Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
08-08-2018, 01:57 #41
Wielu z nich miało rury z rusztowania. Ktoś wystrzelił w nas z rakietnicy. I wtedy ruszyli. Od razu wyrobili sobię przewagę. Od nas parę dobrych osób wciąż nie widziało na oczy, skutkiem porażenia bąbom amoniakową. Po krótkiej wymianie,bardzo krótkiej, jeśli mam być szczery, daliśmy dzide. Mimo rozpaczliwych apeli:"Stać! To tylko QPR!". Nieważne kto to był. Profesjonaliści. Fachowe przygotowanie i wojskowa precyzja przy realizacji. My za to "Ucieczki i ewakuacje. Wyższa Szkoła Jazdy". Gdy odpaliłem wroty, po drodze mijali mnie czarni z brechami, którymi walili naszych chłopaków jak w piniate. Generalnie tłukli nas strasznie. Paru się zakręciło i wzięli nas za Cockneyi. Wykorzystaliśmy ich pomyłkę i wzięliśmy mały rewanż. Uciekaliśmy kilkaset jardów, aż skryliśmy się na podwórku jakiegoś warsztatu. Wszystkie auta co tam stały zostały rozyebsne, bo miejscowi nas wykukali i rzucali do nas wszystkim, a my kitraliśmy się za furami. To był chyba najgorszy atak jaki widziałem na piłce. Nieustający. To było w nim najgorsze. Gdy tylko udało nam się ledwo co pozbierać do kupy, oni serwowali ekstra i z dopałem. Amonicję musieli gromadzić tygodniami. Jeden z naszych rozwalił przystanek autobusowy. Rzucili nim przez szybę. Drugiemu skroili doopsko. W pewnym momencie był nawet taki mały breakpoint, odbiliśmy się i zepchnęliśmy ich trochę w dół ulicy. Nadjechał pojedynczy konny policjant i ostatecznie zostaliśmy odeskortowani na stację. Gdy ich trochę odrzuciliśmy, musieli chyba myśleć, że jest nas więcej. Gdy zobaczyli, że jest nas garstka, próbowali ominąć psy i zrobić nas po raz kolejny. Nie przejmując się w ogóle psami, szli ze sprzętem drugą stroną ulicy, towarzysząc nam do samej stacji. Widać, że wypatrywali tylko cienia szansy na kolejny atak. Nie przypominam sobie, żebym jeszcze kiedyś, tak jak tamtego wieczoru, liczył się poważnie z tym, że mogę tam zginąć. Ostatecznie dotarliśmy do stacji, ale nasz stan był krytyczny. W drodze powrotnej darowaliśmy sobie nawet zwyczajowe gówno z ustalaniem kto i co było przyczyną naszej porażki. Nawet nie chcieliśmy wiedzieć. Spojrzałem po peronie i widziałem wielu chłopaków siedzących i trzymających się za głowy. Jak ludzie, którzy właśnie dowiedzieli się o śmierci kogoś bliskiego. Którym świat stanął na głowie. To był bardzo smutny dzień dla naszej firmy. Ale to bardzo smutny. Wielu odebrało to osobiście. Stratą czasu było jednak wskazywanie palcem winnych. Tych co pojechali zaraz na początku, czy tych co pobiegli kiedy trzeba było stać w kupie. Nie chodzi o to. Chodzi o to, że przez cały dzień, ani przez moment nie czuliśmy zagrożenia. Nie uważaliśmy na siebie i zostaliśmy skarceni. Kara mus tafa. Niektórzy wciąż twierdzą, że to była Chelsea, albo blok ekipa z pobliskiej ośki. Ale ja tego nie łykam. To było na Queens Park Rangers i walczyliśmy z Queens Park Rangers. Krótko i na temat. Udzielono nam lekcji, jak niebezpieczny potrafi być Londyn, niezależnie od tego, z kim grasz. Bolesnej lekcji. Pewnie gdybyśmy grali wtedy na jakimś "groźniejszym" stadionie, pewnie do takiego incydentu nigdy by nie doszło. I tak o to przyjdzie zdjąć czapki przed QPR,bo czy nam się to podoba, czy nie, zostaliśmy tam zbombardowani i żadne gówno i żadna ściema, że to był ktoś inny, nie skłoni mnie do zmiany mojej opinii co do tamtych wydarzeń.
Pod koniec sezonu, przypieczętowaliśmy majstra, w meczu przeciwko nim. Mieli na trybunach parę stów, ale nikt od nich się nie pojawił. Nieważne. To był dzień na chlanie. To był dzień na ćpanie, nie na napierdallanie. Nasz pierwszy tytuł od piętnastu lat. To był słoneczny poniedziałek. Święto bankowe. Ale gdzieś tam w głębi umysłu, wciąż czaiło się wspomnie tamtej strasznej nocy na Shepherds Bush. Czaiła się tam zmora, aż do rundy honorowej naszej drużyny z trofeum. Dopóki browar nie zaczął się lać szerokim strumieniem.
W następnym sezonie pojechaliśmy tam z misją ocalenia resztek twarzy. Mieliśmy firmę XXL, ale to była zwykła strata czasu. Nie było tam nikogo do obicia. Za to nas psy nieco obiły. Oni też odrobili lekcje. Od 1995 graliśmy z nimi tylko raz. Weszło nas trochę na ich miejsca na głównej. Przepchałem się do przodu i gdy w końcówce, Hinchcliff trafił z wolnego na 3:2 i podbiegł do nas, omal nie wyskoczyłem na murawę. To było bezcenne zwycięstwo, jako że oba zespoły próbowały uniknąć degradacji. Ochrona mnie zawinęła i gdy odprowadzali mnie na psy, dostałem szpica w doopę od tłustego Cockney'a. Policja dała mi ostrzeżenie i parę minut później byłem z powrotem na trybunach,ale QPR czekali na mnie, żeby mnie zrobić. Na szczęście Steve widział jak mnie mielili i również zorganizował mały komitet powitalny. O jeden komitet za dużo jak na moją skromną osobę. Pogonili Cockney'i w parę sekund.
Zabawna sprawa. Jadąc tam oczywiście ciąłem koszta i podróż odbyłem na pożyczonej karcie kolejowej, od mojego dobrego ziomka. Po prostu, przykleiłem do niej swoje zdjęcie. Gdy psy mnie przetrzepały znaleźli tą kartę i procedura potoczyła się na podstawie tego właśnie dokumentu. Dwa tygodnie później "Phil Spencer" został listownie powiadomiony, że od tej pory, nie będzie wpuszczany na stadion przy Loftus Rd., co w sumie stratą było niewielką, jako, że typ w życiu nie był na żadnym wyjeździe.
Ponieważ QPR są znani z nie jeżdżenia na wyjazdy, wątpię czy Everton kiedykolwiek odpłaci im za tamten żenujący występ. Po Chelsea błyszczeliśmy jak psie jaja. Ale przekonaliśmy się, że z psimi jajami łączy nas tylko jedno. Też się musieliśmy lizać.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-08-2018, 11:13 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.


the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
08-08-2018, 10:43 #42
Arsenal
Zawsze próbowałem, nie angażować się w debatę, kto rozpoczął modne ubieranie wśród chuliganów. W tym jednak miejscu, chciałbym się rozprawić z mitem, jakoby Cockneys mieli coś z tym wspólnego. Oni sami twierdzą, że już w 1979, wszyscy nosili Pringle i Fila, ale gdy walczyłem z nimi w tamtym okresie, widywałem tylko punków w donkey-kurtkach, takich jak nosili członkowie zespołu Sham'69. Czasem gdzieś jeszcze mignął słynny londyński zielony flejtuch. Tak było. Z ręką na sercu. Zgodzę się, że w przeciwieństwie do Mancs, Londyńczycy już wtedy przestali chodzić w szalikach, ale pośród nich było zaledwie paru dobrze ubranych, a katana z kożuszkiem to było najlepsze na co było ich stać. Tak czy siak, byli parę lat za Scousers'ami.
Nigdy nie stawiałem the Gooners zbyt wysoko, zwłaszcza tam u nich. Ale co ciekawe, przez te wszystkie lata zanotowali parę nienajgorszych rezultatów u nas. Parę razy odwiedzili nas na Park End Stand i raz przed i po meczu niewielką grupą, dali dobry show na Scotty Road. Zawsze będą mieli za to szacun, bo w tamtych czasach było to wydarzenie bezprecedensowe. Ich guru, Danton, to była znana marka. Obiema rękami podpisuję się pod tym, że był to dobry chłopak, który nimi kierował i niezliczoną ilość razy trzymał ich w kupie,gdy przyszło nam się spotkać.
Szkoda jednak, że u siebie, prezentowali się tak marnie, zwłaszcza, że sektor gości na Highbury, musiał zostać zaprojektowany przez Dantona we własnej osobie. Był on usytuowany na środku trybuny pod zegarem i żeby tam wejść, musiałeś przejść przez ich sektor. To było szaleństwo i w przerwie na dole schodów, regularnie odbywały się tam turnieje "Cage-Rage" , kategoria: Open. Tylko ci bardzo odważni, odwodnieni, lub ze słabym pęcherzem, albo po prostu prostu chłopaki szukające wrażeń, schodzili po pierwszej połowie na dół. Standardową ściemą było - "Idę się napić.",albo "Idę się odlać.".
Gdy lata 70.odchodziły w niepamięć,na początku i na przełomie lat 80.,zawsze zabieraliśmy się tam prężnym składem i nie przypominam sobie, żebyśmy tam zajęli drugie miejsce. Zwykle nigdy nie zjawialiśmy się na obcych stadionach zbyt wcześnie, ale jakoś na Arseanalu, zawsze nam się to udawało. Zajmowaliśmy ich knajpy i nie mieli tam wstępu.
Raz przyjechaliśmy tam wczesnym rankiem i cały dzień, raz za razem, ścigaliśmy ich w dół do metra. Ale mieli swoją dumę i za każdym razem wracali po jeszcze. Po meczu wysiedliśmy przed stacją parę przystanków od Highbury i. na peronie zaprezentowała nam się mega ekipa. Jedna z najprężniejszych firm jakie widziałem w życiu. Armagedon był blisko, ale BTP (British Transport Police) była przy piłce i uratowała świat. Prawie każdy z nich miał wdzianko Pringle i przyznam, że prezentowali się w tym bombowo.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-08-2018, 10:46 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
08-08-2018, 12:43 #43
Innym razem gdy tam pojechaliśmy, widziałem wypadek, który o piczy włos nie trafił do kategorii tych najgorszych. To było w sezonie, gdy po raz drugi w ciągu trzech lat zdobyliśmy mistrzostwo ligi. Przypieczętował je Wayne Clark, lobem z ponad 40 metrów. Szliśmy łeb w łeb z Liverpoolem i kiedy dotarła informacja, że przegrali u siebie z Wimbledonem, stadion wybuchł w szale radości. Już wtedy psy wykumały, że sektor gości jest niezbyt trafnie umiejscowiony na Arseanalu i posadzili nas na lewo od bramki. Paru z Arseanalu co stali z boku poniżej, rzucało w nas monetami, więc mój dobry ziomek Grant, odpalił w nich thunder-flash'a. Niestety rzut nie był petarda i trafił tuż pod nogi jednego z obstawiających nas funkcjonariuszy. Sierżant Plod był tak pochłonięty obserwacją, spotkania, że nawet nie zauważył podrzuconego ładunku. Gdy ten pjerdolnął zdrowo i rozwiało dymek eksplozji, naszym oczom ukazał się leżący nieprzytomny policjant na służbie. Officer down! I repeat. Officer down! Pierwszy na pomoc ruszył mu pielęgniarz z organizacji charytatywnej St. John's Ambulance, której karetki obstawiają imprezy masowe. Nagle funkcjonariusz odzyskał przytomność, ale pozostając w głębokim szoku, dobył służbowej pały i zaczął nią okładać Bogu ducha winnego sanitariusza. Prał go jak opętany i prawie żeśmy się poszczali ze śmiechu na ten widok. Pielęgniarz ledwo uszedł, wściekle ścigany przez oszalałego psióra. Koledzy z niemałym trudem rozciągneli i skuli furiata. Myśleliśmy, że po meczu będzie mordownia, ale oni tydzień później grali z Liverhoojem finał Littlewood's Cup i najwidoczniej wszyscy stali w kolejce po bilety. Liverpool był tam kilka tygodni wcześniej i siedmiu Cockney'i oraz jeden policyjny koń, zostało wtedy pochlastanych. To było podczas nasilenia naszej pozaboiskowej rywalizacji z ukochanymi the Reds i jeden debil od nas stwierdził, że musimy poprawić ich wynik, 7+koń.Podkradł się z przedłużaczem pod przystanek pełen ludzi, z zamiarem dokonania małej rzezi, ale cały ten jego pomysł był do doopy i nie spodobał nam się zbytnio. Więc go schaltowaliśmy. Śmiał się i robił kosałką znak krzyża ludziom przed oczami. Ci chowali się wydygani przed psychopatą. Mieli farta. Gdybyśmy nie zdobyli wtedy mistrzostwa, pewnie nikomu by nie zależało, żeby go powstrzymać.

Tottenham Hotspurs
Pierwszy raz jak pojechałem na White Hart Lane, to był 1979 i była rzeź. Jako, że zostaliśmy zaorani na Chelsea, zwycięstwo w Bitwie o Siedem Sióstr, było wspaniałą wiktorią. Nie mieliśmy imponującej liczby, ale to był mały wredny gang i kiedy weszliśmy w ich zasadzkę pod stacją, Spurs zostali obici, a Everton w bitewnym szale, zrywał plastikowe taśmy fluorescencyjne i ciął nimi "Żydów" na wstążki. Rok później miał miejsce niesławny numer z jubilerem na Kings Crossie. Everton zajechał na Euston w parę stów i gdy w wielkim stylu przemieszczaliśmy się w stronę KX, miały miejsce liczne grabieże, których ukoronowaniem było zrobionie sklepu jubilerskiego. Ja dotarłem na stadion vanem i nie mogłem się nadziwić, że nas tak mało. Wtedy wyjaśniono mi co zaszło i okazało się, że wielu chłopaków zostało aresztowanych. Wielu też udało się od razu w powrotną drogę, unosząc cenny łup. Cały mecz psy robiły kipisz i każdy właściciel złotego sikora, z punktu jechał na dechy.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
08-08-2018, 15:04 #44
Dla prawdziwych bitew, ekipa na ekipę, nie musisz szukać długo. Wystarczy, że zajrzyjsz do Futbolowego rocznika Rothman'sa. W sezonach 83-86.To były lata, gdy na każdym meczu mieliśmy konkret starcie z the Yids. Oni przyjeżdżali do nas, my odbijaliśmy piłeczkę u nich. Oba zespoły były w czubie i obie ekipy zjawiały się w pełnych składach. U siebie i na wyjeździe. I z tych trzech powodów inaczej być nie mogło. White Hart Lane był chyba najbardziej oddalonym stadionem od stacji metra. Z Seven Sisters musisz zapinać z buta, dobre 20 minut. I to jeśli znałeś drogę i nie ciągnąłeś balastu. Ale rzadko mieliśmy taki wynik i zwykle zabierało nam to dwa razy dłużej.
W sezonie 83/84 byli pierwszą ekipą, która wjechała na Park End gdy byliśmy tam bandą. I równo z gwizdkiem rozpoczęla się awantura. Byłem na samej górze schodów, gdy tuż obok dostrzegłem gromadzącą się grupę, dziwnie nieznajomych twarzy. Dołączyła tam też grupa czarnych i zaczynał się mecz. Everton to oni nie byli. Poczekałem przy bramce i truchnąłem naszym, że są w drodze i że będą próbowali nas zaskoczyć. Pierwszemu na przedzie chlusnąłem wrzącą herbatą na ryj. Dostawali wpierdoll wszędzie na krzesełkach. Jednego czarnego chłopaka od nich, urchins tak zterroryzowali, że płakał zasłaniając twarz rękami. "Zobaczysz, zaraz ci zrobimy piękną żaluzję na ryju. Nie szarp się, bo ci możemy wyłupić oko przez przypadek. Widziałeś kiedyś swoje oko?" - straszyli go.
Pojechaliśmy tam zaraz po Świętach i szli za nami całą drogę od metra. Gdy doczłapaliśmy do sektora gości było wiadomo, że zaraz się zacznie. Oni wtedy przeszli przez ulicę i zablokowali nam dostęp do bramek. Jeden od nas wyciągnął potężną kosę podniósł nad głowę a oni rozstąpili się jak morze. Wyglądał jak Mojżesz prowadzący Naród Wybrany z tym, że tym razem morzem byli Żydzi. Nie poleciał nawet jeden strzał, choć w powietrzu dało się słyszeć, ciche tykanie bomby zegarowej. Nie wiem jak to się stało, że do niczego nie doszło, ale do momentu wyjęcia kosałki, nie wyglądało to dobrze. Pojawił się też znajomy czarnuszek z meczu u nas, co go tak urchins dręczyli. Strasznie był pyskaty, póki ktoś go nie spytał czy zabrał dziś chusteczki higieniczne.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-08-2018, 15:21 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
08-08-2018, 20:33 #45
Wyszliśmy 10 min. Przed końcem. Zeszliśmy na starą trybunę pod sektorem gości i tam w ciemności doszło do starcia. Dostałem w zęby od jakiegoś wielgusa i zjechałem ze schodów. Kiedy próbowałem się podnieść dostałem buta. I jeszcze. A potem jeszcze kilka. Resztę słabo pamiętam. Obstawiałem 50/50,że w każdej chwili mogę zostać nacięty. Wrzeszczałem, żeby ktoś mi przyszedł z pomocą, ale nikt nie przychodził. Odturlałem się i ewentualnie udało mi się podnieść. Zobaczyłem, dlaczego nikt mi nie pomógł. Tam nie było ani jednego yida w zasięgu wzroku. To londyńskie psy tak mnie obracały. Przez kilka dni, mdlałem i byłem ogólnie fioletowo-granatowy. To był jeden z gorszych łomotów w mojej karierze. Chociaż mogło być gorzej. Mogli mnie skręcić!
Rok później przyjechali do nas na V rundę Pucharu Anglii. Przyjechało ich kilka tysięcy. Mieli nawet liczną grupę na Upper Bullens, której nikt nigdy nie zajął i w przerwie gwałtowne starcie miało miejsce w Tea Barze. Zaczęło się od małolata pe-es Kiddy, który siedział całą pierwszą połowę z nimi i był ocharkany od stóp po czubek baniaka. Wygraliśmy 2-0 i po meczu była mordownia najwyższej jakości. To były dwie konkretne bandy, które tłukły się całą drogę do stacji. Oprócz MU to była chyba najlepsza ekipa jaką widziałem na Evertonie. Same walczaki. Następnym razem, przyjechali w sezonie 84/85. Właśnie zdobyliśmy Puchar i mieliśmy nadzieję, że zawalczymy w lidze, ale roznieśli nas 4:1 Wyglądali niegroźnie. Tottenham właśnie taki był. Jak przegrywali, wielu świrów włączało się do akcji, zasilając ich szereg, ale jak wygrywali to w doborowych nastrojach, zostawili biznes w rękach profesjonalnych bandytów.
Następny mecz na West Brom. też wtopiliśmy, ale później, aż do kwietnia mieliśmy bardzo dobrą passę, przegrywając zaledwie kilka razy. W kwietniu pojechaliśmy na Tottenham. Środowa kolejka. Spurs viceliderem tabeli.,a my na szpicy. Uznano to spotkanie jako bezpośrednią walkę o tytuł. Na meczu 48 000 i największy wyjazd do stolicy w historii Evertonu. W pociągu było nas trochę i wylewaliśmy się z 7 Sisters. Przyatakowali gdy doszliśmy do sklepów i mnóstwo ich wybiegło z drogerii Boot'sa. Trochę nas było za dużo niż mogli połknąć. Słychać było jak się przekrzykują ze swoim irytującym akcentem:"Faking'ell! There are handrets of these cantz!" Wiele się nie pomylili. To był jeden z najbardziej rozkosznych spacerów jakie odbyłem w Londynie. Całą drogę trwały walki i dojście na White Hart Lane, zajęło nam wieczność. Weszliśmy na stadion już po pierwszym gwizdku. Jedna z najwspanialszych nocy w pięknej histori Everton FC. Zwycięstwo 2:1 praktycznie przesądzało o naszym mistrzostwie. Po meczu byliśmy w szampańskich nastrojach i były nas dosłownie rzesze. Pośród których zgubił się nasz element "h".
Psy zagrodziły High Road i kierowały wszystkich na stację Northumberland Park, gdzie czekał na nas podstawiony specjał. Dowdzący zabezpieczeniem oświadczył nam, że wzdłóż drogi na Seven Sisters, zgromadziło się setki Yids i jak chcemy, to możemy tamtędy iść,ale bez eskorty.
Skręciliśmy w lewo zgodnie ze wskazówkami pana policjanta, dołączając do hordy Evertonu. Wtedy jeden małolacik Spike wspiął się na murek i zaczął wydawać odgłosy charakterystyczne dla kurczaków. Zadziałało i myślę, że zarobiliśmy tym trochę szacunku u Londyńczyków. Pieprzyć to! - pomyśleliśmy. I chociaż bardzo powoli, poszliśmy na spotkanie żądnych naszej krwi Yids.


ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-08-2018, 20:42 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
09-08-2018, 01:20 #46
Doszliśmy pod knajpę "Czarny byk" i myślę, że oni się tam ztłoczyli. Spike znów wskoczył na estradę i swoje. Tym razem:"Champions! Champions!". To był taki moment, kiedy włosy ci się jeżą na karku. Wciąż to czuję nawet teraz gdy o tym piszę.
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i po prostu wjechaliśmy w nich. Chyba nie tego się spodziewali. Byli zdezorientowani, nie wiedzieli co robić, a my toczyliśmy epicki bój aż do samej Seven Sisters Road. A wszystko, dzięki zadziorności jednego małolata. Wtedy psy stwierdziły, że chyba z nami coś nie w porządku i kazali nam poczekać na eskortę. Ale mieliśmy wyje.bane. Nie potrzebowaliśmy żadnej. Byliśmy mistrzami na na boisku i po za nim też. Wsiedliśmy do metra a Żydy nie miały nawet do nas podejścia. To było piękne. Chwile takie jak te, nawet papieża uzależniłyby od futbolowej przemocy.
Spurs przyszli na Euston. Zawsze przychodzili. Zostali jednak odparci. To samo było rok później po środowym spotkaniu w Pucharze. Byli jedną z nielicznych ekip, która zawsze nas żegnała i za to będą mieli zawsze mój szacunek. Jeśli grałeś z nimi, dopóki pociąg nie ruszył ze stacji, wciąż mogłeś mieć nadzieję na starcie. Powiedziałbym nawet od startu do mety.
Wygraliśmy z nimi kilka zaciętych meczy i zwycięstwo z 85., zabiorę ze sobą d grobu. Raz jednak zaliczyliśmy tam podróż w nieznane. To był sierpniowy Bank Holiday. Pomyliliśmy stację szukając ich. Zauważyliśmy sporą grupę podejrzanych czarnych i chwilę później oświeciło nas, że wleźliśmy w sam środek karnawału na Notting Hill. Szczęśliwie dla nas. Było ich tam setki. Zjedliby nas, gdybyśmy czegoś spróbowali. Nie uciekaliśmy, ale dość żwawym tempem wróciliśmy do metra.
Londyn to by zawsze świetny pomysł na wypad,kocham tam jeździć. Ale też bardzo niebezpieczne miejsce,do którego trzeba mieć respekt. Zawsze. Nie ważne zakupy czy piłka, musisz trzymać gardę. Bo jeśli ją opuścisz i wyda ci się, że jesteś u siebie, będzie ci przykro. Zwłaszcza w chuligańskom raju zwanym the Tube.

Rozdział 5.
Z drugiej strony Parku

Wiele mitów wciąż funkcjonuje we współczesnym świecie. Jedne częściowo wiarygodne, posiadające jakieś walory prawdopodobieństwa, inne kompletnie oderwane od rzeczywistości. Niektórzy na przykład wierzą, że wszyscy czarni, mają przyrodzenie jak armata i potrafią tańczyć jak John Travolta. Nonsens. Znam czarnego typa co ma fiuta jak korniszonek i podryguje jakby odwrotnie buty założył. Największym jednak wymysłem ludzkim i kompletnym farmazonem jest historia o tym, że fani Evertonu i Liverpoolu, to najlepsi ziomale, którzy na derbach stoją ramię w ramię, a potem niezależnie od rezultatu piją browara racząc się scouserskim humorem. Gdy jedna z drużyn akurat nie gra,dowiadujemy się z dalszego ciągu tej legendy, jej kibice idą wspomagać dopingiem sąsiadów i nawzajem cieszą się ze swoich zwycięstw, bo każde z nich poprawia wizerunek miasta.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-08-2018, 01:23 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
09-08-2018, 10:46 #47
Co za kupa gówna.
Zgoda. Everton vs. Liverpool, to z pewnością nie to samo co Celtic-Rangers. Nie ta liga. Everton vs. Liverpool to nawet nie to co Man. Utd. vs. Man. City. Ani Newcastle - Sunderland. Ale twierdzić, że nasze mecze to wspaniały wypad dla całej rodzinki? Że nigdy nikt nie dostał po ryju, bo kochamy się wzajemnie?Kto wam to powiedział? Może ten ćpun z Kirkby co ostatnio widział Elvisa Presley'a w lokalnej smażalni.
Lata temu, pod koniec lat 70. i na początku 80., zdarzało się, że chłopaki działały wspólnie, głównie przeciwko Mancs i Cockneys. Derby to jednak zawsze była niewiadoma. Chociaż odpuszczaliśmy sobie, zawsze dochodziło do sporadycznych walk. Może szalikowcy chodzili nawzajem na własne sektory, ale nie rozmawiamy o nich. To nie są walczaki. Centrum miasta po derbach to zawsze było wredne miejsce. To nie była żadna zaplanowana przemoc. Po prostu coś, czego nie dało się uniknąć. Cały dzień na piwku. Mecz. Przeważnie nasza porażka. Piwko, piwko. Jeden okrzyk. Głupi żart. Od słowa do słowa i rozyebana głowa. Chcecie dowodów. Proszę bardzo. W całym swoim życiu byłem aresztowany może ze 20 razy za przestępstwa i wykroczenia związane z bójkami na meczach. 6 z tych 20, miały miejsce przed,w trakcie, lub po meczach przeciwko Liverpoolowi FC, albo Liverchoojowi, jak my ich tu pieszczotliwie nazywamy. (w oryginale Red Shite). Miałem rozbijane butelki na głowie, przeleciałem przez szybę witryny sklepowej, byłem przekopany w te i we w te na Church St. i przytrzymywany za ręce, czekałem na face lift gdy kopajt szukał w swoim płaszczu ostrza. Ja się nie żalę, bo za każdy z tych wpjerdoli, zapłaciłem z nawiązką. Chcę tylko, żeby ludzie uświadomili sobie, że nie jesteśmy jak Jimmy Tarbuck i Billy Butler (para bryt. komików z Liverpoolu). Ja i setki innych na Evertonie, nie pragniemy niczego bardziej na świecie, niż żeby te czerwone świnie spadły i żeby ta skoorwysyńska banda ich kibiców, przestała wreszcie przychodzić na nasz ukochany, chociaż już lekko sypiący się Goodison. Ich fani, przynajmniej ci szczerzy, a jest tam paru takich, potwierdzą, że do nas czują to samo. Potwierdzą ci, że wciąż się łudzą, że nasze balansowanie na krawędzi w końcu się skończy i w końcu polecimy na ryj. W rzeczy samej dla wielu spośród nich , stało się to obsesją i stali się tak samo żałośni jak my.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-08-2018, 10:53 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
09-08-2018, 13:29 #48
Prawda jest taka, że większość fanów z obu stron nienawidzą się szczerze nawzajem. Ja się tu nie wyróżniam. Prawdą jest też, że chuligani z obu stron kiedyś walczyli ramię w ramię za miasto i szacunek wtedy zyskany, dla niektórych pozostał do dziś. Tu wszystko jest jasne. Wielu starszych chłopaków, pracuje razem, legalnie lub nie i większość bramek w klubach to mieszanka scallies z Park End i Anfield Road End. To jednak nie oznacza, że mecze między nami przebiegają w spokojnej atmosferze i tylko idiota mógłby coś takiego zasugerować.

Zgorzkniały niebieski
Tak jak pisałem, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, derby nie wyglądały w naszym mieście, tak jak wszędzie indziej. Widywałem topowych chłopaków z Liverpoolu, jadących z nami do Manchesteru United i vice versa. Tak samo, firmy z innych miast walczyły z miejscowymi. Nieważne Liverpool czy Everton.Dla wielu Evertończyków punktem zwrotnym była tragedia na Heysel. Zasady się zmieniły. Nienawiść do Czerwonych rosła od tego czasu z roku na rok. Chociaż decyzyjni znali się dobrze.
Dzisiaj, to też się zmieniło.
Nie mogę im nawet pocisnąć za awanturę jaką wywołali przed meczem z Juventusem w 85.,bo jak dalej przeczytacie, sam tam z nimi byłem. Efektem tych zajść było wykluczenie wszystkich klubów angielskich z rozgrywek europejskich. My byliśmy mistrzami Anglii i tydzień później zdobyliśmy Puchar Zdobywców Pucharów. Strasznie nas korciło zmierzyć się z najlepszymi w Europie. Wykluczenie spierdolliło nam całkiem te plany. A reszta to już historia, jak to się mówi. Odeszły największe gwiazdy, odszedł menadżer. Nie pojawili się bogaci sponsorzy, a klub znany kiedyś jako Mersey Milionaires, wegetuje teraz w cieniu tych, którzy, w opinii wielu są winni, że do tego wszystkiego doszło. Nikt tak naprawdę nie wie, co by było gdyby nie zakaz gry w pucharach. Ja i wszyscy inni na Evertonie, jesteśmy przekonani, że na pewno nie mielibyśmy 40 mln. debetu na koncie i nie wydzwaniałby do nas TSB (bank) z instukcjami,dla naszego zarządu yebanych łbów, żeby sprzedać Wayne 'a Rooney i wyzerować długi. Podczas gdy Liverpool przyciąga światowe sławy na pstryknięcie palcami. Naprawdę, trudno to przełknąć.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
09-08-2018, 22:28 #49
Ostatnie dwa, trzy lata były szczególnie złe(książka została wydana po raz pierwszy na początku wieku. 2004?). Liczba fanów oglądających derby w "nieswoim" sektorze ,drastycznie spadła. Przestało to być bezpieczne. Nawet liczba fanów gości wyraźnie spadała, co oznacza, że dla niektórych derby wogóle przestały być bezpieczną rozrywką.Paru podkupionych nam zawodników, między innymi Nick Barmby i Abel Xavier, doyebało jeszcze do pieca. I nie chodzi o to, że podpisali kontrakty za śmieszne pieniądze, tylko, że ci zawodnicy woleli grać u nich za niewiele większą kasę. Tym się karmi nasza nienawiść. Mecz na Goodison w sezonie 2001/02 to sztandarowy przykład jak sprawy się pozmieniały. Sezon wcześniej graliśmy z nimi w poniedziałek wielkanocny. Początek meczu 19.00.Browar lał się cały dzień i co rusz dochodziło do starć. W prasie nam się dostało za brak szacunku podczas jakiejś tam minuty ciszy. Boże mój! Ile jeszcze tych minut. Wielu fanów z obydwu klubów uważa, że ofiarom tragedii na Hillsborough, należy się wieczny odpoczynek, a nie co roczne odgrzebywanie. Nie ma chyba kopajta, który nie zgodzi się z tym, że po tamtej tragedii, któryś klub okazał więcej pomocy, sympatii i współczucia, niż Everton FC. Teraz po latach zarzucają nam brak szacunku dla ofiar. Powinni pomyśleć o szacunku, gdy bezczeszczą pamięć ofiar katastrofy lotniczej pod Monachium, zanim zaczną rzucać kamieniami. Sami stoją w szklarni.
W następnym sezonie, na prośbę policji, mecz rozpoczął się o 11.rano. Zadziałało. Na meczu nie odnotowano żadnych ekscesów. Ale musicie zapytać liverpoolskich psów, czy dobrze się bawili, próbując o północy powstrzymać Everton przed wtargnięciem do knajp the Reds. Udało im się to co zaplanowali, zadowalając jednocześnie telewizję i władze sportowe, ale tak naprawdę odsuneli tylko kłopoty o parę godzin.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-08-2018, 00:34 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
10-08-2018, 00:31 #50
Będę szczery i przyznam się, że nienawidzę liverchoojów bardziej niż czegokolwiek na świecie. Oni nazywają nas bitter blues (zgorzkniali Niebiescy) i mają rację. Nienawidzę wszystkiego co z nimi związane. Drużyny, stadionu i ich poyebanego "You will never walk alone.".Nienawidzę przede wszystkim Phila Thompsona, asystenta ich menadżera, bo uosabia on w sobie wszystko co u nich najgorsze. Nawet większość ich graczy go nienawidzi i wiem to z wiarygodnego źródła. Ale z kilkoma wyjątkami, nie potrafię nienawidzić moich niektórych ziomków i kumpli. To chyba tutaj zrodziło się to wielkie nieporozumienie, że Everton i Liverpool to najlepsi funfle. Jak możesz nienawidzić chłopaków, z którymi dorastałeś, albo bliskich czy krewnych, czy najlepszego kumpla z roboty który zrobiłby dla ciebie wszystko? No jak? Tylko dlatego, że kibicują drużynie, której ty nienawidzisz? W moim mniemaniu jest to niemożliwe, ale nie zmienia to faktu, że w dzień derbów, Liverpool jest miastem podwyższonego ryzyka.

Church Street
Od wieków Liverpool zawsze pił na mieście, a my trzymaliśmy się Walton, głównie okolice County Road. Liverpool to drugi Man. Utd. i spora część ich kibiców to przybysze z daleka i z bliska. Wielu z nich jest z Irlandii. Dla nich centrum miasta to przystanek w drodze na mecz, lub z powrotem do domu. To właśnie dlatego są tam lepiej obecni. W ostatnich latach fakt ten był im bardzo na rękę, gdy po derbowych porażkach, składaliśmy im nieprzyjacielskie wizyty.
Zadziwię was może, ale największy łomot jaki wyłapałem od nich, to akurat nie były derby. To się zdarzyło w 1994., w sezonie, w którym o piczy włos uniknęliśmy spadku. Gdy po porażce w Leeds 3:0,która ustawiła nas w roli głównego kandydata do spadku, wysiadaliśmy na Lime Street, powitały nas śmiechy, wiwaty i okrzyki radości, wywołane naszą porachą. Ze złości rozgoniliśmy to całe towarzystwo z irlandzkimi paszportami, uzupełnione "Scousesersami" z Devonshire. Ruszyliśmy w miasto, ale do Korony nas nie wpuścili. Na bramce stoją tam chłopaki od nas i gdyby były z nami kłopoty, a to raczej pewka, straciliby pracę. True blue jednak. Podrzucili cynę, że winiarnia Yate'sa pęka w szwach od Liverpoolu. Wyszedłem na czoło i poprowadziłem naszą grupę pod wskazany adres. To był ciepły wieczór i oni wszyscy stali na zewnątrz, przy wejściu. Śpiewali: "Going down, going down! Going down!". Zaproponowałem chłopakom przyłączenie się do tego chóru i kiedy podeszliśmy, myśleli, że też jesteśmy z LFC. Tut-turu. Na ostatnich metrach, podciągnąłem tempo i z wysokoku pjerdolnąłem temu, co się wydzierał najgłośniej.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
10-08-2018, 21:52 #51
Oderwał się od ziemi i wleciał do środka bez międzylądowania.Przeszedłem do reszty zanim zorientowali się, co ich pjerdolnęło. Cofnęli się początkowo do środka, ale po dozbrojeniu w szkło, a zwłaszcza po upewnieniu się, że nie ma nas zbyt wielu, zrobili się odważniejsi. A gdy dołączyła policja, zdobyli nawet przewagę. Ruszyliśmy wtedy do Hanovera. Gdy już wykruszyliśmy się dobrze, zjawili się oni, domagając się wskazania odpowiedzialnego za wywołanie poprzedniej awantury. Ja już wtedy chooj w nich wbijałem, ale została nas garstka. Nie mieliśmy innego wyjścia, tylko wyjść do nich. Jak to zwykle my, podzieleni, sami sprawiając sobie ból głowy. W moim przypadku o mało nie skończyło się czymś więcej niż tylko migreną. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cały czas za nami idą, więc weszliśmy w Church Street i uderzyliśmy do "Krokodyla". Zaatakowali jak zwykle. Od tyłu.
Dwóch bardzo zadziornych od nas zostało za nami. Gdy dwie dyszki oblazło ich jak robactwo, nie cofnęli się o pół cala, ale głośno dawali nam znać, że potrzebują wsparcia. Nawet przez głowę mi nie przeszło, żeby po nich nie wrócić. Kilka osób z podobnym nastawieniem było jak najbardziej pożądanych, chociaż ... Nie zauważyłem, że to była pułapka. Złapałem jednego z nich. Wziąłem krótki rozbieg i wsadziłem mu łeb do bódki telefonicznej. Przez szybę. Dopadły mnie jak wilcy. Dostałem billą od billarda w banie i osunąłem się na kolana. Walczyli między sobą, który kopnie moją głowę najdalej. W przerwie próbowałem się podnieść. Dostałem przez łeb poprawkę. Ktoś krzyczał "Dajcie mi kosę." O nie. Podniosłem się na kolana i użarłem skoorwiela w łydę. Udało mi się oderwać i jako tako pozbierać. Wszyscy inni walczyli i byli dość zajęci. Nikt nie miał czasu przychodzić mi z pomocą.
Jakoś dociągneliśmy do "Crocka". Plułem krwią. Zabrali mnie do Royal (szpital). Tam trzymali mnie kilka godzin. Miałem złamane sześć żeber i dwa palce. Najbardziej ucieszyło mnie, że nie mam 6 calowej szpary na policzku. Wciąż w złych snach, jak się nażrę tłustego przed spaniem, słyszę głos tej pisdy szukającej noża. Gdy śpię normalnie, śni mi się, że spotykam tego koorwikłaka mano a mano. Bez sprzętu, w ciemnej ulicy. Tylko my dwaj.

[Obrazek: 52e48a1663814587ca319a8d9df31dfb.jpg]
Liverpool's Royal Infirmary - największy szpital na Merseyside.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-08-2018, 21:56 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
11-08-2018, 08:13 #52
The Blob shop
Innym razem kiedy wyłapałem oklep, to było już w samym Yate'sie. To co dostałem to moje, ale bez porównania z tym co zrobili mojemu dobremu ziomkowi. Pochlastali go. Pochlastali go dobrze. Zaczęło się znów w Hanoverze. Mieliśmy tam małą ekipkę, ale to nie byli kolesie, na których można było polegać. Po kolejnych derbach w plecy, doszli oni do wniosku, że najlepszym remedium na gorycz porażki, będzie zwycięstwo w dogrywce. Strzał prosto w ich bramkę. The Yate's Wine Lodge, ulubiona knajpa kibiców the Reds, znana powszechnie jako Blop Shop. Nie powiem, żebym się przypalił do tego pomysłu. Były tam nie tylko wszystkie, chłopaki od nich, ale też każdy kopajt od Dover do Aberdeen,czekający na pociąg do domu. Tak czy siak dobrze podlany piwem plan, został uknuty. Pomimo moich obaw i wątpliwości. Mieliśmy tam podejść, zrobić obczajkę i przejąć kontrolę nad areą przy wejściu, jeśli będzie nas na tyłu. To nie miała być w żadnym wypadku misja samobójcza. Ale jak to bywa, wypadki nie zawsze czytają scenariusz. Prawdę mówiąc, to było szaleństwo. Nie widzę tego, żeby oni zdecydowali się na podobną imprezę. Natomiast u nas co roku,objawiały się jakieś oddziały samobójcze, zawsze gotowe do ostatniej akcji. A jak oni, to i ja.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nasze skromne 50, zmieniło się w kompletnie niedorzeczne 20.Niektórzy znacznie bardziej od samobójczych misji, cenili sobie Big Maca. Wielu udało się więc w miejsca, które naszym celem nie były wcale. Gdy dotarliśmy w pobliże, potwierdziło się to co i tak wiedzieliśmy. Było ich tam zatrzęsienie. 200 przynajmniej. Nie ma co. Spjerdalamy. Przynajmniej część z nas zachowała resztki zdrowego rozsądku. Każdy, kto był tam po maczu Liverpoolu na Anfield, będzie wiedział o czym mówię,bo miejsce to po prostu pęka w szwach, tak, że aż im wystają czerwone odbytnice stamtąd. Gdy już zawracaliśmy po cichutku, dwie świnie zaczęły się prać. Jednej pękła szklanka na głowie. Wszyscy nagle spojrzeli na laski i na nas. Patrzyli tępo próbując dodać 2 do 2. Choć z widocznym wysiłkiem, znaleźli odpowiedź i wszyscy na raz ruszyli na nas.
To nas uratowało,bo wszyscy na raz przez drzwi się przecisnąć nie mogli. To i to, że miałem kontener z gazem łzawiącym. Inaczej by nas tam zabili.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
11-08-2018, 17:10 #53
Zaklinowali się w drzwiach, ale jeden z moich kumpli został pchnięty w ich stronę. Gdy ruszyłem by go pozbierać czerwony burak rozbił mu butelkę na głowie, poczym poprawił wbijając mu tulipana w policzek. To było okropne, ale udało mi się zagazować tego skoorwiela i pomogłem wstać mojemu ziomkowi.
Butelki i szklanki latały wszędzie. Strefa wojny. Chyba się przestraszyli, bo nie wychodzili, tylko stali w środku i prowadzili zmasowany ostrzał. Kobiety piszczały, ale kilka przyłączyło się do ćwiczeń w trafianiu do celu. Wszyscy obwiniali nas za wywołanie awanti. No w teorii, to rzeczywiście byliśmy winni, ale za naszą głupotę płaciliśmy słono. Nie ma nic za darmo. Nie wiem jak to się stało, że przeżyliśmy, ale przeżyliśmy. Mam nadzieję, że tym, którzy w McDonald's spotkali się, hamburgery smakowały, tak samo jak nam gorycz porażki. Mój kumpel miał okropną ranę na twarzy. Miał też dobrą pracę w dziale sprzedaży. Piszę miał, bo gdy koniobijca jego szef go zobaczył, skreślił od kopa jego nazwisko z listy płac. Bał się, że z taką blizną, będzie odstraszał potencjalnych klientów. Kumpel z odszkodowania, które dostał, założył własny biznes i teraz powodzi mu się bardzo dobrze. To jedyny pozytyw po tamtym wieczorze. Ostatnia rzecz jaką pamiętam, która spotkała mnie tamtego dnia, jest świetnym podsumowaniem wszystkiego co wtedy się wydarzyło. Dostałem billą prosto w łeb i straciłem przytomność. Ktoś z Evertonu rzucił nią w wysypujących się z Yate'sa Czerwonych, ale chybił. Pocisk odbił się od ściany i trafił mnie w tył głowy. Dobranoc.

the cunard
Jeden z moich najsłabszych wyników, jakie odnotowałem w rywalizacji z sąsiadami, miał miejsce w the Cunard, niedaleko od Royal Court. Było nas tam tylko paru, gdy nagle do środka wjechał gang około 30 urchins. Byłem trochę starszy niż oni. Czekałem na Marka Duvall. To był jeden z topboy'i w ich ekipie. Siedziałem z nim, trochę wcześniej. Położył się na 3 lata za pocięcie kilku Jocks (Szkotów), na stacji benzynowej niedaleko Carlisle. Mój najlepszy ziom Billy wypuścił się trochę nazywając urchins, czerwone nosy,gdy sobie podśpiewywali pod barem. Typ od nich, niejaki Dellar, zayebał mu z grzywy. Wkoorwiłem się strasznie i zapytałem go, czy chciałby mi tak zayebać. Chciał. Kolejnym forantem złamał drugi nos w ciągu minuty. Wpadłem w szał, ale jego kumple już go wypchneli na zewnątrz. Wyszedłem do niego i "zaprosiłem go do tańca". Zgodził się, ale gdy ściągnąłem katanę, trafił mnie jeszcze raz i jeszcze. Przyznam się, że parę sztuk wyłapałem. Poszedłem się doprowadzić do porządku, wróciłem do środka i rzuciłem się na nich wszystkich. Odyebało mi, wbijałem chooj. Nie dbałem ilu ich jest i co mi zrobią. Dojadę tą koorwę, choćbym miał go ściągać całą noc. Moi kumple prosili, żebym się uspokoił. Nie ma takiej opcji. Pojawił się Duvall i dostał koorwy, gdy usłyszał całą historię. W porządku typ. Stanął po mojej stronie i kazał Dellar'owi, wyjść ze mną ponownie . Tym razem wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Próbował skrócić dystans, ale nadział się na lecącą o czasie obrotówkę. Na brodę. Momentalnie sflaczał, więc przekopałem go dla dobrej miary. Żeby poprawić humor mojej złamanej kichawie. Duvall i the Reds namawiali mnie, żebym już dał spokój, jako, że był już koniec uczciwej walki. Tamten choojek próbował jednak sprowadzić mnie do parteru. Byłem jednak za silny dla niego. Dźwignąłem go i pjerdolnąłem nim na wystawę sklepu zoologolicznego. Tam było wszystko. Papużki, kanarki, iguany, świnki morskie, chomiki i chooj wie co jeszcze. Cała ta miaucząco-gdakająco-sycząca menażeria, wpadła w szał.
Na koniec zajechała psiarnia i trzeba przyznać, że Dellar się zachował i powiedział, że pobiliśmy się o świnkę. Nie tą z wystawy, morską, tylko normalną. O panienkę. Podaliśmy sobie graby.
Jedyny raz co go później widziałam, to było na pogrzebie Marka Duvalla.


ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-08-2018, 17:23 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
11-08-2018, 23:51 #54
Mark zmarł w wyniku bójki ze swoim bratem. Został uderzony deską w głowę. Kilka tygodni wcześniej, ja i Mark walczyliśmy z ekipą Leeds. Mark dostał wtedy cegłą w głowę. Myślę, że to naruszyło już spoistość kości i uderzenie jakie otrzymał podczas bratobójczej walki zostało zadane dokładnie w ten sam punkt i miało tragiczne skutki. Rodzina straciła dwóch synów, jako że drugi, został skazany za zabójstwo. To był chyba najsmutniejszy pogrzeb na jakim byłem. Jego bratu zezwolono być obecnym podczas kremacji, ale stał między dwoma psami, zakuty w kajdanki. Od tamtej pory nie mam ani miligrama szacunku dla policji.
Dzień po sparingu w the Cunard - agonia. Mimo to dotarłem na niedzielny mecz naszego British Legion w lidze 5tek.W poniedziałek już jednak nie dałem rady. Łeb miałem spuchnięty jak dziecko z wodogłowiem. Myślałem, że mi go rozsadzi. Pojechałem na pogotowie. Lekarzowi dyżurnemu, wkręciłem, że miałem zderzenie czołowe z kolegą, grając w piłkę. Nie wiem czy łyknął, ale widział, że kiepsko ze mną i wysłał mnie z punktu na rentgen. Miałem złamaną kość policzkową i potrójne złamane nosa. Musieli mnie operować tego samego dnia. W szpitalu leżałem jeszcze przez tydzień. Czułem się i wyglądałem jak rzadkie gówno. Z moim rzymskim profilem mogłem się pożegnać. No i jeszcze parę lasek od tamtej pory, dało sobie ze mną spokój, bo chrapię naprawdę przeyebanie.
Kumpel, którego spotkałem wcześniej tamtego dnia, dowiedział się o moich heroicznych wyczynach. Zadzwonił do mnie i przypucował się, że wtedy jak byliśmy w knajpie wrzucił mi do drina nieświadomkę. Dobrego pigsa. Poczułem się rozczarowany, bo myślałem, że taki ze mnie kawał żelaza. Twardy i zadziorny. Ziomuś jednak obiecał, że nikomu nie będzie o tym rozpowiadał i żaden Czerwony na bank się niczym nie dowie.

Scousers united
To były złe czasy z Czerwonymi. Ale spędziliśmy z nimi też fajne chwile. Aż do Heysel. Inny cytat z książki pana Francis'a, że: "Zawsze łączyliśmy się z Liverpoolem, walcząc przeciwko Mancs'om". Prawda jest taka, że tak się zdarzało, ale teraz to już bardzo rzadkie przypadki. Jak mieliśmy jakiś bezpłciowy wyjazd, a Mancs mieli przyjechać do miasta, to czemu nie zostać i się nie pokazać. Ale napewno to nie była stała praktyka, może z wyjątkiem paru gier w pucharach. Ja na przykład nie przepadałem, za spędzaniem dnia, na oglądaniu meczu z naszymi "ukochanymi" Czerwonymi. Oni chyba częściej jeździli z nami niż my z nimi, bo u nas była zwarta grupa. Same chłopaki. A u nich setki, jak nie tysiące W większości same fiuty. My na wyjazdach zawsze trzymaliśmy się razem i razem szukaliśmy wrażeń. Zupełnie inaczej niż u nich. Więc sporo z nich zainteresowanych przemocą odwiedzało nas kiedyś. Wielu to były naprawdę dobre chłopaki. Tacy jak Mark Duvall. To był zaybisty gość, w chooj dobry. Nigdy nie miałem problemu z tym, że jest za Liverpoolem.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-08-2018, 23:58 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
12-08-2018, 12:58 #55
Mecze Liverpoolu, na które wybrało się parę osób od nas, to był przede wszystkim, finał Milk Cup(Puchar Ligi) na Wembley w 82. przeciw Spurs i w 83. przeciwko Man. Utd. To był fajny wypad, jako, że nasi nie mieli wtedy szans na występ na Wembley. Patrzyliśmy na to, jak na tradycyjną frajdę jaką organizujesz w wolny dzień. Ale to były dni frajdy głównie dla przeciwnika. Ten pierwszy z Tottenhamem to było szaleństwo. Przed meczem nikt nie wypłacił nawet jednego strzała, ale Liverpool wygrał 3:1 i po meczu piekło zostało spuszczone z łańcucha.
Czekałem na schodach na zewnątrz. Nie miałem specjalnie ochoty, na oglądanie ich z następnym pucharem. To co zobaczyłem po prawej, wyglądało jak armia mrówek, opuszczająca mrowisko. Wyglądało, że każdy Yid na tym meczu miał biało-czarnego wełnianego orzeszka na głowie i z góry, prezentowali się naprawdę imponująco. Wróciłem z powrotem, bo miałem do wyboru oglądać tych fiutów biegających z pucharem dookoła boiska, albo biegać dookoła Wembley i oglądać się czy kibice Spurs mnie doganiają. Między młotem a kowadłem. Nie wiedziałem co mam wybrać.
Gdy Liverpool zaczął wychodzić, zostali ztłamszeni. Spurs dostali korby. Jazda trwała do samej stacji metra i w moich oczach, londyńskie psy mocno się pogubiły tego dnia. Przez to wiele rodzin z dzieciakami z Liverpoolu, znalazło się w samym środku tego wszystkiego. Myślę, że Old Bill chciał się odegrać w ten sposób na Scousers'ach, za wszystkie problemy jakie sprawiali podczas wizyt w stolicy. Macie za swoje. Dojechałem na Euston niedraśnięty, ale całą drogę myślałem tylko o tym, jak bardzo chciałbym tutaj być, tylko i wyłącznie ze swoją ekipą. Z całym szacunkiem dla Liverpoolu, tego dnia widać było, że nie stanowią godnego rywala dla miejscowych. Zupełnie odwrotnie niż na boisku. To była niezbyt miła podróż.
Rok później kilka osób od nas, wybrało się z nimi na finał przeciwko Manchesterowi United i przymierzając, to było jeszcze gorzej niż rok wcześniej.
Pojechaliśmy "normalnym" na Euston, ale większość chłopaków od nich wsiadła do specjala. Jechał później, ale bilet był za pół ceny. To była zawsze ekipa sknerusów. Gdy dojechaliśmy na 10.,stacja była kontrolowana pół na pół, Scousers i Mancs. Były jakieś incydenty, ale nic wielkiego.
Szkoda, że nie znałem Mancs'ów tak dobrze jak znam teraz. Oni wszyscy wtedy, jak zwykle spotkali się na Swiss Cottage i zrobili tam jubilera, Tom shop. Tłusty hajc.
Po meczu, który te gnoje wygrały znowu, cały Liverpool zebrał się na trawnikach przed blokowiskiem i ruszył na parking dla autobusów. Początkowo pogonili Mancs'ów, ale wtedy United się przegrupował i skontrował. Udało im się rozbić Liverpool na dwie grupy. Jedna znalazła się na stacji Wembley Central, a pozostali, na Wembley Park. Zgodnie z prawem Soda, ich główne siły powinny trafić na Wembley Park i tak też się stało. Liverpool znów pogonił ich dwa razy i znów po przegrupowaniu, MU zaatakował. Tym razem skutecznie. Gonili nas przez dobre dwie mile. Bitwa za bitwą, przerywane przez policję. Pały ich trochę przystopowały, a nas wrzucili do metra na Euston. Gdy tam dojechaliśmy, dworzec pękał w szwach od Liverpoolu. Zaczęli podstawiać specjały. Jeden za drugim. Gdy parę już odjechało na halę dworca wjechał United, prowadzony przez Cockney Sama i pojechali tam po wszystkich, przejmując kontrolę w kilka minut. Gdyby Czerwoni trzymali się razem do końca, byłaby zażarta walka. Ale nie była. Bo się nie trzymali.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
12-08-2018, 15:35 #56
Mersey-finały na Wembley
Pierwszy raz kiedy graliśmy z nimi na Wembley, to był finał Milk Cup w 1984 roku. W sobotnią noc do kupy razem było nas kilka koła na mieście. Żadna ekipa Cockneys nie pojawiła się w zasięgu wzroku, pomimo wysyłanych gróźb, że jeśli przyjedziemy, zostaniemy zrobieni. Przed meczem tysiące, zamknięto na zewnątrz i miliony przed telewizorami mogło oglądać jak ludzie skaczą z wież 40 stóp i są wciągani na sektory przez Czerwonych i Niebieskich. Cud, że nikt nie zginął. W meczu był remis, ale jak zwykle, w powtórce na Main Road, zostaliśmy oszukani przez sędziego. Przynajmniej Man. City w odróżnieniu od Cockneys, parę dni wcześniej, miał jaja i pokazał się ekipą.
Środek ciężkości, jeśli chodzi o dominację na murawie, zaczynał się przesuwać na naszą stronę. Pierwsze derby na Wembley, wygraliśmy po zdobyciu Pucharu Anglii i zwycięstwie nad Watford w finale. Pokonaliśmy Liverchooj w meczu o Tarczę Dobroczynności. Po raz kolejny obie ekipy przejęły kontrolę nad miastem i nie było nikogo kto by nam dostarczył jakiejś rozrywki. No może z wyjątkiem wielkiego wrednego bramkarza. Przed meczem wbiliśmy w paru do klubu nocnego na West Endzie. Trochę żeśmy się wygłupiali, takie tam walenie w chooja. Pajacowaliśmy trochę. Wtedy ten wielki ponury cyborg podbił do nas i ostrzegł nas, że jak nie przestaniemy robić obory, to napjerdoli nas każdego z osobna, albo wszystkich na raz. Jest mu obojętne. I że będzie nam bardzo przykro. The faking winna will be only one. Wzięliśmy sobie jego słowa do serca i nigdy potem tego nie żałowałem. Jak się okazało, to był Lenny "the Guv'nor" McLean. To było jeszcze zanim miał podgolone włosy, jak w "Porachunkach". Miał obrzydliwe pekaesy, nie miał karku, za to bary miał jak gorilla silverback. Przerażające monstum. Miły typ, ostry skoorwiel, nie mam pytań.


Lenny "the Guvnor" McLean [Obrazek: cb90e06ab82cf4f6dce2041409083017.jpg]
Tu jako Barry the Baptist [Obrazek: 9d81144ebd9c0cf9473509f49a46da1b.jpg]
Z bokobrodami i bez [Obrazek: e55e75140349fa78ef74cdffc684f4cc.jpg]

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-08-2018, 15:40 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
12-08-2018, 17:48 #57
W następnym sezonie, wygraliśmy ligę i zdobyliśmy Puchar Zdobywców Pucharów. Przegraliśmy tylko Puchar Anglii w finale. Ale gazety pisały tylko o jednym. O katastrofie na stadionie Heysel. Dla wielu, przelała się kropla goryczy. W następnym sezonie straciliśmy dabla na korzyść tych gnoji. Na Wembley przerżneliśmy 3:1,pomimo, że do przerwy prowadziliśmy 1:0.I tak trzymaliśmy się razem, bo poszła fama, że Millwall czeka na Leicester Square. Ale to był fałszywy alarm, więc zamiast tego, splądrowaliśmy okolicę. Potem była tragedia na Hillsborough i nie chcę się zagłębiać w dyskusję jak to tam wszystko było. W moich oczach, wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się tamtego dnia, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Jedno jest pewne. Powtórkę półfinału i finał, mogli sobie darować, albo chociaż przełożyć. Puchar mogła wtedy zdobyć tylko jedna drużyna i to nie był ani Nottingham Forest, ani Everton. Nie wiem czy to miał być hołd złożony ofiarom, czy były jakieś przyczyny natury finansowej. FA zdecydowała, że trzeba grać dalej. Ściągnięto ogrodzenia, a oba kluby otrzymały dodatkowe bilety.
Nie było niespodzianki, gdy przegraliśmy finał Pucharu z Liverpoolem. Cały świat życzył im zwycięstwa, by uczcić pamięć 96 osób, które straciły życie tamtego tragicznego dnia w Sheffield. Cały ten mecz to była pomyłka. Mnóstwo ludzi, którzy pojęcia nie mieli o futbolu, wzięło udział w mszy żałobnej, odprawianej przez FA. Z usunięciem ogrodzenia to nie był najlepszy pomysł, bo gdy wyrównaliśmy w ostatniej minucie meczu, doprowadzając do dogrywki, setki naszych wjechało na murawę. Oczyszczenie jej zajęło wieki. Ale skończyło się happy endem i Liverchoojki wygrały w końcu. Ich kibice wybiegli na murawę i fair play dla nich, zrujnowali drużynie rundę honorową. Myślę, że to był odpowiedni hołd dla ofiar i ich rodzin. Nie mam za to żadnych ciepłych słów dla tych co zaczęli kibicować the Reds, dopiero po tragedii. Przed meczem kombinowana ekipa uzgodniła, że zrobi jubilera. Niestety operator 10 kilogramowego młota, za bardzo przyciął trzonek i narzędzie utkwiło w witrynie po pierwszym uderzeniu. Włączył się alarm i poszliśmy w długą, zostawiając go obiema nogami zapartego o ścianę niczym Spiderman i próbującego wyrwać narzędzie. Udało mu się uciec, ale dla urodzonego Evertończyka,to był bardzo zły dzień. Dzień bez trofeum. Pod każdym względem.
Tydzień później Arsenal przyjechał do miasta i świat oczekiwał na sprezentowanie Liverpoolowi drugiej połowy podwójnej korony. Arsenal nie zapoznał się ze scenariuszem i gol w ostatniej minucie dał tytuł Kanonierom. Gdy ich autokary jechały w dół Priory Road, rozradowani kibice Evertonu, zatrzymywali je wręczając im całe zgrzewy browara na drogę. To było piękne zakończenie sezonu dla Liverchooji, a widok Steva McMahona we łzach, bezcenny.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
13-08-2018, 00:07 #58
trzy z najlepszych
Niezawsze przegrywaliśmy z tymi gnojami. Przez kilka lat, nie było szans, żeby nam z nimi nie poszło. Byli naszymi chłopcami do bicia. Z wszystkich meczy jakie twoja drużyna rozegrała z śmiertelnym wrogiem, zawsze masz jakieś ulubione. Oto moje trzy.
Najlepszy pojedynek derbowy jaki oglądałem, to było 4:4 w Pucharze Anglii. Wyszli na prowadzenie 1:0 i obsraniec przedemną zaczął podskakiwać z radości, więc dostał klapsa w dziąsło. Spojrzał na mnie i chociaż wyglądał na wrednego skoorwiela po prostu sobie siadł na doopie. Na początku drugiej połowy strzelili nasi i wybuchnąłem radością. Gdy odświętowałem gola i chciałem usiąść, ten typ przedemną obrócił się i zayebał mi w łeb. Szok, ale fair play, pomyślałem. Gdy znów wyszli na prowadzenie, znów dostał czopsa,za którego zrewanżował mi się, gdy po raz drugi wyrównaliśmy tuż przed końcem. Kiedy strzelili na 3:2,powiedziałem mu, że jak chce sobie poskakać, to niech wypjerdala na Park End. Ztlenił się. Przegapił końcówkę i trzy ostatnie gole. Na powtórce go nie widziałem. Wygraliśmy 1:0.Gdybym był na jego miejscu, skręciliby mnie, albo pojechałbym do szpitala, ale jak widać typek nie był w stanie przyjąć więcej.
Innym razem wygraliśmy na Anfield, pierwszy raz po 14 latach, po golu Grahama Sharpa, który został wybrany golem sezonu w plebiscycie Match of the day,w sezonie 84. Zajęliśmy około jednej trzeciej The Kop i wybiegliśmy na murawę gdy Sharpie strzelił. Wróciliśmy na trybunę Kemlyn Road i wszyscy Czerwoni tam wkrótce mieli nas dość. Zaczęli wychodzić 20 minut przed końcem. Przed ostatnim gwizdkiem zostaliśmy praktycznie sami na stadionie i śpiewaliśmy: "Going down! Going down, going down!". Mieliśmy lidera a oni byli w ostatniej piątce.
Jednak moim ulubionym spotkaniem, był pierwszy mecz za kadencji Joe Royles'a. Oni mieli lidera a my byliśmy na samym dole. Wygraliśmy z nimi 2:0. Duncan Ferguson ustrzelił pierwszego i Poul Rideout drugiego w ostatniej minucie. Wszyscy staliśmy z przodu, gotowi do inwazji na boisko po końcowym gwizdku. Gdy Rideout strzelił drugiego, wyskoczyłem, będąc święcie przekonanym, że setki innych podążają za mną. Że nie będą czekać do końca. To było na żywo na Sky Sports i byłem jedynym zyebem na murawie. Wyglądałem jak zwykły frajer, targając zelówy przed ścigającymi mnie stewardami i policją. Kibice Liverpoolu buczeli i gwizdali, więc pomyślałem "Yebać to."i wyskoczyłem do ich sektora na trybunie Bullens Road. Momentalnie zostałem spluty od stóp do czubka głowy i przyjąłem kilka kuksańców, ale zaraz przejęli mnie stewardzi i odprowadzili do pomieszczeń policji. Gdy przechodziliśmy pod naszym sektorem, wszyscy wstali i zaczęli mi bić brawo. Tamtego wieczoru byłem bardzo dumny z siebie. Jak nigdy w życiu. To był dobry dzień.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-08-2018, 00:13 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
13-08-2018, 02:35 #59
życie i śmierć
Czasy "przyjacielskiej rywalizacji" na naszych stadionach już się skończyły i nie sądzę, że kiedykolwiek powrócą. Dla mnie to straszna strata, bo paru moich dobrych ziomali to Czerwoni i mógłbym przy nich skubnąć naprawdę dobry pieniądz. Nienawidzę wszystkiego co dotyczy klubu, ale nie zamierzam zrywać kontaktów z ludźmi, których szanuję. Oni czują to samo, jeśli chodzi o mnie. Byłem ostatnio w pubie i światkowałem pewnemu, wydawałoby się, niecodzienne spotkaniu. Około tuzina topowych chłopaków z obydwu stron spotkało się w tej knajpie. Gdy się skończyło, rozmawiałem z tymi, których znałem dość dobrze. Jak się okazało, było to cotygodniowe spotkanie typów, którzy kontrolują bramki we wszystkich klubach w mieście. Każda z ekip miała swojego numer 1 i jego skrzydłowego. Oni między sobą rozstrzygali wszystkie sporne sprawy, które pojawiły się po weekendzie. Mr. X zgodził się, że jednego z jego ludzi poniosło i złamał chłopu witę. Typ otrzyma odszkodowanie. Mr. Z przyznał, że jego ziom zbytnio się uniósł i wyjebbał komuś z drugiej strony. Rachunek za implanta zostanie uregulowany. Wszystko zostało wyjaśnione w niespełna godzinę. Wszyscy z tych ludzi byli praktycznie byłymi chuliganami, z dłuższym lub krótszym stażem. Bądź to w bojówce Niebieskich, bądź Czerwonych. Myślicie, że jest dyskusja o strefach wpływów i o wysokości przychodów? Nie sądzę.
Jest też gang złodzieji i włamywaczy, którego członkowie są kibicami jednego bądź drugiego klubu. Raz ekipa ta planowała tydzień włam do dużego sklepu dizajnerskiego. Ale jak go już zrobili, to nie zostawili tam jednej pary majtek. Myślicie, że ktoś by się wycofał, bo typ który załatwił śmieciarkę do wywiezienia łupu, był za Liverpoolem? Taki chooj.
Nie zawsze jednak takie misje kończą się pełnym sukcesem. Kiedyś wycinali prawie całą noc otwór w dachu magazynu. Nad ranem okazało się, że to nie jest hurtownia fajek, tylko hurtowa sprzedaż soli. Typ, który zapanował tą robótkę, nazwijmy go tutaj Peter, pojawił się kiedyś w sklepie mojego kumpla z ogromnym kryształowym kandelabrem. Peter myślał, że może uda się skubnąć parę funciaków, na skupie metali kolorowych, warte to będzie więcej od funta kłaków. Kumpel zgodził się mu przetrzymać badziewie w komórce, w takim składziku. W drewutni. Na drugi dzień Liverpool Echo donosiło o tym, że zabytkowy żyrandol z kryształu, wart okrągły miliony funtów sztyrlingów, został skradziony z St. George Hall, podczas prac renowacyjnych. Porzucili go na poboczu drogi, a złotówa co go znalazł był bohaterem na Merseyside przez kilka tygodni.
Bilety to następna maszynka do zarabiania pieniędzy, ale gdyby chłopaki nie potrafiły ze sobą współpracować i przy pierwszej okazji skakaliby sobie do gardeł, cały zarobek chooj by strzeli. To samo odnosi się do Manchesteru, gdzie połowa koników jest z Old Trafford, a druga połowa ex Man. City. Każdy potrzebuje kasy i cieszę się, że jak mam jakiś kryzys finansowy i muszę coś przyrobić na prędkości, znam paru Czerwonych, którzy mają takie możliwości.O wiele więcej sosu jest do zgarnięcia na Anfield, gdy grają z Barceloną, niż u nas gdy podejmujemy Crystal Palace w trzeciej rundzie Worthington Cup. Sukces jaki odniósł Liverpool FC, przełożył się na spadek formy ich elementu "h". Teraz ten klub to przede wszystkim biznes. [Obrazek: b22fa9703b496bc24522616547025bae.jpg][Obrazek: 80235e02ef4fe238b2b75a36ab2118e6.jpg][Obrazek: aea0f8f943f69ddda7a89efd5c9dfcdc.jpg]

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-08-2018, 07:46 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
13-08-2018, 09:37 #60
Element z ulic, który do tej pory zajmował miejsce na trybunach, jest zastępowany, przez clownów z Devon, z kieszeniami spuchniętymi od gotowizny. Gotowi wydać horendalne pieniądze na bilety i w klubowym sklepiku. O bilecie na sobotni mecz na Anfield, właściwie można zapomnieć. W środku tygodnia jest łatwiej. Z Devon i z Dublina ciężko zdążyć, we wtorek, lub w czwartek,a samoloty z Karachi nie lądują na John Lennon. Dopiero w drugiej połowie. Jako ekipa, ciężko im teraz uzbierać 30 chłopaków do kupy. Chociaż patrząc na ich fanpejdże, to mają zayebistą firmę. Zwłaszcza w wakacje i w ferie zimowe.
Policyjny wywiadowca, odpowiedzialny za rozpracowywanie chuliganki przy LFC,którego nazywaliśmy Will Carling, częściej bywał na naszych wyjazdach niż na meczach u nich. Policja wogóle była posrana, żebyśmy się jakoś kuchennymi drzwiami nie załapali do Europy. Na pewno nie byłoby tak wszystko ładnie i pięknie jak na Liverpoolu. Jeśli potrzebują wciąż mogą uzbierać nieprzyjemną ekipę i zawsze taką jeżdżą na Old Trafford. Jednak większość chłopaków w moim wieku, zajęła się zarabianiem pieniędzy. Nikt nie będzie tego ryzykował dla szsmotaniny na Ipswich.Bill Shankly powiedział raz, że futbol nie jest sprawą życia i śmierci,że jest czymś znacznie ważniejszym niż to. Co za stek bzdur. Twoja rodzina, bliscy i przyjaciele, praca i dom, to są naprawdę ważne rzeczy w życiu Dużo ważniejsze od dwóch gier na sezon przeciwko Liverchoojowi. Tylko stary szkocki cap może uważać inaczej.
Podsumowując, Liverpool vs. Everton to nie Celtic vs Rangers, ale atmosfera nigdy nie była jeszcze tak wroga jak obecnie. Nienawiść, która narastła do nich po Heysel, teraz wraca do nas z podobną siłą. A jeszcze niedawno wielu z nich życzyło nam zwycięstwa w finale Pucharu nad Man. Utd.Przyznaję uczciwie i otwarcie, że nienawidzę tego klubu i jego kibiców pasjami. Bo jak powiedział nasz kapitan Brian Labone:"Jeden Niebieski, wart dwudziestu Czerwonych." Ale nie nienawidzę moich ziomków. Czy mogę ich winić, że jak wielu, wielu innych, kibicują Liverchoojowi?

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-08-2018, 10:02 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.






Skocz do: