem spotkaniu, szans na dalsze atrakcje specjalnie nie było. Psy sprawnie odholowały ich autobusami na dworzec, nie pozwalając nikomu na nic. Nic a nic. Nada.
Cieszyłem się nawet, że wreszcie oglądam ich plecy, bo cały dzień, to raczej oni oglądali moje. Nie cieszyła mnie natomiast specjalnie, wizja czekającej nas powtórki. Tym razem na terenie ich posiadłości. Miałem nadzieję, że uzbieramy podobny gang jak oni, bo co do tego, że będziemy go potrzebować, nie miałem wątpliwości. Jedno co zapamiętałem z tamtego dnia poza czubkiem w bejsbolówce.,że nie miali zbyt wielu fanów na tym meczu. Praktycznie wszyscy tam obecni, to byli chłopaki. Przypominali mi Everton z czasów zanim zaczęliśmy odnosić sukcesy. Na niektórych wyjazdach było nas w chooj mało, ale to byli same chłopaki. Pomogło nam to bardzo w latach osiemdziesiątych. Gdy większość drużyn miała całe rzesze fanów, którzy za nimi jeździli, u nas jeździła skromna grupa. 90% chuligani. Jak jechaliśmy w pięć stów do Londynu, a przeważnie wszędzie tak jeździliśmy zanim stało się to modne, to 400 z tych 500, to byli boys2fight. Wielu z tych co dzisiaj podróżują za swoją drużyną, w niemodnych latach 70. i 80., zesraliby się ze strachu. Wtedy na stadionach i w ich okolicy, królowała kategoria Open. Każdy kibic był potencjalnym sparing-partnerem, niekoniecznie z własnej i nieprzymuszonej woli.

ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 00:28 #64
Powtórka była w plecy. Pojechaliśmy autokarami, konkret ekipa, ale psy nas wyczaiły i warowały przy nas suki od początku do końca. Natomiast ci co wybrali się innym środkiem transportu, załapali się na srogie klapsy (patrz Rozdział 2.). Na boisku znów był remis i po rzucie monetą, okazało się, że to my będziemy gospodarzami następnego replaya. Ja dotarłem wtedy bardzo późno i do dziś nie wiem czy mieli taką firmę jak za pierwszym razem, ale po meczu doszło do dantejskich scen. Siedmiu z Boro podźganych i pociętych. Wydarzenia straszliwe te, opisał dość dokładnie w rozdziale 2.,przywódca County Road Cutters. Być może, że te wszystkie chirurgiczno-rzeźnickie afery były grubym przegięciem, ale smutna prawda jest taka, że jak idziesz na County Road sobie poszaleć, to nie dziw się potem, że spotkało cię tam nieszczęście. Nieszczęścia w tamtej okolicy, to rzecz zupełnie normalna. Tam sobie nieszczęścia kodeksem honorowym krew z noży wycierają i chodzą po 10-15, a nie parami.Gazety rozdmuchały oczywiście nożowe sprawy, jak emerytka świeczki na torcie. Jedno co mogę powiedzieć, że Boro nie odrobiło lekcji.
Pierwszy raz gdy pojechaliśmy do Middlesbrough pociągiem jako ekipa, to było gdzieś około 89.To była końcówka sezonu i mecz o pietruchę. Chociaż grali jak ostatnie łajzy to i tak stówa wybrała się w podróż normalnym pociągiem. Kelly, który jechał ze mną, całą drogę powtarzał, że nie zamierza się w nic angażować i nie da się sprowokować. Mówił, że musi się przyczaić, bo był w trakcie sprawy o chuliganke. Gdy dojechaliśmy na miejsce i wychodziliśmy z dworca, kilkunastu zastąpiło nam drogę. Kelly dotrzymał danego słowa przez blisko 6 sekund, zanim posadził pierwszego na doopie. Najważniejsza jest silna wola. Nie dam się. Niech się biją. A ja nic. Tylko stoję i patrzę. Silna wola. W nagrodę miejscowa policja zatrzymała go tymczasowo. Wbiegliśmy w uliczkę i było ich tam trochę, ale bardzo skromnie. Ale oni tam w doopie to mieli. Radzili sobie nad podziw dobrze i musieliśmy z nimi walczyć całą drogę. Stali po 5, po 6, w knajpach i sklepach, czekali aż przejdziemy i wtedy ruszali na nas. Bitwa za bitwą z kompletnymi świrusami. Zasadzka za zasadzką urządzane przez socjopatów w najgorszym gatunku. Bez wytchnienia.
To była długa i pełna przygód droga na Ayresome Park. Dotarcie tam, zajęło nam ponad godzinę. Jeden z naszych wlazł w śmietnik i pies kazał mu sprzątnąć burdel. Nam kazał iść dalej. Cały czas się oglądał się, czy aby na pewno obskoczy od miejscowych. Nawet psy tam były yebnięte. Jest w Middlesbrough ogromny kombinat chemiczny ICI i jestem w 100% pewien, że wtedy był jakiś wyciek, czy coś. Rząd to zataił, ale my tam byliśmy i widzieliśmy tamych ludzi. To nie było normalne. Oni musieli zostać czymś skażeni. Byłem w wielu miejscach na świecie, ale tak przejebbanego jak Middlesbrough nigdy nie widziałem. Nie jedźcie tam.
Pod stadionem zebrali się w ciasnych uliczkach i wykorzystując topografię ruszyli na nas. Tu przewaga liczebna na nic się zdała. Liczyły się tylko twarde piąstki tych co na przedzie. To były jedne z najbardziej zaciętych i najbardziej bezlitosnych walk w jakich brałem udział.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 00:35 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 09:02 #65
Nie było szans na ucieczkę. Nie mogłeś się wycofać, jak ci się przestało podobać. Nie było się gdzie ruszyć. Może dlatego, parę osób wyrobiło sobię markę tamtego dnia,po obu stronach. Pod koniec meczu próbowaliśmy wyjść ze stadionu, ale zostaliśmy wtłoczeni z powrotem do środka. Przewaga liczebna tym razem była po ich stronie. Wszystkie te małe grupy, które walczyły przed meczem, połączyły się teraz w jedną i mieli nieziemską bandę. Później pięć dyszek od nas, zerwało się eskorcie, ale nie spotkali już ekipy Boro. Spotkali za to pojedynczego gościa od nich i pomimo wyzwisk i chamstwa zwykłego przy takich okazjach, typ przyznał, że kocur mamy bandę i, że już dawno nikt nie dostarczył im takiej porcji rozrywki, jak my przed meczem. Chciałbym, żeby w dzisiejszych czasach, więcej było takich chłopaków jak on. Dzisiaj wszystko czego można się spodziewać to bluzgi i groźne posty na necie. Wieczna napina.
Następne parę sezonów mieli bardzo słabych i zaliczyli degradację. Do czasu aż powrócili, po naszej ekipie została już tylko legenda. Jadąc tam chcieliśmy wynająć parę autokarów, ale skończyło się na 3 minibusach. Wydawało się , że najemy się wstydu tego popołudnia. Ale nie. Ten wyjazd przeszedł do historii. Narodziła się nowa banda. "Wciągająca 40" (w oryginale the Snorty Fourty).
Zaparkowaliśmy, koło stacji w Darlington, wypiliśmy parę drinków i wsiedliśmy w pociąg do Middlesbrough. Wybiegliśmy z dworca i prosto do ich knajpy. Chyba myśleli, że jest nas więcej, bo wykopali drzwi z tyłu i rozpoczęli ewakuację. My zostaliśmy w tej knajpie i kiedy przyjechały psy, nie mogli uwierzyć, że cztery dychy Evertonu, wygoniło stamtąd całe Boro. Na zewnątrz zbierały się tłumy pożeraczy dymu, jak mówią na nich Gordies. Psy nas otoczyły i raźno przemaszerowaliśmy przez ten tłum. Gdy zobaczyli jaką mamy garstkę dostali koorwy i było widać, że gorąca atmosfera panuje tam u nich w sztabie. Stadion się zmienił i nazwa też,ale to wciąż był ten sam pełen przygód spacer na stadion.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 17:57 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 10:24 #66
Bitwa za bitwą do samych bramek. Czy to było Ayresome, czy Riverside, łatwej drogi tam nie było. Miejscowi drogowcy już o to zadbali. Byli przed nami, za nami i zajmowali całą drugą stronę ulicy. Do starć dochodziło na każdym rogu, na każdym skrzyżowaniu. Zachowywali się jakgdyby policja wogóle nie istniała. Co chwila do nas robili podjazd. Psy tylko zwracały im uwagę-"Daj spokój Billy!", albo "Odpuścić sobie Joe."Wydawało się, że wszyscy się tu dobrze znają, ale zamiast skręcać kogokolwiek, psy raczej wypłacały tradycjną gumę po nogach. Gdy zakumaliśmy zasady gry, zaczęliśmy się gęsto odcinać Boro. Mieliśmy trzy, albo cztery konkretne starcia i tylko dwie osoby od nas zawineli. Jeffa za psikanie w nich gazem i Kevina za to, że po raz czwarty nie zastosował się do polecenia, że ma przestać walić ludzi pięściami po zębach.
Doszliśmy do stadionu, który prezentował się o wiele mniej groźnie niż poprzedni. Ayresome. Nie było już ciasnych uliczek, a wielki plac przed bramkami, ułatwiał psom znacznie zadanie. Można też było zobaczyć, że jest ich naprawdę cała masa i gdy nasze Czterdziestki maszerowały przez to morze, śpiewając: "We are evil! We are evil!",ech!Ten widok zabiorę do grobu. Nawet pies przyznał, że dobrze żeśmy sobie poradzili docierając na stadion w jednym kawałku, po tym jak zaatakowaliśmy ich boozer. Powiedział też, że mamy za sobą łatwiejszą część zadania, bo po meczu , będzie ich cztery razy tyle. Psy naprawdę były tam poyebane. Po zakończeniu spotkania , znów trzymano nas na stadionie przez wieki, ale nikt się nie sprzeciwiał. Przeciwnie. Nie mieliśmy nic na przeciwko. Na przeciwko, pod stadionem czekały na nas setki i wyglądało, że mają czas. Ale gdy już byliśmy na zewnątrz, instykt wziął górę po raz kolejny. Zerwaliśmy się eskorcie i ruszyliśmy szukać Boro. Znaleźliśmy skromną grupę, ale to byli jacyś sprinterzy, którym policja co rusz podkręcała tempo.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 11:19 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 12:20 #67
Doszliśmy pod jakiegoś pubu koło przejazdu kolejowego i tam nas dorwali. Było krucho, a policja nie dawała sobie rady. Wszystko co potrafiło latać, latało nam nad głowami. Oni nacierali czterema ekipami ze wszystkich stron. Wielu z nich było już między nami i z błyskiem w oku, zapewniali nas, że żywy stąd nie wyjdzie nikt. Nas było czterdziestu, a ich dziesięć razy tyle. Tak samo jak przerażająca, cała ta sytuacja była przezajebista. Kocham takie emocje. Są rzeczy, do których ciężko coś przyrównać. Dragi A klasy, szwedzka modelka, dobre wino, 50 letnia whiskey. Miałem to wszystko i oddałbym wszystko za jeden dzień na Middlesbrough. To jest inna liga i tylko ci, którzy tam grali,zrozumieją o czym mówię.
Nie wiem jak, ale dotarliśmy na stację. Nawet tam walczyliśmy na peronie. Jeden z nich spinał się tam strasznie, jak to nas zmasakrowali. Patrzyliśmy po sobie i na niego, nie rozumiejąc o czym chłop nawija. Kto zmasakrowany? Dalej stało nas 40. Wszyscy o własnych siłach, praktycznie niedraśnięci. Ten typ odziedziczył najbardziej kudłatą czuprynę na świecie i najbardziej niewyparzoną mordę. To była jedna z ich twarzy. Kojarzyłem go. Często go widywałem i zawsze wyróżniał się z tłumu. Powiedziałem mu, że chciałbym widzieć ich 40, jak robią to samo na Goodison. Zaczął ściemy walić, że w Szczepana 30 Boro, pogoniło Everton z Lime Street. Wyśmiałem go, informując, że żaden pociąg w ten dzień nie jechał. Spalił cegłę i ze swoją czupryną między nogami oddalił się niepyszny.
Wróciliśmy do Darlington i walki w tym dniu powinny już ustać. Pewnie w przypadku każdej innej firmy tak by było, ale my byliśmy Everton. Zapakowaliśmy się do naszych minibusów i heja. Z powrotem do Middlesbrough.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 16:21 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 16:19 #68
Pojechaliśmy najpierw odebrać dwóch naszych kolegów z komisariatu. Potem zaparkowaliśmy koło ich pubu, ale przyplątał się policyjny radiowozów i musieliśmy się zrywać. Ale już nawet policja w Cleveland wiedziała, że wróciliśmy. Jeden od nich nas przyciął. Paru wyskoczyło, ale tylko po to, żeby zobaczyć jak psy nas odeskortowują. Kilka lat potem, chłopak z Boro, powiedział mi, że wszyscy myśleli, że jesteśmy zdrowo odkręceni, a raczej chorzy umysłowo, i że gdy pojawiliśmy się o 8.wieczorem z powrotem, większość ich firmy już się porozłaziła, więc raczej na bank wyłapaliby klapsy. Gdy zobaczyli, że nas zabierają psy to nawet się ucieszyli, bo znając możliwości naszej ekipy, odwrotnie proporcjonalne do jej wielkości, woleli nie myśleć co by się działo. Tego dnia nie zrobiliśmy Boro, ani oni nie zrobili nas. Ale tego dnia zasłużyliśmy na szacunek. Nie tylko u nich, ale przede wszystkim u samych siebie. Od tamtej pory ze Snorty Fourty, nie obawialiśmy się nikogo.
W następnym sezonie graliśmy z nimi, jeden z pierwszych meczy u siebie. Spodziewałem się, że zjedzie się ich trochę. Zamierzałem się jednak trzymać z boku, bo to było tuż po moim aresztowaniu w Aberdeen (patrz rozdział 8.).Dwóch chłopaków z Hibs, James i Ritchie, wpadło na weekend, by zrobić nam mały briefing o odmiennościach szkockiego prawa. Dla nas to było niepojęte jakieś gówno. Wszystkie te bzdety o Sheriffie i Sądzie Wysokim, wszystko to było pogmatwane strasznie i martwiło nas trochę. Byliśmy oskarżeni o udział w buncie i powiedziano nam, że możemy się spodziewać kary pozbawienia wolności do lat siedmiu. Chłopaki z Hibs mieli już kiedyś takie sprawy pozakładane i wiedzieli co jest tromfem. Od razu zwrócili nam uwagę na parę rzeczy, co później bardzo się nam przydało.
Chociaż nie wybieraliśmy się na stadion, siedzieliśmy "Pod dębem" i piwkowaliśmy. Jakieś 10 min. przed meczem, wyszliśmy i postanowiliśmy się rozejrzeć, czy ktoś się od nich pokazał. Na końcu ulicy, niedaleko knajpy Winslow, spotkaliśmy małą, ale śmiałą ekipkę Evertonu. Parę sekund później za rogu wyłoniła się ekipa Boro, prowadzona przez pana Czuprynę. Było ich więcej niż nas i przez chwilę była mała stójka, bo każdy rozkminiał- kto jest kto.Pies w cywilu był z nimi. Rozpoznaliśmy go, bo zawsze nosił polar Berghaus'a. Być może to był powód, że nie zaczęli, ale jeśli tak to bardzo słaby. Panu Czuprynie morda oczywiście się nie zamykała i do dzisiejszego dnia nie wiem, jak to się stało, że do niczego nie doszło. Przemieszaliśmy się i James spostrzegł typa z Hibs, który był z ekipą Boro. Odciągnął go na bok. Kolo był w szoku i zapytał James'a "Co robi z tymi scouse-pisdami?". James wziął numer do niego, zanim on i reszta Boro została odholowana na stadion. My wróciliśmy do "the Oak". W trakcie meczu zadzwoniliśmy do nich i powiedzieliśmy im, żeby zostali po meczu i kierowali się do "the Arkles", niedaleko Anfield i, że będziemy w kontakcie.
Koło 6. zadzwonili i powiedzieli, że psy wciąż się kręcą na zewnątrz, więc paru chłopaków od nas się zwiatrowało. Później zadzwonili jeszcze raz. Oświadczyli, że mają już wolną drogę i, że spotkają się z nami na Everton Valley, na skrzyżowaniu ze Scotty Road. Słyszałem to gówno dziesiątki razy. Nie wierzyłem, że pojawią się gdziekolwiek w pobliżu Scotty, niezależnie od tego czy oni sami w to wierzyli, czy nie. Zostałem w pubie. Było już chyba po siódmej, gdy całe mnóstwo małolatów wpadło i gorączkowo zaczęli relacjonować, że widzieli bandę Boro jak mija Anfield. Typ pojechał furą na obcinkę i wrócił za chwilę, potwierdzając te rewelacje. A więc wierzyli w to i byli już prawie na Scotty.
Wybiegliśmy. Jakoś nie wierzyłem w nasze szanse, bo w moim podręczniku, ekipa przyjezdna, jeśli tylko składa się z dobrych chłopaków, jest zawsze lepsza od miejscowej. Dodatkowo wielu od nas dało już sobie spokój na ten dzień i porozchodzili się do swoich spraw. Mijaliśmy the Netley, a potem the Queens, a mój niepokój narastał. Nabieraliśmy prędkości. Dwóch chłopaków z Hibs, Big Shaun i ja na przedzie. Nagle okrzyk i zupełnie z nikąd Larry i Stewy z kilkoma dychami Urchins wjeżdża w Boro z bocura. Boro rozciągnęło szyk w poprzek ulicy. Objąłem wzrokiem plan bitwy i liczebnie, wyglądało to po równo co do sztuki. Shaun krzyknął - "Dawaj!" i ruszyliśmy na nich.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 16:24 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 19:29 #69
Stali twardo, tak jak oczekiwałem. Tymczasem okazało się, że ich tylnie szeregi zopatrzyły się w sporej wielkości kamienie. Mieli też słupek z ogrodzenia. Gdyby nim uderzali, mielibyśmy problem, ale zamiast tego rzucili go na nas i cofnęli się. Kamień wielkości meteorytu, trafił Jamesa w dyńkę. Podniósł się jednak natychmiast i z kamyrdolcem w łapie ruszył na nich. Jego kumpel, też przyjął jednego na twarz i chociaż był dobrze rozyebany, nie cofnął się nawet o cal. Możecie mówić co chcecie o Jocks'ach, ale ci dwaj, to był pjerwyj sort. Jak masz takich po swojej stronie, to nietrudno zdobyć przewagę. Podniosłem ten słupek z gleby, bo zaczynało się robić nieciekawie. Ich następna fala, ruszyła na nas, uzbrojona w co kto złapał. Gdy ruszyli, przymierzyłem i trzepnąłem moim słupkiem największego skoorwiela przez łeb. Czyściutkie trafienie. Tylko słupek mi się złamał. Jednym kawałkiem dźgnąłem go jeszcze z całej pyty w klatę i czekałem aż padnie. Czekałem, czekałem i czekałem.. Otrzepał się jak pies, podniósł drugi kawałek i ruszył z nim na nas. Shaun dostał w klatę nie wiem czy to był ktoś z Middlesbrough, czy mój rykoszet, ale jeszcze parę tygodni później był siny. Jak ten chłop z Boro to ustał, nie wiem, ale ustał. To był najtwardszy skoorwiel, z jakim kiedykolwiek walczyłem.
Walczyli jak dzicy, ale w końcu ich szereg się złamał. Ścigaliśmy ich i jeszcze raz stanęli by się nam postawić, ale mieli co raz więcej rannych. Nie ustali długo. Jeden był dziabnięty w ramię. Paru nieprzytomnych leżało na ulicy. Shaun powstrzymał Urchins przed szlachtowaniem. Pojawiły się psy. Byli bezradni. Ruszyliśmy do ostatniej szarży. Jeden z nich, wciąż nie miał dosyć. Podniósł kawał jakiegoś betonu i ruszył z nim na nas,celując w Shauna,który właśnie uratował paru z nich przed wizytą na ostrym dyżurze. Trafiłem agresora potężnym kujawiakiem. I to by było na tyle. Było po Boro. A my zniknęliśmy idąc w górę Everton Valley.
Popatrzyłem na to miejsce jeszcze raz ze szczytu. Totalny rozpiździej. Samochody stały na dwupasmówce. Ciała leżały nieruchomo na chodnikach. Inne pośrodku ulicy. Broń i amonicja porozrzucane wszędzie. Zgroza. Więcej i więcej policji i karetek zjawiało się na opuszczonym polu bitwy. Pobiegliśmy w alejki. Pod stadionem złapałem taryfę i bujnąłem się do miasta. Po drodze mijałem Boro eskortowane na Lime Street. Byli w opłakanym stanie. Kulejąc, wielu z opatrunkami sporych rozmiarów. Jako, że byłem wtedy zwolniony za kaucją,nawet nie pojechałem na brow do miasta. W pieleszach domowego zacisza, uczciłem lampką Don Pierdonion, zwycięstwo nad naszym największym przeciwnikiem poza boiskowym.
Następny raz moich znajomych Hibsów, widziałem z bandą MU, z którą pogonili paru naszych. Często z nimi jeżdżą i myślę, że są tam lubiani, bo takich zawodników doceniłaby każda firma.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 20:10 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
14-08-2018, 21:41 #70
Nie minęło dużo czasu i znów mieliśmy się spotkać z Boro boys. W drugi dzień świąt, graliśmy z nimi na wyjeździe. I chociaż w tamtą noc, radowałem się w ciepłym łóżeczku, w głębi duszy wiedziałem, że czeka nas tam jazda po wertepach. Nie było opcji, żeby sobie odpuścili, po tych wszystkich nieprzyjemnościach, jakie ich spotkały podczas wizyty u nas. To był następny gruby zakład, którego nie obstawiłem.
Nie jestem wielkim fanem świątecznego futbolu. Zrywasz się z chałupy akurat jak przyjeżdżają krewni i powinowaci. Co oni sobie pomyślą?Jeszcze meczyk u siebie można obejrzeć, ale terminarz rozgrywek układali chyba Świadkowie Jehowy, bo zawsze przychodzi tłuc się setki kilometrów. Ale myślę, że Boxing Day (drugi dzień Świąt w Wielkiej Brytanii), to chyba odpowiedni dzień na spotkanie z Boro.
Jeśli potrzebujesz wymówki, żeby się wymigać od wyjazdu, nie ma lepszej niż Święta. Jeśli masz dzieciaki, nikt ci złego słowa nie powie. Ile razy słyszałem - "Sorki. Zapiłem i zaspałem."? Po tym dniu, też dobre pare razy. Kto się spodziewał, że nas pojedzie tam 150,ten był niepoprawnym optymistą. Mieliśmy zamówiony autokar i flotę minibusów, ale minibusy to były marzenia i odesłaliśmy je szybko. Nawet w autobusie było parę miejsc wolnych. Chociaż większość osobistości było na pokładzie, to jednak wielu z tych co przez ostatnie parę tygodni jarało się Bitwą o Boro, wolało grać z młodszym rodzeństwem w Chińczyka, albo w Twistera z wiecznie niewyżytą seksualnie teściową.
Zajechaliśmy tam wcześnie i bezboleśnie. Było jeszcze przed 12.Puściutko, a co najważniejsze, ani jednego psa w zasięgu wzroku. Zatrzymaliśmy się pod pubem i trochę tam poniuchaliśmy, ale nie było tam prawie nikogo. Zebraliśmy się znowu razem do kupy i z tradycyjnym "Poślady razem!Nie ma zdoopcania!!",udaliśmy się na dalsze poszukiwania. Strata czasu, paru młodszych chłopaków, którzy byli z nami wtedy na Scotty, zdążyło zniknąć za rogiem. Pewnie spodziewali się czegoś podobnego, a tu chyba zonk.
Z jednej z knajp wyszła znana postać od nich. Kolo, którego wielokrotnie widziałem w samym środku zamieszania. W porządku gość. Zapytał krótko:Ilu?50+ odpowiedziałem-Ale dobre 50+.Zaczął się śmiać. Nie jak ktoś zadowolony, tylko jak ktoś, kto usłyszał dobry kawał i powoli dociera do niego cały humor w nim zawarty. Śmiał się i śmiał coraz głośniej. Pod koniec był to już śmiech typu-NawetSięKoorwaNieFatygujcie. Zaproponował mi nawet, żebyśmy dali spokój i poszli z nim się napić. Nie było takiej opcji. Zapytałem go ile jest Boro. Spoważniał i odpowiedział mi bardzo powoli, żebym dobrze słyszał. SETKI. Odwciłem się i odszedłem kręcąc w zakłopotaniu głową. Słyszałem jeszcze jak krzyczał za mną - "Nicholls, sześciuset! Godzinę temu sześciuset!Pakuj swoich chłopaków do autobusu i spjerdalajcie stąd! Spjerdalajcie póki możecie!!!Zabiją was tam. Całe miasto na was czeka!". Na początku, myślałem, że mnie wkręca, żeby postraszyć, ale wiedziałem, że mówi poważnie. Nie chciałem mu wierzyć, ale rozsądek podpowiadał, że powinienem. Wiedziałem, że wdepneliśmy w gówno. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żebym miał się wykręcić od tego wyjazdu, ale żałowałem, że nie mam dzieci. Czekała nas niechybna rzeź. Dzieci mogły mi uratować doopę.
Dołączyłem do grupy, która wciąż myślała, że są gwiazdami północy. Dochodziliśmy do pubu koło mostu. Pod mostem był wąski tunel, a pub pękał grubo wypełniony miejscowymi.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-08-2018, 21:49 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
15-08-2018, 00:19 #71
Skierowaliśmy się pod główne drzwi. Paru co tam stało, ruszło w naszą stronę. Usłyszeliśmy potężny okrzyk i dalsi zaczęli się wysypywać na zewnątrz. Nagle zakotłowało się i oni wtedy zawrócili, gwałtownie cofając się do środka. Z przodu mieliśmy typa, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Wyglądał na dobrego gościa. Na samym początku, rzucił się na dwóch pierwszych, co się wynurzyli z pubu. Jeden padł od razu, a drugi złapał się za klatę. Boro schowało się do knajpy i wyglądało to na bardzo słabe przedstawienie z ich strony. Ten typ z czoła odwrócił się i zobaczyłem, że chowa kosę do kieszeni. Było oczywiste, że podźgał tego chłopa co padł, a najprawdopodobniej obydwóch. To by wyjaśniało to ich słabe przedstawienie. Gdy cofnął się z pod drzwi, Boro znów wysypało się na zewnątrz i zepchnęli nas pod most. Butelki i szklanki falami rozpryskiwały się wokół nas. Nawoływałem wszystkich, żeby już dalej się nie cofać, bo jak wyjdą wszyscy ze sprzętem, to będzie po nas. Na chwilę znów wgnietliśmy ich do pubu, bo mieli kłopoty z zaopatrzeniem w amonicję. Wciąż nie było widać ani jednego psa. Przegrupowaliśmy się i ruszyliśmy pod górkę w stronę następnego boozera. Gdy obejrzeliśmy się za siebie, w dole zobaczyliśmy coś czego nigdy nie chciałbym oglądać. Niestety, widok ten zostanie ze mną do końca życia. Środkiem pustej drogi, jechał szary albo błękitny samochód, a za nim podążał kilkuset osobowy tłum. Myślałem przez chwilę, że to może nieoznakowany policyjny samochód, ale nie. Przegazował i gwałtownie ruszył na nas. Typy od nas musieli uskakiwać na pobocze. Zjarzyliśmy, że za kierownicą siedzi jeden z ich top boy'i. Próbowałem mu przewietrzyć furę butelką, którą dostałem w klatę chwilę wcześniej.Nie trafiłem. Nasza grupa rozbiegła się we wszystkie strony. A oni byli wszędzie. Byli za nami i po obydwóch stronach. Szli na nas od frontu. Nie było widać ani metra asfaltu, tylko chmary typów maszerujących na nas. Wielu miało szpikulce,a ekipa z pubu, wciąż zasypywała nas lawiną szkła. Myślałem, że nas tam zabiją. Musieliśmy się cofać, ale Franny ruszył w przeciwną stronę. Prosto w nich. Ztłamsili go na glebę, więc paru z nas chciało po niego wracać, ale sam się podniósł zanim go zabili. Wciąż go otaczali i było słychać jak krzyczą-"Dawaj go! Zabić go!". Oberwało mu się, ale stał na nogach i wciąż miał ochotę do dalszej walki. Kilku naszych ruszyło mu na pomoc. Wielu to nie ruszło wogóle. I wcale im się nie dziwię, biorąc pod uwagę liczebność ekipy Boro. To były koorewsko przerażające chwile. Na koniec pojawiły się psy. Jestem pewien, że stali gdzieś z boku i pozwalali się rozwijać wypadkom, traktując to jako lekcję dla nas, za wszystkie kłopoty jakie z nami mieli. Otoczyli nas, ale Boro rozerwało ich kordon i ścigali nas aż do samego autobusu. Myślę, że mieliśmy farta. Było ich tylu, że nawzajem przeszkadzali sobie podczas pościgu. W zasadzie tylko Franny był w kiepskim stanie, a reszta mniej lub bardziej ranna. Nawet gdy byliśmy w autobusie, próbowali się do nas dobrać, ale wreszcie odpuścili. Wielki steryd z ich czołówki darł się do nas-"Leszczyna!Leszczyna i drób jesteście. Trzy minuty nam zajęło przejechanie się po was!". Poszłoby wam jeszcze szybciej, jakby was było 400, a nie 800.Pomyślałem.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-08-2018, 00:24 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
15-08-2018, 17:25 #72
Policyjny van zatrzymał się obok nas i zawineli Kelly'ego. W vanie było tych dwóch podziabanych z pod pubu. Powiedzieli policji, że złapali nie tego gościa i puścili Kelly'ego.Prawdziwy sprawca zawinął się i nigdy go już więcej nie spotkałem. Miał fart, bo Boro chciało go zabić, a psy były zdesperowane, żeby go zawinąć. Natomiast tych dwóch z Boro zachowało się elegancko, bo przecież mogli po złości wyebać na minę Kelly'ego, a z jego kartoteką poszedłby w dyby i do lochu bankowo i to raczej na dłuższy czas.
Na stadion szliśmy w absolutnej ciszy. Boro zostawiło nas w spokoju. Byłem zły, że musieliśmy oberwać przez własną głupotę. Pękła bańka mydlana zwana "Nietykalną 40".Na stadionie ani przez moment nie widziałem nikogo z Boro. W przerwie miejscowe psy przyszły razem z Patem Cookiem, odpowiedzialnym za inwigilację kibiców na Evertonie.Powiedział, żebyśmy się szykowali na atrakcje po meczu. Doradzał nam szczerze, byśmy się trzymali eskorty w drodze powrotnej do autobusu. Mówił, że oni tam na mieście dostali korby, po tym jak zaatakowaliśmy pub, a ci dwaj co wyłapali kosy, byli dobrze znanymi postaciami na Middlesbrough. Zapytałem go o ekipę Boro i przyznał, że praktycznie całe miasto zorganizowało się na nasz przyjazd, włącznie z wszystkimi bramkarzami z klubów i dyskotek, plus cały margines i przestępczość. To był największy tłum jaki widziano tu od lat, ale dodał też, że nieźle sobie poradziliśmy przed meczem i, że ich ranni są w znacznie gorszym stanie niż nasi.
Po meczu przyczailiśmy się trochę i ruszyliśmy za resztą zwykłych fanów. Przykleiliśmy się do siebie ciasno i cały czas na oriencie. Oczy dookoła głowy. Tak naprawdę nie mieliśmy żadnej eskorty. Szedł z nami tylko Pat Cook i paru miejscowych. Cook wyciągnęł swoją pałkę teleskopową.Przysięgam,nie wyglądał na szczęśliwego i wcale mu się nie dziwię. Było słychać, że przed nami już się zaczęło. Po drugiej stronie ulicy też było mnóstwo miejscowych. Pokazywali na nas palcami, ale w zasadzie oberwało się tylko szalikowcom co szli na przedzie. Nasza ekipa dotarła do autokaru praktycznie nieniepokojona. Odzyskaliśmy trochę humor i nawet zrobiliśmy się na powrót psotliwi. Postanowiliśmy podbić jeszcze pod ich pub, po drugiej stronie przejazdu kolejowego, ale nie włożyliśmy zbyt wiele serca w tą misję i niezbyt daleko dotarliśmy.
Gdy już byliśmy w autokarze, znów pojawiło się mnóstwo policji i wszystkich zaczęli trzepać. Szukano noży i śladów krwi. Trzymali nas tam całe wieki, zanim pozwolili nam odjechać.
To była bardzo długa i bardzo cicha droga powrotna do domu. Z szukaniem winowajców, jak zwykle przy takich okazjach, daliśmy sobie spokój. Z wyjątkiem tych dwóch zakosowanych, wszystkie pozostałe gole wpadły do naszej bramki. Zostaliśmy dobrze sprani, wykrochmaleni i wymaglowani. I chociaż byśmy się kłócili do usranej śmierci, nic tego faktu już nie mogło zmienić. Wielu chłopakom należy się uznanie za ich występ na tamtym wyjeździe. Innym się gówno należy. Ale ci co zostali w domach, z rodzinką i grami planszowymi, powinni ze wstydu spuścić głowy.
Parę miesięcy później, mieliśmy ich w Pucharze Ligi. Nieważne jak on się tam wtedy nazywał. Po raz kolejny nie popisaliśmy się w temacie frekwencja. O zapełnieniu autobusu moglibyśmy co najwyżej pomarzyć. Ale i tak pojechaliśmy. Po "męczeństwie św. Szczepana", po prostu musieliśmy tam jechać. Różnica była taka, że takiej firmy jak wtedy, nie zbiorą w środku tygodnia. Nasz plan przewidywał, że uderzamy pod stadion i tam ewentualnie walczymy. Nie zamierzaliśmy z siebie robić bohaterów, a męczennikami za wiarę , ci co byli poprzednio, już zostali.Chcieliśmy im tylko pokazać, że wciąż jesteśmy i, że nie wybili nam z głów podróży za naszym ukochanym Evertonem. Mieliśmy na pokładzie małą, ale bardzo hardą bandę. Dobrze też uzbrojoną. Gdy jednak dojeżdżaliśmy na miejsce, okazało się, że nic z tego nie będzie. Na rogatkach miasta, zostaliśmy zatrzymani i po prostu zawróceni. Z powrotem do domu. Żadnej dyskusji, żadnego wykłócania. Krótko. Miejscowy pies z jakimiś dokumentami wszedł do autokaru. Odczytał nam ich treść głośno. I tak, w związku z tym, że wszyscy zostaliśmy rozpoznani i zakwalifikowani do grupy niebezpiecznych chuliganów piłkarskich, lokalne władze, po konsultacji z policją, odmawiają nam pozwolenia na wjazd do miasta, kierując się względami bezpieczeństwa i mając na uwadze dobro i porządek publiczny i tak dalej, bla, bla, bla. W sumie to mieli trochę racji. Łaska boska, że nie przetrzepali autobusu, bo za tą ilość sprzętu jaką tam mieliśmy, każdy wyłapałby chyba podwójne dożywocie. Zostaliśmy odeskortowani do granicy hrabstwa, a gdy zatrzymaliśmy się w centrum Leeds, na szczanie, przejęły nas psy z Yorkshire i znów eskorta aż do Lancashire. Pozamykane pasy ruchu, poblokowane skrzyżowania, korki na autostradzie. Potężna operacja logistyczna, która musiała kosztować mnóstwo floty. Wróciliśmy do domu i odświętowaliśmy zwycięstwo 3:2.Innych rezultatów na Boro nie pamiętam, bo nie jeździliśmy tam na piłkę, ale w drodze powrotnej chooj było do roboty, więc słuchaliśmy transmisji w radiu i prowadziliśmy doping. Ubaw po pachy. Pucharowa gorączka.
W następnym sezonie graliśmy z nimi środowy mecz u nas. Zebraliśmy się w Red Brick i zwartą grupą patrolowaliśmy okolice stadionu. Nigdy się nie pojawili i myślę, że to był początek końca naszej rywalizacji ząb za ząb. My tam jeździliśmy zawsze, nawet gdy było nas beznadziejnie mało. Ale gdy oni pojawili się u nas pierwszy raz bez swoich chłopaków, to oznaczało, że wycofali się z gry. Mieli dosyć. To nie są moje słowa. Tak powiedziało 7 kolesi z Boro, którzy przyjechali minibusem. Trafiliśmy ich przed meczem na Paddocku, ale widząc, że to jednostki, odpuściliśmy im. Wojna zakończona żałosnym akcentem. Wygraliśmy 5:0, a ich drużyna była tak samo słaba jak ich ekipa. Tych siedmiu wyszło wcześniej i nawet nam się nie chciało ruszać doopy za nimi. Nie ździwiło mnie wcale, że zaliczyli spadek na koniec sezonu. Trochę surowo się, z nimi obeszli odbierając im punkty za niestawienie się na meczu w Blackburn, ale z drugiej strony, my też wtedy walczyliśmy o utrzymanie (po raz kolejny) , więc nam to było na rękę. Wrócili od razu sezon później, ale wielu chłopaków od nich, rozczarowało się ich nieobecnością na Evertonie i odpuścili sobie bieganie z ekipą. U nas też następowało przesilenie i zmiana pokoleń. Młodzi nie ostrzyli już toporków na Middlesbrough, bo nie pamiętali tamtej wojny. Było dość spokojnie gdy pojechaliśmy tam w następnym sezonie. Ani my, ani oni, niczego żeśmy nie planowali i do niczego nie doszło. Pojechałem ot tak. Obejrzeć mecz. Kilka miesięcy później oni mieli przyjechać do nas na ostatni mecz sezonu. To jest trochę jak 3.runda FA Cup i zawsze przychodzi sporo ludzi. Nie zdziwiło mnie więc, gdy od znajomka z United, który miał z nimi kontakt, dostałem smsa. Pisał, że chłopaki z Boro, wybierają się na weekend do Blackpool (nadmorska miejscowość turystyczna) i wpadną do nas w niedzielę, wyjaśnić wszystkie niejasności pomiędzy nami. A więc oni wciąż mieli topór i nie zamierzali go zakopywać, żeby zardzewiał.Zadzwoniłem do niego i zapewniał mnie, że Boro już ma wszystko ustalone, że zjawią się na bank i żebyśmy się dobrze przygotowali, jak nie chcemy mieć znowu lipy. Powiedziałem mu, że lipa to jest minibus z siedmioma kamikaze w środku. Natomiast 50 ściganych przez 1000,po ataku na ich pub i po podziurawieniu paru, z żadną lipą nie ma nic wspólnego. Ale wyjaśniamy niejasności.Może być spokojny. Niech tylko przyjadą.
Poinformowałem wszystkich, ale odzew był umiarkowany. Boro już nie było na szczycie list prze-bojówek u większości chłopaków. Zadzwonili z rana parę razy i zapewniali, że jadą trzema wypełnionymi autobusami. My spotkaliśmy się na otwarcie w Red Bricku. Wszyscy. Całe sześć osób. Gdy to zobaczyłem, miałem dosyć i chciałem iść do domu. Ale z czasem pub zaczął się zapełniać i po godzince już tam huczało. Odłożyłem więc moje plany emerytalne. Zadzwoniłem do nich. Zaparkowali w Widnes, gdzie mieli się przesiąść na pociąg i ...dostali tam eskortę. Nie wiem po jakiego grzyba to zrobili, bo wcześniej jakoś zawsze docierali do nas bez problemów. Wyczuwałem, że to pierwsze symptomy bleffu. Z czasem było ich coraz więcej. Z 3 autobusów, zrobił się jeden i trochę. Zawieźli ich pod Anfield, do pubu, który nazywa się Sam Dodd's. Paru naszych poszło tam obczaić co i jak. Mieli dobrą ekipę, ale bez rewelacji. Na pewno nie taką jak zapowiadali. Zadzwonili i powiedzieli, że ruszają, ale z liczną eskortą. Nasza prężna banda, zablokowała skrzyżowanie z Priory Road. Trochę jednak za wcześnie wyszliśmy na pozycję. Psy zaczęły amokować. Na koorwie i na koniach, przegonili nas stamtąd. Mieliśmy problem z pozbieraniem w grupę. Wykorzystali to i wprowadzili Boro na stadion. Cały czas byłem z nimi w kontakcie. Uzgodniliśmy, że zostaną na stadionie, ale potem uderzą w stronę Anfield, gdzie moglibyśmy się spotkać. Okazało się, że chooja uzgodniliśmy. Wyszli wcześniej, rozgonili paru fanów i paru dzieciaków i zanim mecz się skończył, byli już pod autobusem. A ha! Jeszcze wyłączyli telefony. Szczerze? To myślę, że zrobili to celowo, żeby wyjść z twarzą. Dosłownie i w przenośni. Zadzwonili koło ósmej, zasypując mnie różnymi zwariowanymi historiami. To się stało. Tamto się przydarzyło. No i niefart straszny i cała reszta tego gówna. Straciłem do nich szacunek wtedy. My byliśmy tam gdzie mieliśmy być, jak było ustawione. Oni nie.
W następnym sezonie zostałem skręcony na Riverside. To nie miało nic wspólnego z zamieszkami, czy z przemocą na meczach. To była operacja policyjna, mająca doprowadzić do zbanowania mnie na wszystkich obiektach w kraju i zagranicą (sprawa ta jest omawiana w rozdziale 7.)Przygotowali sobie różne powymyślane historie o mnie i dzięki pełnemu zaangażowaniu i wysokiemu profesjonalizmowi panów policjantów, cała operacja, zakończyła się kompletnym fiaskiem. Nawet to potrafili zyebać. Co za łby. Nieważne.Boro znów się nie pojawiło na Evertonie i wyglądało to na wygaśnięcie naszego sporu.
W sezonie 2001/2002,zadzwonił do mnie typ z Sunderland. Uważajcie! Boro zamówiło autobusy i będą jechać. Skrzywiłem się, no, ale może. Pierwszy wyjazd w sezonie. Miałem wciąż numer do typka z Boro i zadzwoniłem w piątek wieczorem. Rozmawiałem z nim i wyglądało, że naprawdę mają zamiar się pojawić. Zadzwoniłem jeszcze raz w sobotę rano, bo chciałem zaaranżować spotkanie. Nagle zrobił się strasznie niejasny co do liczb. Powiedział, że się odezwie, jak już będą na miejscu. Dotrzymał słowa, ale wciąż nie chciał udzielić konkretnej odpowiedzi w ilu przyjechali. Mieliśmy się spotkać w Arkles, ale ostatecznie stanęło na spotkaniu w cztery oczy parę ulic dalej. Nie bardzo mi się uśmiechało iść tam samemu. Dużo nie trzeba, żeby połknąć śledzia. Wystarczy ćpun z blizną, lub jakimś innym żalem, prawdziwym, albo urojonym i zanim ktokolwiek go zdąży powstrzymać, leżysz na glebie w rosnącej kałuży krwi. Byłem jednak gotowy na to. Ufałem tym typom. Paru chłopaków zaoferowało się, że pójdą ze mną, ale mógłbym wtedy stracić szacunek i zaufanie. Nie chciałem tego ryzykować. Wolałem wystawić własną doopę na hazard, niż reputację.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-08-2018, 20:15 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
15-08-2018, 22:18 #73
Jeśli jesteś gotowy na takie spotkania, przeciwnik będzie cię szanował. Ja tak robiłem z wieloma ekipami przez wszystkie lata mojej kariery. Nie raz wchodziłem do pubów pełnych moich wrogów i co ciekawe wychodziłem też stamtąd o własnych siłach. Przeważnie niedraśnięty. Psy parokrotnie mówiły mi, że albo mam takie wielkie jaja, albo taki mały mózg. Ja wolę to nazywać kodeksem konfliktu.
Spotkaliśmy się i nareszcie się przyznał, że jest ich mało w chooj. Dwa busiki i kilka samochodów w drodze. To wszystko co mieli. Poszliśmy na drina i przyszła też cała ich ekipa. Mogłem się zrywać, ale nie widziałem sensu w tym, żeby mnie mieli przekopać, więc pomyślałem yebać to i zostałem. Było z nimi paru dużych chłopaków, ale ilościowo nie mieli startu. Starzy znajomi poznikali. Tak jak u nas zastąpili ich młodsi kolesie.Jeszcze nie zawodowcy. Wciąż na dorobku. Uczniowie szkół średnich. Jeden typek podbił do mnie i pokazał mi okazałą bliznę. Przez czoło, oczodół i poliko. Brzydko to wyglądało. Powiedział, że stracił wtedy oko. Pomyślałem "O chooj. Mam nadzieję, że nie tutaj.", ale oczywiście tutaj. Na powtórce Pucharu parę lat wcześniej. Zapytał mnie, czy wiem kto to zrobił. Powiedziałem, że nie wiem, ale że mam jakąś setkę podejrzanych. Mój niestosowny żart jakoś go nie rozbawił. Trudno się dziwić. Po chwili zjawiły się psy, ale jeszcze przez jakieś pół godziny mnie nie przytyczyli. Do tego czasu ustaliliśmy gdzie mamy się spotkać. Typ z Boro zaznaczył - Żadnych przedłużaczy! Nie mogłem mu niczego zagwarantować. Jestem stadionowym bandytą a nie policjantem. Nie mam takiej pozycji, żeby mówić chłopakom co wolno, a co nie wypada. Czy się to komuś podoba, czy nie, to jest zorganizowana przemoc, a w takie rzeczy bawią się często ludzie, którzy w doopie mają zasady i zwycięstwo to jedyna rzecz jaka ich interesuje.

ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
16-08-2018, 07:53 #74
Poszedłem pod stadion i powiedziałem, że Boro jest w drodze. Że mają eskortę, ale mogą się wymknąć. Piłem z nimi, gadałem z nimi, a co naiważniejsze, widziałem ich nastawienie. Stwierdziłem, że spjerdalam. Nie miałem ochoty z nimi walczyć, bo nie widziałem u nich zapału do tej walki. Widziałem w ich oczach niepewność, a nie agresję. Było ich mało. Psy mnie z nimi widziały, więc jakby coś, byłbym pierwszy do skrętki. Zawijam się. Gdy wieści się rozniosły, inni postąpili podobnie. I nic nie stracili. Boro spokojnie wróciło do domu. To by było na tyle, jeśli chodzi o konflikt z Boro. Bywało bardzo źle, albo bardzo dobrze, zależy z której kto patrzy strony, ale bywało. Trwało to wszystko blisko trzy dekady. Byli ranni. Niektórzy ciężko. Myślę, że nas nienawidzili za noże, ale też szanowali, bo zawsze żeśmy się u nich pojawiali. Myślę, że nasze ekipy dorównywały sobie i uważam ich za najlepszą bandę ze wszystkich. Może z wyjątkiem United. Są dobrzy w chooj, ale grają uczciwie i zupełnie inaczej niż my, nigdy nie używali noży. Pomimo to, zakorzeniona nienawiść nie odejdzie nigdy.

Rozdział 7.
Ryzyko zawodowe

Sprawa dla obrony
Wszystkie podejrzane sprawy i szemrane biznesy mają jedną cechę wspólną. Mianowicie, oprócz wielu zalet i wad niosą ze sobą ryzyko wpadki i zwykle kary, która jest efektem tejże. Bycie chuliganem ze stadionu, niczym się tutaj nie wyróżnia. Jedynie kary, ostatnimi laty wymierzane przez sądy za coś co przeważnie niewiele różni się od zwykłej ulicznej awantury, upodobniły się do cycków modelki znanej jako Jordan (Jej pierwszym mężem był zawodnik MU Dwight York). Gruba przesada.
W latach 70.,gdy po raz pierwszy zaangażowałem się w przemoc na meczach, nikt specjalnie policją doopy sobie nie zwracał.Myślę, że większość ówczesnych funkcjonariuszy miała niezły ubaw, obserwując chuliganów piorących się po mordach. Mieli trzymać oko na nich i trzymali. Ich głównym zadaniem było odseparowanie zwaśnionych stron. W latach osiemdziesiątych, zaczęła się już powoli robić szopka i niektóre sądy, jak na przykład w Birmingham, kręciły straszne afery tym, których uznały za zarażonych tak zwaną "angielską chorobą". A później to już kompletnie odlecieli. Meggie Thatcher przejadły się problemy, które notorycznie sprawialiśmy w kraju i zagranicą. W ciągu jednej nocy, to co zwykle kosztowało pareset funtów w kolegiach i mandatach, podrożało i mogło cię kosztować nawet parę lat za kratą.

ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
16-08-2018, 19:33 #75
Nie mam problemów z maksymalnym wymiarem kary dla kanalarzy, którzy dziesionują staruszki, żeby tylko mieć na następną działę haliny. Znam nawet paru z Evertonu, co wyłapali grubo, bo kogoś tam pochlastali. OK. Fair enough. Jest zbrodnia, to i kara mus tafa. Ale wyroki jakie podostawali Cockneys, za to, że zbierali sobie wycinki z prasy o zadymach... No, Boże święty! Chyba coś tu jest nietak. Mówimy tu o 10 letniej pajdzie za szamotaninę na ulicy. Pedofile tyle nie dostają, a wiem, kto jest większym zagrożeniem dla społeczeństwa. Założę się, że niektórzy z tych oskarżonych z Chelsea i West Ham, nigdy nikogo nie zranili. Zostali pozbawieni swoich najlepszych lat, za to, że mieli niebezpieczne hobby, które czasem mogło skończyć się boleśnie i za to, że byli na tyle głupi, że zbierali o tym artykuły z prasy. Mi się udało. Co do tego nie ma wątpliwości. Byłem aresztowany ponad 20 krotnie za przestępstwa związane z przemocą na meczach piłki i najgorsze co mnie spotkało, to miesiąc na Brixton. Miałem kilka prawie wpadek, gdzie ledwo mi się udało. Najgorzej było chyba w Aberdeen, gdzie w pewnym momencie realna wizja 7 lat pod celą, była przyczyną moich bezsennych nocy. Ostrą jazdę trzeba brać na miękko. Czasem miałem niefart, że mnie zamielili, czasem mi się udało, że mnie nie posadzili i nie wyrzucili klucza przez okno. Rozważając wszystkie dobre i złe strony, brytyjska Temida, była dla mnie dość pobłażliwa.

Coventry City
Pierwszy raz kiedy zostałem zatrzymany to było na Coventry gdzieś w 1981.Zrobiłem sobie rundkę wokół stadionu, bo chciałem trochę przyrobić na biletach. Casual era nastała już na dobre, ale tylko Scousers, Mancs i Cockneys w zasadzie zaszczepili się do tej pory. Podbił do mnie jeden taki, dość w porządku ubrany, więc myślałem, że Evertończyk. Pyta się mnie, czy nie mam sprzedać biletu. Oprócz przyrobienia paru groszy, niczego więcej się nie spodziewałem a, ten jak mi nie zayebał z foranta centralnie w ryj. Zerwał się, ale z przeciwka nadchodziło paru naszych chłopaków i widzieli, że obiema rękami, szukam czegoś na mojej twarzy. Szukałem mojego nosa. Typ zawrócił na pięcie i nadział się na mojego lewego haka.Petarda mi siadła nieziemska. Od razu klapnął na doopę. "Niezły strzał ziomuś." - skomentował przypadkowy przechodzień. "Jesteś aresztowany." Przypadkowy przechodzień okazał się policjantem w cywilu.


ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
17-08-2018, 14:27 #76
Przyczajony gnój. Nawet nie był na służbie, ale musiał wpychać nos w nieswoje sprawy. On przynajmniej miał nos. Mój był rozyebany po całej mojej twarzy, jak przejechany przez tira pomidor.
Podjechał van i przykuli mnie za rękę do podłogi. Gdyby chcieli, mogliby mi z doopy zrobić nie tylko jesień, ale i zimę i przedwiośnie wieków średnich. Na szczęście, to nie były scouse-psy, bo pewnie by się nie skończyło na rozkwaszonej kichawie. Trzymali mnie blisko godzinę, wreszcie, przyprowadzili chłopaka na konfrontację. Dzieciak z górnej półki. Gdy zobaczył mój nos parsknął jak młody źrebak i zasłonił usta ręką, ale i tak widziałem, że pjerdolnął banana od ucha do ucha. Oczywiście oświadczył, że nigdy w życiu mnie nie widział. Więc dostałem tylko gumę na drogę i poszedłem na trybuny ramię w ramię z moim "nowym kolegą". Pierwszym casualsem na Coventry City.

Policjanci i złodzieje
Nie minęło dużo czasu i znów zostałem aresztowany przez piłkę. Tym razem to nie miało nic wspólnego z chuliganką. Zostałem zatrzymany jako podejrzany o kradzież z włamaniem do sklepu sportowego. Wpadliśmy, bo jeden z moich wspólasów wykopał ze sklepu piłkę i uruchomił tym sposobem alarm.
Psy się pojawiły i ścigali nas blisko godzinę, po dachach i ogródkach. W pół do drugiej w nocy i sceny jak z końcówki Benny Hill'a. Udało mi się uciec, ale pozostałych dwóch zawineli. Byłem wielce zadowolony z faktu, że moja ucieczka zakończyła się sukcesem, ale podejrzane curry, pochłąnięte na kolację i podlane 12 pajntami browara, zaczęła wydobywać się na powierzchnię. Mówię wam, ciapate żarcie i biegi długo dystansowe, to nie jest najlepsza kombinacja. Zanim wyżygałem starter, pojawił się wielki, wredny skoorwiel. Właściciel ogródka. Owłosiene plery, w majtach i w podkoszulku na ramiączka. Z mnóstwem nieuzasadnionych pretensji do mnie. Zanim, go przeprosiłem za nawożenie jego cennych róż bez pozwolenia, rzucił się na mnie z pięściami Skoro tak, to nie pozostałem mu dłużny. Jego kobita zadzwoniła na psy i wkrótce obaj jechaliśmy skuci na komisariat. Zamknęli nas po sąsiedzku z moimi kumplami ze skoku na JD Sports. Po otrzymaniu ostrzeżenia za bójkę i żygańsko już miałem wychodzić, czekałem tylko w recepcji na wymeldowanie. Nagle za plecami słyszę głos wspólasa:"Koorwa Nicks,! Ty tutaj? Myślałem, że zwiałeś." Woop,woop! Z powrotem do celi. Dzięki ziomuś.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2018, 17:12 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
17-08-2018, 19:28 #77
Chociaż złapali nas niemalże za ręce, zgodnie stwierdziliśmy, że to nie nasze ręce. I te trefne fanty też nie nasze. Zgodnie z zasadą "do niczego się nie pucować". W układance koniecznej do uznania nas za winnych, brakowało jednego klocka. Kto wyjebbał szybę?My nie. Psom to nie przeszkadzało. Znalazł się taki, który zeznał w sądzie pod przysięgą, że widział nas jak szklimy wystawę. Zapomnieli tylko dogadać się z technikiem policyjnym, który zeznał, że na naszych ubraniach nie znaleziono nawet miligrama tłuczonego szkła i że ten negatywny wynik, eliminuje nas z grona podejrzanych. Nie poszło, jak koorwom w deszcz. Sędzia yebnął młotkiem i oddalił pozew,rzucając dość nieprzyjazne spojrzenia w stronę krzywoprzysiężców w mundurach. Rozzuchwaleni, zapytaliśmy sędziego , czy możemy dostać z powrotem nasze dresy Adaśka, buty Nike i koszulki Pumy. Jego wzrok mówił wszystko - "Wypjerdalać pókim dobry!".

czerwono-biały, Liverchooj same pedały.
Pierwszą grzywnę w życiu dostałem po meczu z Liverpoolem. Później ten schemat powtarzał się jeszcze wielokrotnie. Dostaliśmy piątkę do zera na Goodison. To było za starych niedobrych czasów, kiedy oni byli na szczycie, a my byliśmy ciency jak polsilver. Oni mieli Rush'a, Dalglish'a, Hansen'a i Lawrenson'a. A my Ainscow'a, O'Keefe'ego i Glena Keeley. Keeley dostał czerwo w debiucie, a Rush puknął nam 4 i to była najgorsza derbów porażka od 50 lat. Zamielili mnie przy 0:1,za młóckę z paroma Ajriszami na trybunie Park End. Wydawało im się, że wszystko co wypisują gazety to prawda. Znam wiele osób za Liverpoolem i wiele z nich to sporzo kolesie, ale jak jakimś zwolennikom IRA, wydaje się, że mogą sobie śpiewać bezkarnie na naszym stadionie "Niebiesko-biali, co każdy w doopę ich wali.", chyba ich powaliło.
Ówczesne normy wyglądały tak, że w takich wypadkach, trzymali cię godzinkę, poczym dostawałeś oficjalne ostrzeżenie i byłeś wolny. Jeśli miałeś ochotę ponapjerdalać się jeszcze trochę, to mogłeś z powrotem wrócić do gry. Najrozsądniejszą rzeczą było zerwać się wtedy od razu do pubu, albo jeszcze mądrzej, do domu, ale gdy tylko wyszedłem i usłyszałem wynik, dużo czasu mi nie zajęło, ponowne włączenie się do akcji. Zanim sędzia skończył pisać protokół pomeczowy, ja na powrót trafiłem do celi. Wyraz twarzy policjanta, który mnie bukował, godzien był portretu. "Byłeś kiedyś wcześniej aresztowany?" - zapytał zgodnie z procedurą. "Tak, trzy razy." - odpowiedziałem. "Kiedy po raz ostatni?" - kontynuował. "Pół godziny temu."
O ostrzeżeniu mogłem zapomnieć. I tak załapałem się na moją pierwszą grzywnę.


ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2018, 19:48 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
18-08-2018, 03:32 #78
Dwadzieścia pięć funtów. Po 2£ tygodniowo. Pięć funtów za każdego gola i za każdego irlandzkiego kopajta jakiemu zayebałem. Opłaciło się. Warte każdego pena. To znaczy, zależy też komu kibicujesz.

Aston Villa
W ciągu następnych paru lat, znów miałem parę razy niefart. Dwa razy trafiłem na wokandę, po meczach w Pucharze. Raz na Aston Villi i raz po Bradford. Aston Villa to była prosta sprawa. Graliśmy u nich drugi mecz w starym Pucharze Ligi i przegraliśmy 1:0,ale pierwszy wygraliśmy 2:0 i awansowaliśmy do finału. Pierwszego od 7 lat. Evertonu pojechało wtedy ładnych parę koła i po ostatnim gwizdku, nastąpiła masowa inwazja na murawę. Pojawiła się szansa. Stewardzi z AV chyba nie bardzo mogli się pogodzie z odpadnięciem z Pucharu, więc postanowiliśmy sobie uprzykrzyć życie jeszcze bardziej.
Zanim po raz pierwszy, rozległo się 'Jedziemy na Wembley! Nikt nas już nie ruszy!", ja jechałem na komisariat. Mniejsza o Dwie Wieże.
Na koniec wieczoru liczba zatrzymanych kibiców Evertonu, dobiła do 78 i policja musiała nas wywozić z miasta postawionym autobusem, tak powszechna nienawiść panowała do nas, po naszym występie. Wszyscy dostaliśmy kaucję i mieliśmy się stawić za perę tygogni z powrotem.
Gdy się stawiliśmy z powrotem, na dworcu New Street, czekała banda Villi, więc psy dały nam konkretną eskortę. Vany, psy, konie i chooj wie co jeszcze. Zakupowicze pytali się kto dzisiaj gra. Większą mieliśmy bandę w sądzie, niż niektóre ekipy na wyjazdach. Sędzia studiował prawo chyba u Talibów. Kary walił takie, że wiele osób prosiło o powtórzenie, własnym uszom nie wierząc. Obrońca z urzędu, doradzał wszystkim przyznanie się do winy i większość tak właśnie zrobiła. Ja wyłapałem 150 i poprosiłem o raty w wysokości 5£ na tydzień. Sędzia Dread spojrzał na mnie jakbym miał dwie głowy." To jest kara, a nie raty w Media Markt. Abo zapłacisz do dwóch tygodni, albo idziesz siedzieć."
Myślałem, że mnie wkręca. Dwa tygodnie? Wyciągałem wtedy 60 funtów tygodniowo, a za chwile czekał nas wyjazd na Wembley. Co on, ochoojał?!

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-08-2018, 11:43 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
19-08-2018, 05:04 #79
Nic się nie odezwałem i bardzo dobrze. Następny po mnie, poprosił o możliwość spłaty 1£ tygodniowo. Usłyszał to samo co ja, o ratach za sprzęt AGD. "To wszystko co mam!" - wybuchnął. "Jesten na zasiłku!". "W związku z tym, uznaję pana za osobę niewypłacalną i skazuje na siedem dni aresztu. Wprowadzić następnego a ten do celi."Było się odzywać?
Wszyscy następni nie przyznali się do winy. Liczyli , że w końcu zmienią skład sędziowski i pana Drakona, zastąpi ktoś bardziej pobłażliwy. Gdzie tam. Ponoć sam zgłosił się na ochotnika, że będzie orzekał we wszystkich sprawach. Podejrzewam, że czerpał z tego jakąś satysfakcję. Niewykluczone, że również seksualną.Wszystkim, którzy szli w zaparte, wyznaczył następną kaucję. Koorwikłak musiał chyba być posiadaczem karnetu na Villa Park, bo w ramach dozoru, musieli się w każde sobotnie popołudnie zgłaszać na najbliższy komisariat, w swoim miejscu zamieszkania. Widziałem ten jego złośliwy uśmiech."Do doopy pojedziecie a nie na Wembley."-cieszył się pewnie w duchu. Uśmieszek prawdopodobnie zniknął mu z wrednego ryja, gdy się dowiedział, że finał jest w niedzielę.
Koniec końców większość z nich wyłapała grzywny po 400£ i otrzymali roczny zakaz wstępu na imprezy masowe w całym kraju. Wtedy w latach osiemdziesiątych bany, to jeszcze była rzadkość. Coś wyjątkowego. Szczerze to nie słyszałem, żeby, ktoś coś takiego dostał wcześniej. Nawet sobie nie zdawałem, sprawy że prawo przewiduje taką karę. To był jeden z niewielu przypadków, kiedy cieszyłem się z przyznania do winy. W tym sezonie zdobyliśmy jeszcze FA Cup, a potem nastąpiło 12 najwspanialszych miesięcy w historii Everton FC. Większość chłopaków na bana miało wyjebbane,martwiąc się bardziej aspektem finansowym kary, ale ci co się jej poddali.. . Ile ich ominęło.Boże! Puchar, pierwszy tytuł od piętnastu lat. A w następnym sezonie, tryumfalny marsz po boiskach Europy. I po za nimi też. Ja? Ja wziąłem tysiaka pożyczki z banku, zapłaciłem grzywnę, a za resztę, jeździłem po całym kontynencie za moim ukochanym Evertonem. Od zwycięstwa, do zwycięstwa.

Bradford City
Po raz kolejny przyszło mi dokonać wpłaty na rzecz Skarbu Korony, gdy w Pucharze Anglii, walczyliśmy z Bradford. Piłkarze na boisku, a my wszędzie poza nim. Mogliby z tego nakręcić kolejną komedię z seri Carry on.
Pracowałem wtedy trochę w na saksach w raichu. Ale poleciałem na mecz do domu, bo szło nam wtedy całkiem, całkiem. Kochaliśmy pucharowe passy. Zwykle nasz udział nie kończył się tak jak teraz po jednej, maksymalnie dwóch rundach.
Dojechaliśmy na miejsce i nie wyglądało to zaciekawie. Z zewsząd obserwowały nas grupki młodych ludzi i muszę przyznać, że nie były to spojrzenia zbytnio przyjazne. Jakieś zaczepki, szamotaniny. W ogóle atmosfera tego miejsca była dość niegościnna. Psy nerwowe w chooj, bo to było niecały rok, po słynnym pożarze na trybunach. Nie tego się spodziewałem, dlatego zabrałem mojego siostrzeńca, Puda. Kolejny problem, to obaj nie mieliśmy biletów Jeden udało mi się kupić od konika. Myślałem, że zrobimy tradycyjną przepychankę. Znacie ten skecz. Mały z przodu, daje bilet. Wujek z tyłu robi gwałtowny push i odbiera bilet. Dwóch w cenie jednego. Ale nie tym razem. Steward był czujny i przejął piłkę. Wyjebbał nas obu i bilet też wyjebbał. Żadnego za cenę jednego. Puda, tuż przed rozpoczęciem, udało mi się wepchnąć z jednym z chłopaków. I się zaczęło. Atak na na główną trybunę,poprowadziła mała, ale zgrabna firma Leeds Utd., flankowana z obu stron, przez liczne zastępy miejscowych. Nie wiem, czy to były ich wspólne manewry, ale do kupy mieli naprawdę dobrą bandę. Zaczęło się nieciekawie, bo praktycznie nikt nie wiedział kto jest kto. Widziałem , że paru osobom od nas odskakiwały głowy po celnych ciosach. Celnych i licznych. Trzeba działać. Wjechałem w samo centrum. Zepchnęliśmy ich na wzgórze, z którego schodzi się na stadion. Mieli jednak łatwiej, bo atakowali z górki. I jeszcze,jakby tego było mało, ich było trzy razy tyle co nas. Wtedy po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem ciapatego casualsa. Poważnie. Typ ubrany w Lacost, w Armaniego i w turbanie.Taki był trochę kickboxerek. Niestety był za daleko i nie sprawdziłem, co on ma w tym turbanie.
W pewnym momencie poczułem, że odrywam się od ziemi. Konny policjant wyskoczył mi za pleców i ucapił mnie dobrze za grzywę. Chciałbym zobaczyć, czy teraz by mu się udała taka sztuczka. Większość moich włosów na głowie, wypadła mi od zamartwiania się, że jeszcze kiedyś może mnie spotkać, podobna, nieprzyjemna niespodzianka.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-08-2018, 05:11 przez the Painter.



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.

the Painter
Liczba postów:768 Reputacja: 2,200
19-08-2018, 17:28 #80
I pogalopował, ciągnąc mnie za sobą. Na szczęście po chwili stracił uchwyt i udało mi się wyślizgnąć. Spjerdoliłem dookoła z powrotem na sektor Evertonu, zostawiając chłopakom firmę z Leeds, Bradford i casualsa w turbanie. Wciąż nie miałem biletu. Zdesperowany postanowiłem iść na żywioł, czyli tak zwaną wbitkę. Udało się i równo z pierwszym gwizdkiem wszedłem na trybuny. W zasadzie był to sukces połowiczny, bo 5 minut później, siedziałem skuty w radiowozie. Zarzut:Groźba karalna. Pewnie się zastanawiacie jak ja dostałam do koorwy nędzy groźbę karalną, za skakanie przez kołowrotki. Proste. Po nielegalnym wbiciu na stadion kolejny upierdliwy steward mnie przechwycił i to tak zdecydowanie. Krawate mi yebany założył. Powiedziałem mu, że albo mnie puści, albo sam się spróbuję uwolnić. A jeśli mi się uda upjerdolę mu wtedy łeb. No. Mówiłem, że proste. Przesadzili mnie do vana, z malutkimi kabinkami dla aresztantów. Akurat nadjechał, ten konny pies, co się urwał średniowiecznej krucjaty. Rozpoznał mnie momentalnie, bo miałem taką wielokolorową bluzę. Powtórka z rozrywki Manchester United, dwa lata wcześniej. Zaczął się srać do mnie,ale w końcu odpuścił. Myślałem, że mam go z głowy. Na psach, wszystkich zatrzymanych wrzucali do jednej wieloosobowej celi. Za jakiś czas, zaczęła się ona opróżniać. Dla większości kończyło się oficjalny ostrzeżeniem. Był tam taki młody azjata, który cały czas się odgrażał, co nam wszystkim zrobi jak stąd wyjdzie. Ucieszyłem się, gdy zostało nas tylko dwóch. W związku z dużą ilością zatrzymanych, psy zamiast tradycyjnych kajdanek, używały tych plastikowych opasek samozaciskowych.Moja była dość luźna i udało mi się oswobodzić jedną witę. Od razu kolega krzykalski dostał czopsa na brodę, za napinkę. Zanim pies wszedł sprawdzić co tam za hałasy,obie wity miałem znów spięte. Pies widząc, że krzykalski wydziera się bez wyraźnego powodu, również sprzedał mu latarę na uspokojenie.
Wychodziłem jako ostatni. Gdy podałem psom mój adres w Niemczech, zaczęli mnie wkręcać, że nie przysługuje mi kaucja. Zrobiłem więc szybką zmiankę i podałem im adres moich starych. Z tym jest zawsze ból doopska, bo pies z twojego lokalnego komisariatu musi się udać pod wskazany adres, wezystko sprawdzić, zestresować domowników, kręcąc im makaron na uszy o tym, w jakie głębokie wpadłeś gówno i jakie będziesz miał poważne kłopoty. Tylko, że ja wdepnąłem w głębokie gówno, bo postawili mi zarzuty o napaść i udział w bójce. Sokole oko z konia, rozpoznał mnie i obciążył w zeznaniech.

ŚWIEŻO MALOWANE



They're gonna hang me in the morning.
And I'll never see the sun.

Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
Nim pętla z konopi, zadynda przed oczami.
Jeszcze tylko, jeden uśmiech.
I szkoda, że ze mną nie idziecie do piekła.






Skocz do: