Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
03-08-2018, 09:55 #21
Może niektórzy z nich nie szukali kłopotów, ale pewnie nie mieliby nic przeciwko gdyby one znalazły ich. Mecz skończył się remisem 1:1,gdzie każdy z zespołów przestrzelił po jednym wapnie. Atmosfera na stadionie była wroga, mówiąc oględnie.
Zaraz po meczu, znany trik, który nie został jeszcze rozkminiony. Zwykli fani skręt w prawo, my za nimi. Fani prosto na dworzec. My skręt w lewo w poszukiwaniu MU. Łup! Dostałem pałą przez łeb. A ty, gdzie się wybierasz scouse bastard? Bardziej niż ten klaps służbową pałą, podkoorwiło mnie to pytanie zadane słodko przez policyjnego konstabla. Szybciej niż zdążyłbym powiedzieć Dibble, wylądowałem na glebie z rozłożonymi nogami , a pan dzielnicowy instruował mnie słodkim głosikiem, w którą dziurę wepchnie mi swój atrybut władzy, jak jeszcze raz spróbuję się oddalić od eskorty. Wkręciłem mu, że przyjechałem busem i, że cała ta stówa znikająca za zakrętem, korzysta z tego samego środka transportu. Popatrzył na mnie niepewnie i machnął ręką. Ładny kangurek, cioto. - dorzucił na odchodne. Powinienem go posłuchać, tam i wtedy. Zrzucić łach i wyje. bać go do śmieci, ale żal mi było. Poza tym pod spodem miałem tylko koszulkę na ramiączka. Nie namyślając się zbytnio, ruszyłem w żwawy pościg za naszą grupą. Nie udało mi się.
Miałem jeszcze jakieś 20 yardów do naszej bandy, gdy z bocura wyłoniło się ze dwie dyszki. Nasi myśleli, że to Mancs i ruszyli na nich, ale to były jakieś capy w czapeczkach Celtic/Everton. Takich łączonych, co były trendy w tamtych czasach pośród plastikowej chuliganki. Jeden z nich zaczął wrzeszczeć o setkach Man United, ścigających ich wszędzie. Mówił prawdę. Zanim zdążył sobie poprawić swoją wełnianą czopke, już za wzgórza wysypywała się masa Czerwonych. Durny okrzyk Zulusów, nie tylko przyciągał psy, ale też upewnił mnie, że to nie byli United finest. Bo na poprzednim meczu nie robili hałasów, nie robili zamieszania, tylko jechali z interesem, profesjonalnie. Wiedzieli, że potrafią. Bez dodatkowych efektów specjalnych, typu "macho". Utworzyliśmy szereg w poprzek drogi. Poczekaliśmy, aż przeleci pierwsza fala pocisków. Teraz. Ruszyliśmy na nich. Odpalili wroty od kopa. Nawet bez pojedynczej wymiany. Albo byli tacy ciency, albo to była.. No właśnie. Za winklem okazało się, że to była pułapka. Dobre dwie stówy rozgrzewało się tam, szykując się na nasze przyjęcie. W odróżnieniu od dwóch poprzednich starć, Everton walczył z polotem. Nie straciliśmy głowy. Ruszyliśmy na nich i powoli zaczęliśmy spychać w dół ulicy. Zobaczyłem, że na lewo odemnie typ w bluzie rugby reprezentacji Anglii, nurkuje do skipa. A na nas mówią szczury. Zobaczył, że go przytyczyłem i chciał wyskoczyć na mnie, ale zahaczył się o krawędź skipa i wypjerdolił na doopę 6 stóp odemnie. Zamiast zdoopcać, próbował na powrót wskoczyć do kontenera i gdy się z nim zrównałem, zobaczyłem po co. Cwana gapa miała tam skitraną maczetę. Drapnąłem mu żelazo z przed nosa. En Garde! Stanąłem twarzą do niego i jego bandy. Myślałem, że zrobi ostry jak moje ostrze w tył zwrot. Ale nie zrobił. Twardy skkurwiel nie cofnął się ani o cal. Ale jego ziomkowie równo wyszli z bloków i go zostawili. To mu podcięło skrzydła i próbował spjerdolić po cichu, na paluszkach. Teraz? Jak się sprawy nie poukładały? O nie stary. Daleko mi nie uciekł, nawet bez pomocy nadbiegających moich funfli. Zawinął się na latarni, pędząc niczym ślepy rumak. W parę sekund zaczęła się rąbanka i essa-essa. Wiele osób do dziś uważa, że to ja go wtedy oprawiłem, ale to nie byłem ja. Koniec tematu. Cięcie.
Dodam, że niespecjalnie wzruszyła mnie jego historia i szerokie rany cięte nie zrobiły na mnie wstrząsającego wrażenia. Żadnej traumy. No combat ptsd. Chyba nie miał niewinnych zamiarów jak sobie chował tą maczetę w skipie. Nie mam wątpliwości, że by jej użył gdyby miał taką szansę.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.


the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
03-08-2018, 14:08 #22
Sloczyłem mnóstwo pojedynków pięściarskich na meczach. Nie należę do tych Scousers'ów, którzy kroją ludzi od pierwszego wejrzenia. Ale jak to mówią, czasem trzeba gasić ogień ogniem. Nie pamiętam, żebym nie mógł zasnąć tamtej nocy, myśląc o jego obrażenisch. Trzeba mu przyznać, że nawet się pozbierał i jakoś dowlókł do swoich,zanim przegrupowaliśmy się do kolejnej szarży. Tym razem rozganiając ich na dobre. Zostałem wypchany na przód i zanim się obejrzałem, prowadziłem atak, wciąż machając zdobycznym karczownikiem nad głową. Krótkotrwałą mieliśmy radochę. W powietrzu dało się słyszeć policyjne syreny, co oznaczało koniec zabawy. W minutę, osiem przeistoczyliśmy się z pałających żądzą krwi agresorów, w biednych misiów, co się zgubiły w drodze na stację. Jak najbardziej potrzebowaliśmy ochrony policji i asysty panów oficerów, bo te miejscowe łobuzy nas zaczepiają i chcą nas bić. Taką przynajmniej podkręciliśmy plodowi bajerę . Ile razy można mieć zonka w ciągu jednego dnia?
Akurat pozbyłem się maczety, deponując ją w żywopłot, a na krawężnik wjeżdża policyjna suka i wypróżnia swoją zawartość na nas. Tuzin najbardziej wkoorwionych mendziaży jakich dane mi było spotkać w całej mojej karierze. Wszyscy mieli długie pały i poważne problemy behawioralne. Przede wszystkim kontrolę emocji, a raczej kompletny jej brak. Na meczu było jakieś 60 000 widzów i setki policjantów na służbie Więc ile płacili u buka, że pierwszym psem , który wyskoczy z vana będzie ten sam goguś co mi yebnął pałą w łeb i którego potem wkręciłem, że idę do zaparkiwanego busa.Minutę po tym, jak prawie poćwiartowaliśmy jednego z autochtonów No ile? Szanse na coś takiego były minimalne. 750 000-1.Żałuję, że nie postawiłem chociaż dychu, bo w momencie gdy pierwszy wychylił się z suki, w moim uchu, które zdążyło już dobrze spuchnąć, usłyszałem znajomy, już nie tak słodki głos. "No i gdzie koorwa ten twój pjerdolony bus, ty kłamliwa scouse-pizzdo?". Otoczyli nas, kipisz i oświadczyli nam, że zostaniemy odprowadzeni na dworzec, a każdy co choćby zejdzie z krawężnika, od kopa jedzie na dechy. Za jakieś pół mili dojechało jeszcze parę radiowozów, a za nimi karetka. Z ambulansa wprowadzono dobrze zakrwawionego manca, którego ledwo było widać z pod opatrunków.. Sprawiał wrażenie, obrażonego na cały świat, a na naszą ekipę w szczególności. Mój "znajomy" pies, wziął go pod ramię i mówi :"Chodź. Pokaż, który gnój ci to zrobił." Jeszcze wdepnąłem w psie odchody jak nas tam ustawili pod ścianą. I oto jestem. Stoję sobie dumnie, z bardzo wątpliwymi perspektywami na przyszłość. Próbuję się wmieszać w tłum, błyszcząc zdrowo, niczym produkt kalifornijskich pomarańczarni w moim kangurze. W bucikach uwalanych psim gównem. Brawo ja. Równie dobrze mogłem mieć przebranie clowna z wirującą muszką do kompletu. Gdy podchodził zbliżył się i wyszeptał wiekopomne te słowa - "To twój szczęśliwy dzień. Nie rosjebie się scous'ie." Jak odchodził, paru z United, stojących na uboczu, zaczęło z rozczarowaniem rozkładać ręce. "Jak to? To był ten, w pomarańczowym! " - krzyczeli. Ale tamtego zabrali już z powrotem do karetki.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-08-2018, 16:20 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
03-08-2018, 18:20 #23
No i pojechał do ambulatorium gdzie tłusta pielęgiara czekała na niego z igłą i nitką w swoich tłustych łapach.
Kilka lat później gdy rywalizacja trochę przygasła, albo przynajmniej straciła na ostrości, stało się to za sprawą rozejmu wymuszonego przez koników z obu miast, którym krwawe zajścia psuły interes, jeden z czołówki United, odciągnął mnie na bok i zagadał, że wtedy byli przekonani, że to ja, ale gdybym został wtedy oskarżony, to typ czekałby latami na kasiorę z odszkodowania. Więc prawilnie trzymał mordę na kłódkę i łyknął sześć koła rekompensaty przed końcem roku, za cenę trzydziestu paru szwów, którymi siostra przycerowała mu łeb do szyji. Wszyscy zadowoleni. Coś w tym rodzaju.
W poniedziałek rano zaniosłem Hugo Bossa do komisu odzieżowego. Cieszę się, że zleciał. Obiecałem sobie, że następnym razem jak będziemy z nimi grali, to załóżę coś mniej jebiącego po oczach. Nie musiałem długo czekać, bo za parę tygodni, graliśmy z nimi finał Pucharu Anglii na Wembley.

Kto się śmieje ostatni
Graliśmy ten mecz, trzy dni potym jak zdobyliśmy Puchar Zdobywców Pucharów w Rotterdamie. Zwycięstwo na Wembley, dawało nam potrójną koronę. Po pierwszej części tygodnia spędzonej w Holandii, wycieczka na stadion dwóch wież, nie miała szans się przebić. Ale nie spodziewaliśmy się, że sprawdzą się nasze najgorsze oczekiwania. Wylądowaliśmy na dworcu Euston około 7.rano,wciąż jeszcze odczuwając skutki przedawkowania wszystkiego, co miała do zaoferowania piękna ziemia holenderska. Nie był to najlepszy początek dnia gdy w hali dworca spotykaliśmy typka od nas, który zawijał się już w drogę powrotną. Powiedział, że dopadł ich gang cockney'i, jak pili pod pubem niedaleko Arsenalu. Pocieli mu plery na pół, a doopę na cztery.Później byli ścigani dłuższy czas, aż wpadli na ekipę Man. Utd. Niezbyt mądrze, poprosili ich, żeby razem uderzyć na ten Arsenal. Nie dostali odpowiedzi, dostali za to wypjerdol. Miał dosyć. Sprzedał bilet i zarzekał się głośno, że już nie jeździ. Śmieszna rzecz jak dobry wpjerdol różnie oddziaływuje na różnech ludzi. Jeden się podniesie, otrzepie, zaciśnie zęby i pięści. Ko-ko jumbo i do przodu. Inni zmieniają się w opętanych żądzą zemsty lunatyków. Są i tacy, co wykoleją się na dobre i tyle ich widzieli, tak jak było w przypadku tego typka. Moja filozofia życiowa jest taka. Nieraz na meczach byłem sam ofiarą brutalnego pobicia. Znalazłem się na drugim końcu kija. No cóż kto mieczem wojuje, ten raz na wozie raz pod wozem. Częściej, albo rzadziej. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem jakimś zgorzkniałym weteranem. Po prostu nie biorę tych rzeczy do siebie. Dlatego też mam tyle szacunku dla tego typa z MU, co go pocieliśmy parę tygodni wcześniej.
Potem spotkaliśmy dobrą bandę od nas, która trafiła czołówkę United na dworcu Paddington. Weszli do pubu pełnego manców zupełnie nieświadomi niczego. Wyjechali szybciej niż weszli, ale jeden z naszych miał asa w rękawie, to znaczy młotek i przy pomocy tego narzędzia, przechylił ważące się szale zwycięstwa. Do południa Euston i okolicę zapełniły się hooltajami i łobuzerką. Nasz problem polegał na tym, że nie były to nasze hooltaje, ani nasze łobuzy, więc zwiatrowaliśmy się stamtąd bez ociągania. Wylądowaliśmy na Swiss Cottage na drinka. To samo co na Euston. Jazda na Leicester Square, ta sama historia. Wszędzie to samo. Gdzie byśmy nie poszli, klientele stanowili wyłącznie fani Czerwonych Diabłów. No to koorwa pojechaliśmy wartko na to Wembley. Z wszystkich moich wizyt na Wembley, nigdy nie widziałem tak przytłaczającej dominacji jednej ze stron. United był wszędzie, nawet przemieszani na naszych sektorach.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-08-2018, 11:06 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
03-08-2018, 23:53 #24
Sam mecz to też była żenada. Nasi po tryumfie w Europie, podobnie jak my, wciąż odczuwali skutki uboczne i mieli jaja na plecach. Gol Normana Whiteside'a, który pozbawił nas trible'a nie zdziwił mnie w ogóle. Chwilę wcześniej sędzia odesłał Kevina Morana i gang United na naszych miejscach, zaczął sobie urządzać podśmiechójki, rzucając w nas wszelkimi możliwymi wyzwiskami. Po golu Whiteside'a skończyła nam się cierpliwość i zostali przekopani. Lekcja na przyszłość:Jak siedzisz nie na swoim sektorze, to siedź cicho. Nawet, albo zwłaszcza po golu.
Dwie rzeczy ostro mnie wkurzyły przy tej bramce. Jak sobie obejrzycie replaya, to za bramką stoi łysy typek w ciemnym garniaku, który omal nie wpadł na boisko, świętując soczyste uderzenie Dużego Normana. A cóż to za postać tam stała za słupkami? David Davies, który stoi teraz na czele pieprzonej Football Asocjacji. Neutralny bardzo, w doopę kopany. Po drugie, nasz ówczesny kapitan Kevin Ratcliffe napisał w swojej książce, że po czerwie dla Morana, atmosfera na trybunach była tak nienawistna, że bali się o bezpieczeństwo swoich kobiet w loży honorowej. Gdybym o tym wiedział, eskortował bym je osobiście, a potem wpadł na murawę i wyjebbał z grzywny temu zjebowi Davisowi, bo jak się później okazało to była chodząca choojoza. Nie dostałem takiej szansy, za to zostałem spałowany za burdy,. Siadłem sobie w cieniu dwóch wież na schodach i ze smutkiem myślałem o tym, że Everton znów zawiódł swoich fanów, ale jeszcze smutniejsze było to, że fani zawiedli Everton. Wsparcie jakiego im wtedy udzieliliśmy było żałosne, delikatnie ujmując. Co za niestałość w uczuciach. Najlepszy sezon w historii klubu, a my jeszcze narzekamy. Najlepszą rzeczą przy porażce w finale Pucharu jest to, że kiedy zwycięzcy robią rundę honorową, ty masz czas zorganizować chłopaków. Zebrało się nas ze sześć dyszek i chociaż liczba niezbyt imponująca, to wszyscy tam mieli ochotę odegrać się za porażkę na boisku. Ruszyliśmy w dół Wembley Way w poszukiwaniu ekipy Manchester United. Muszę przyznać, że przez całe moje chuligańskie życie, na palcach jednej ręki mógłbym policzyć przypadki gdy walczyłem nie z kibolami tylko z ludźmi, których ta cała zabawa nie interesuje. Tego dnia był jeden z tych wyjątków od mojego skromnego kodeksu honorowego. Odeszliśmy zaledwie z 200 yardów od stadionu i wpadliśmy w tłum, który oglądał mecz w hotelu Hilton Wembley. Oczywiście był to tłum Czerwonych. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, yebać ich. Ale oczywiście jakaś morda niewyparzona, musiała w nas rzucić "Scouse pisdami". Słowo klucz, które otworzyło bramy piekieł. Barany nie wiedzieli nawet z której strony nadeszło pjierdolnięcie. Zakładaliśmy im pachołki drogowe na alkoholem stępione łby i praliiśmy po nich barierkami, aż huczało.Głupim,biednym skiurwysynkom groziły jeszcze mandaty za zaśmiecanie, bo leżeli nieprzytomni, porozrzucani po chodnikach, aż po Wembley Central. Taki burdel zostawiliśmy za sobą. Szliśmy dalej wąską uliczką gdzie większość frontowych ogródków obrośnięta była wysokim na chłopa żywopłotem. Nagle naprzeciw nas wyłoniła się grupa cockney Reds (fani MU mieszkający w Londynie). Ruszyliśmy na nich, ale zawrócili na pięcie. Więc ruszyliśmy w pościg za nimi. Świadkowałem wtedy sytuacji, gdzie paniczny strach wywołuje nieodnotowywane stężenie adrenaliny w organiźmie, które z kolei przekłada się na tak zwane zdolności nadprzyrodzone. Jednego z tych ściganych dopadliśmy na glebie. To był wielki chłop, któremu poplątały się nóżki podczas ucieczki. Gdy się zawalił na ziemię, ktoś krzyknął "Chlastać go!" Słowa te zadziałały jakby spalił grudę czystego cracku. Powrócił błyskawicznie do pozycji horyzontalnej i przebiegł przez zieloną, solidną ścianę żywopłotu, pozostawiając w niej dziurę zbliżoną kształtem do jego wielkiego cielska. Ja wiem, że takie rzeczy to tylko w kreskówkach z królikiem Bugsem, ale przysięgam wam, widziałem to na własne oczy. Staliśmy w osłupieniu niezdolni do pościgu, gdy nagle ten skoorwiel wyleciał z następnego ogródka niosąc nad głową głaz, z przepchnięciem, którego lodowiec miałby kłopoty. Gdyby ta skała wylądowała na czyjejś głowie, szanse na identyfikację zwłok, byłyby takie same jak po trafieniu średniej wielkości asteroidą. Na szczęście kamol wymsknął się strongmenowi i ten poszedł w długą po raz drugi w odstępie minuty. Gdy doszliśmy do siebie, w paru próbowaliśmy dźwignąć potężny menhir, ale wymagało to chyba jakichś zdolności podobnych do tych, które posiadali druidzi odpowiedzialni za budowę Stonehenge, albo sterydów najnowszej generacji. Typek chyba zaliczył następnego dnia wizytę w szpitalu, w celu wstawienia jaj z powrotem na właściwe miejsce. Zaraz potem przejęła nas Metropolitan police i wysłała na Euston. Wysiedliśmy na Euston Square, jeden przystanek przed dworcem, licząc, że weźmiemy manców z zaskoczenia. Zaskoczył nas widok 400 osobowej bandy United na placyku dworcowym, którą ledwo co powstrzymywała ze setka psów. Przyatakowaliśmy tak bez przekonania, na szczęście pały przegoniły nas do czekającego pociągu, bo mogło być różnie.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-08-2018, 01:28 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
04-08-2018, 14:41 #25
No to wyrządziliśmy im jakieś szkody, ale patrząc na całokształt, to był kiepski dzień. Nauka na przyszłość, że jak nie masz dobrego składu to United i Wembley nie są kombinacją, którą wartoby sobie zawracać głowę. Sezon skończył się tak jak się zaczął, na Wembley, ale jedno spojrzenie po naszych twarzach i jasnym było, że ten sezon uświadomił nam, że nie jesteśmy tacy sprytni i tacy zorganizowani jak nam się wydawało.
Spotkaliśmy się z United 4 razy. 2 zwycięstwa, remis i porażka. To na boisku, a po za? Mniej więcej na remis. I po najlepszym sezonie w naszej historii, to jednak oni się śmiali ostatni.

Dowódca i Strzał
Następne parę sezonów minęło bez fajerwerków, jako, że na scenie kibolskiej pojawił się acid house i scena techno. Jednak gdy dochodziło do spotkań z Man. Utd. zawsze coś się działo.
Były takie przypadki jak ten, gdy w dziesięciu wylądowaliśmy na Piccadilly. Dwóch czy trzech poszło na małą obczajkę i momentalnie nadziali się na ich ekipę. Jednego z naszych, Kinney'a, tak wtedy pocięli, że można było oglądać jego nerkę gołym okiem.
Raz przeszliśmy tam przez centrum handlowe Arndale niczym plaga zwana amba-fatima. Złodziejska szarańcza. O w pół do drugiej, wracaliśmy już do domu, bez jednej bójki, za to świetnie zaopatrzeni w odzież i gadżety.
No i potem była słynna bitwa na promie pomiędzy West Ham InterCity Firm i United, w którą ekipka Evertonu też była zaangażowana.
Jeden z najlepszych sparingów z nimi, mieliśmy na Goodison, jak przyszli na krzesełka na Park End Stand. Pod koniec meczu zwarta grupa od nas czekała na jednym końcu trybuny, a oni byli na drugim. Po meczu poczekaliśmy, aż wszyscy sobie pójdą i zeszliśmy na dół pod Tea Bar. Żadnej policji, żadnych miłośników kanapek z krewetkami, tylko dwie drużyny przy piłce. Zbiegliśmy na dół po schodach. Prosto w manc'ów. I były ich tam setki, może nawet tysiące. Dawaliśmy radę,dopóki się nie zjarzyli ilu nas tam jest. A raczej ilu nas tam nie ma. Pogonili nas z powrotem na trybunę, na spotkanie tej mniejszej grupy, którą obserwowaliśmy w trakcie meczu. I jazda od nowa. Wjechała psiarnia i nie bez problemów zaprowadziła jako taki spokój.Wtedy psy zaczęły nas wyprowadzać ze stadionu. Gdy United zobaczył naszą garstkę nie mogli wyjść z podziwu. Obie ich bandy podniosły się i zaczęli nam klaskać. Owacja na stojąco od największego rywala. Mieliście coś takiego? Hę? Miły gest. I wtedy rzucona lotka wbiła się jednemu z naszych chłopaków prosto w twarz.
Innym razem mieliśmy starcie z Cockney Reds, w barze, w podziemiach hotelu Adelphi, w Liverpoolu. Cockney Reds. Zabawni kolesie. Tak jakby w Londynie nie mieli dobrych ekip, do których możnaby się podłączyć. No cóż. Pokazaliśmy im tamtego dnia. Wjechaliśmy. Rzucili w nas trochę szkła. Wyszliśmy. Oni za nami. Prosto w półapkę, której myślą przewodnią było-"Zagazować chamów". I po problemie.
Prawdę mówiąc, to nie mam nic przeciwko Czerwonym z Londynu. Byłem na finale Pucharu Liverpool-Manchester United w 1996., bo pracowałem przy biletach. Skończyłem w pubie kilka przystanków od Wembley. Gdy weszli oni. Chciałem się ewakuować cichaczem, ale mnie rozpoznali. Powinnem skończyć przekopany jak ziemniak we wrześniu, ale dwóch typów od nich, Wayne i Messar, wygładzili nastroje i pozwolili mi odejść. Teraz uderzam nawet na browara z nimi. To dobra brygada. Jednego tylko nie mogę pojąć. Czemu nie chodzą na Millwall, albo na West Ham jak lubią zadymy?Przecież nie chodzi o wyniki, bo te typy jeździły na Old Trafford, gdy wyników tam nie było i gdy mieli gówniany zespół.
Z dowództwem Armii Czerwonej, przyszło mi się zapoznać na jednym środowym meczu. Puchar Ligi na Goodison. Czasy 200głów w ekipie, to była już zamierzchła przeszłość. Po meczu, który przegraliśmy 1:2, zebraliśmy może z pięć dyszek. Nie był to zły wynik, jak na tamte czasy. Czekaliśmy na nich pod Padokiem, ale nie wyglądali na zainteresowanych. Nigdzie nie mogliśmy wypatrzyć żadnej formacji zwartej. Wtedy jeszcze nie jeździli z nimi Hibbs'i ani Fan club Oldham. Poszliśmy, więc dookoła, zobaczyć, czy ktoś będzie wracał z Lime Street. Małolaty twierdziły, że widzieli skromną ekipę, która przyjechała późno furami i mini-busem. Więc poczekaliśmy na nich pod parkiem.
Nagle krzyk:"Tu są!". Wyskoczyliśmy i zobaczyliśmy gang urchins'ów, tyrający czarnego typa wzdłóż ulicy. Na Evertonie zawsze to samo story. Jak się zaczyna coś dziać, to czarnym kolesiom niełatwo jest się ukryć w tłumie. Ale wstał i wyszedł na prowadzenie w wyścigu o swoje życie. Gdy doszliśmy do wniosku, że to kolejna zabłąkana ofiara, która znalazła się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie, BANG! I siedzę na doopie. To byli oni. Magnificent 17-jak mówi o nich, ich czołowy zawodnik Massey. Śmietanka United.
Udało mi się wstać i mieliśmy tam żywą wymianę ciosów. Nikt nie spjerdalał. Nikt się nie cofnął. Nikt nie wygrał i nie przegrał. Epickie starcie czołówek obydwu zespołów. Mam dla nich tony szacunku za tą walkę, bo kiedy leżałem na deskach, mogli mnie przekopać, aż na ostry dyżur, ale to nie był ich styl. Lata potem, Dowódca skrzydła, sam czubek ich elity, wyjaśnił mi, że ten czarny na ulicy nie był hool'sem,Janusz jakiś, ale Massey to przyciął i ich tam przywiódł na miejsce.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-08-2018, 14:52 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
04-08-2018, 16:31 #26
Później był ścigany po całym Liverpoolu(mowa o tym czarnym typie), a kiedy dotarł wreszcie do swojej fury, miał rozyebaną przednią szybę. Nigdy więcej już nie pojechał na mecz. Powiedział mi też, żebym się nie gryzł tym specjalnie, że jedną latarą, zgaszono mi światło, jako że elektryk odpowiedzialny za tą fuchę, to wyjątkowy spec w tych sprawach, znany pod pe-esem 1Strzał. Miałem zaszczyt spotkać nietylko 17Wspaniałych, ale też DowódcęSkrzydła i Strzała, którzy zrobiliby fortunę otwierając Chińczyka (w angielskim oryginale Dowódca i Strzał to Wing&One).

Szacun
Po tym spotkaniu, zaznajomiłem się z większością czołówki United . Zawsze podkreślają, że ekipa Evertonu, będzie im się źle (czyli dobrze) kojarzyć, zwłaszcza z przełomu lat 70.i 80.,kiedy to jako nieliczni goście, dobrze się bawiliśmy na Old Trafford. Karmiąc naszą pychę, stawiają nas dużo wyżej w swoich rankingach od chociażby takiego Liverpoolu. Tak jak wspomniałem. Jak napisał Mickey Francis w swoju knigu. Liverpool miał zawsze dobre ilości, ale Everton miał zawsze najlepszych walczaków. To samo dodawała śmietana United.Say no more. Więcej dodawać nie trzeba.
United do dnia dzisiejszego uchodzi za supermocarstwo. Gdy trzeba potrafią wystawić skład nie z tej ziemi. Uwielbiają metkę - SuperFirm. Myślałem, że podczas rozgrywania finału FA Cup na stadionie Millenium w Cardiff będzie rzeź, bo Soul Crew to jedyna siła, która może się mierzyć z United jeśli chodzi o liczby. Ale jak widać psom tam udało się póki co, zapobiec jakimś zakłóceniom porządku na masową skalę.Ostatnio odwiedzali nas przeważnie w składach 200 osobowych. Nie robią już na mnie takie bandy większego wrażenia. Za duże jak na dzisiejsze czasy, zwłaszcza, że połowa tam to statyści lubiący się pokazać na przedstawieniu. Ale zawsze tam było te osiem dych, średnio po 3-5,co już chyba dorosła i powinna wiedzieć lepiej.
Zam osobiście większość ich głównych twarzy i nie mam problemu skoczyć z nimi na browerek. Odpuścili mi parę razy, choć mieli na widelcu, więc musisz mieć szacunek dla takich chłopaków. Jedno co mnie trochę drzażni to to, że się stali trochę taką ekipą do wynajęcia. Po frenczyzę się teraz do nich chodzi. I nie mówię tu o Cockney Reds, bo ci mają swoją firmę, która dba o swoje własne interesy, tylko o Szkotach i tych paru kolesiach z Leeds, co trzymają się MU na międzypaństwowych. Co dalej? Może jeszcze Liverpool przygarną, żeby zwalczać połączone siły Man. City i Everton?Jakoś tego nie widzę.
Pomimo szacunku, o którym tu piszę, nienawiść pomiędzy Manchesterem i Liverpoolem jest wciąż żywa i pała na dobre. Tu nic się nie zmienia. Parę lat temu mała ekipka LFC przeprowadziła cicho-ciemną misję na knajpę przy Salford Quey i poderżneli tam gardło jednemu z ich przywódców. Policja oskarżyła paru Scousers'ów i gdy wychodzili z sądu za kaucją, wpadli prosto w zasadzkę United. Jednemu odrąbali palce gdy zasłaniał głowę przed ciosem maczetą. Wiecie co? Nie raz byłem w sądzie, ale dostać taki wyrok?! Wolę się położyć, albo prace społeczne.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-08-2018, 19:40 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
04-08-2018, 20:50 #27
Sprawca tamtego zdarzenia to obecnie najbardziej znienawidzony typ na Man. Utd. Gdyby ofiara (z piękną blizną od ucha do ucha) nie przebywała teraz w zakładzie karnym, odsiadując 8 lat za dragi, to nie ma wątpliwości, że ten typ z Liverpoolu zostałby dawno zrobiony. Uraził wiele osób przechwalając się swoim wyczynem.
Za bliskie kontakty z czołówką United, dostaje mi się trochę od chłopaków na Evertonie. Ale cenię sobie te znajomości, zwłaszcza, że to sami pracusie, przy których można skubnąć parę funtów na biletach na mecze i koncerty. Na jednym spotkaniu LM, wychodzisz parę paczek do przodu, więc tylko głupi zamieniłby taki łatwy sos na bójkę maślaną dwa razy do roku.
Sezon 2001/2002 to najlepszy przykład, jak bardzo się uspokoiło. Oglądałem mecz ze skyboxa z jedną szyszką od nich. Po meczu dołączyło do nas, jeszcze 5 czy 6, wysoko postawionych od nich. I udeżyliśmy do kufloteki. Kiedyś to byłoby niedopomyślenia. Na Old Trafford oglądałem mecz z Dowódcą i potem też daliśmy dobrze w palnik. Mogło się wtedy nieciekawie skończyć, bo wtrakcie pomeczowej biby zadzwonił do mnie p.o wodza tego wieczoru Larry, z krótką informacją, że: "Idą po nas." (W knajpie w której piłem z Wing Commanderem był sam crem de la crem United.) Na szczęście Dibble ich zgarnął, ale było blisko. Takie sztosy pokazują, że u niektórych nienawiść i wola walki to nie są żadne choroby wieku dziecięcego, ale permanentne skrzywienie, które nie przemija nigdy.
Cokolwiek się wydarzy w przyszłości, tamte dni, gdy dwie ekipy po 400 osób toczyły bitwy od świtu do nocy, już nie wrócą. Szlachtowanie, sztyletowanie, rąbanki i rabunki. Tego już nie ma. Angielski futbol już tego więcej nie zobaczy.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-08-2018, 20:55 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
05-08-2018, 02:06 #28
Rozdział 4.
Na południe od Watford
CHOCIAŻ Z WYJAZDÓW NAJBARDZIEJ KOCHAM te do Manchesteru, rzadko zdarza mi się przegapić mecz w Londynie. O ile Manchester był zawsze ciasny i niejasny, to na południe od Watford, zawsze czekała cię wielka przygoda i fantastyczny wypadzik. Zaznaczam jednak, że to nie wycieczka szkolna. Miejsce z kategorii:Niebezpieczne. Dlatego tak lubiłem tam jeździć.
Myślę, że cała sceneria tam, ma w sobie to coś. Czar i urok tego miejsca, pozwala znaleźć piłkarskim chuliganom to coś, co wyzwala w nich adrenalinkę. Człowiek się tam nie nudzi, chociaż to nie miejsce na relaks. Od momentu wysiadki na Euston potrzebujesz wsparcia całego zespołu. Nie ma srania po krzakach. Jeśli tego nie ogarnąłeś, to przynajmniej w latach 80. bęcki były pewne. Widziałem naprawdę wielu ludzi, opatrujących liczne rany w drodze powrotnej z naszej stolicy. W mojej książce Londyn to przede wszystkim stolica futbolowej przemocy, a dopiero później siedziba rządu, parlamentu i panującego monarchy.
Jeśli jakikolwiek wynalazek w historii, został zaprojektowany z myślą o piłkarskich chuliganach dążących do urzeczywistnienia apokaliptycznej wizji globalnego kotła bitewnego, to wynalazca owego cudu był człowiekiem zesłanym z niebios, a jego wspaniały twór nazywa się London Underground, metro, the Tube. System podziemnej kolejki, który dla niegrzeczniuchów lubiących posty i figle, był jak jaskinia Alladyna. To, że w latach 80 nie odnotowano tam zbyt wielu wypadków śmiertelnych, będących efektem bójek pomiędzy kibicami, to był jakiś pieprzony cud. Mówię wam. To był pieprzony cud. Nic, tylko pieprzony cud to był. Porównywalny z wykarmieniem pięciu koła, paroma dorszami i dwoma koszami pieczywa. Tam było zło. Chociaż mieliśmy zaułki na Scotty Road i labirynt ciemnych alejek na Walton, z the Tube nie było porównania. Zazdrościliśmy im tego. A Cockneye byli fachowcami i w każdej kolejce pokazywali przyjezdnym różne sztuczki z metrem.
Moje rankingi nie różnią się zbytnio od większości. West Ham to najbardziej przej.ebane miejsce. Na wszystkich innych stołecznych stadionach, gdzie pojawiliśmy się firmą, mieliśmy dobre, albo bardzo dobre rezultaty. Włączając w to Millwall w 89.Ale szczerze to nie przypominam sobie naszego dobrego występu na Upton Park. Przynajmniej nie w czasach jak ja tam jeździłem.
Zrobiliśmy Chelsea w 84' po wieczornej piątkowej grze. Zrobiliśmy Spursów dwa lata z rzędu w 85. i w 86.Straciłem rachubę ile razy goniliśmy Arsenal w górę Highbury Hill. Na West Hamie tak nie było. Jakoś nigdy nie udało nam się pojechać tam, tak dobrym składem, jak na inne londyńskie stadiony.Prawdę mówiąc nie ma się czym chwalić. Cena za bilet na London Euston jest zawsze taka sama. Nie ważne z kim grasz. Więc tak sobie myślę, że niektórzy się pietrali, bo to były groźne skoorwysynki. W mojej opinii, było się czego pietrać, ale to nigdy nie powinno cię zniechęcać do wyjazdu.
Nie lubię tych tophoolist ale gdybym miał podać moją klasyfikację, to byłby:WHU, potem Tottenham, Chelsea i Arsenal. Nie graliśmy zbyt wiele z Millwall, a o reszcie nie ma co wspominać. Tak. Wiem. Mówiąc to, mam w pamięci klapsy, które wyłapaliśmy na QPR. Chyba najgorsze jakie dostaliśmy w Londynie. Należy im się odrobina glorii i chwały.
Może niektórych dziwi, że dałem Tottenham przed Chelsea, ale Spurs zawsze nas żegnali na Euston. Zawsze po meczu byli tam ekipą i nie raz braliśmy się tam za łby do późnych godzin nocnych. Chelsea tymczasem wolała polować w obrębie własnej posiadłości. Raz jak się wypuścili za Edgwar Road, zostali na Kings Cross przeczesani i przycięci jak żywopłot na wiosnę. Arsenal dojrzewał z wiekiem i już w 1988., kiedy wyłapałem tam wyrok, było to nieszczególne miejsce na odwiedziny. Tak koło 86. mieli prężną bandę i z wszystkich londyńskich klubów, chyba najlepiej wypadli na Goodison. Zawsze szukali u nas i znajdowali, a inni szukali tylko wtedy jak im pasowało. Przeważnie gdy w okolicy było pełno psów. West Ham może nie prezentował się ilościowo na wyjazdach jak inne firmy, ale mieli to samo coś co my. 90% wyjazdowiczów to były chłopaki. Spurs, Chelsea, Arsenal jeździły w parę koła, ale mieli doczepek od zayebania. ICF nie. I na te liczby co prezentowali, dawali niezły szoł. Jednak jeśli Cass Pennant wierzy w to co napisał w książce "Congratulations. You have just met the ICF", że 4 dychy od nich pogoniło 7 stów Evertonu w latach osiemdziesiątych,na Goodison.. No to chyba za dużo tego, diabelskiego łupieżu mu się wysypało na lusterko. Ja rozumię, że książka musi się sprzedać, ale nie odrywajmy się od rzeczywistości.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-08-2018, 13:47 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
05-08-2018, 13:46 #29
Przedstawię tutaj własnymi słowami jak sobie radziliśmy u siebie i na wyjeździe z najlepszymi z najlepszych z pośród Londyńczyków. We wszystkich przywołanych bitwach brałem udział i nie zamierzam tu nic koloryzować, ani retuszować niczego. Gdybym był bajkopisarzem,to nawet nie zająknąłbym się w temacie Queens Park Rangers i nie wspominałbym o batach naszego życia jakie żeśmy tam wyłapali w 85. Chyba największe z Londynu. Wtedy, gdy myśleliśmy, że jesteśmy naprawdę twardzi.

The Hammers
Byłem osiem razy w życiu na Upton Park, albo na Twierdzy Boylen. Sam preferuję tą drugą nazwę. Dwa razy tam byłem ścigany. Raz nam rozyebali autobus. Jest to jedyny stadion na którym byłem zmuszony prosić o pomoc i ochronę miejscową policję. To jest przeyebany stadion, w centrum przeyebanej okolicy, pełen przeyebanych skoorwysynków. Twardy orzech, w którego skorupce zamknięte jest prastare zło.
Pierwszy raz pojechałem tam w sezonie 84/85, gdy sięgaliśmy po mistrzostwo. Pociągiem jechała zwarta grupa i było dość spokojnie. Mieliśmy potężną eskortę w drodze na stadion i z powrotem. Ale poza paroma szamotaninami, bez kłopotów. Po powrocie do domu zastanawiałem się, o co tyle hałasu. Byliśmy bandami na gorszych stadionach. Na Chelsea, na Tottenhamie, na Arseanalu i QPR. Wygraliśmy zdobywając zwycięską bramkę w końcówce i gdy wsiadaliśmy do metra, wszyscy śpiewaliśmy: "Eeeea-sy! Eeeea-sy!". Paru starszych chłopaków obruszyło się i kiwali przecząco głowami. To nasze "Ea-sy, Ea-sy!" prześladowało nas w następnyn sezonie, niczym szyderczy śmiech tamtejszych kibiców.
Na meczu u nas, ICF wjechała nam na Park End Stand. To było nieporozumienie. Weszli tam wcześniej, gdy prawie jeszcze nikogo nie było. A gdy chcieliśmy się tam do nich dostać, psiarnia zamknęła całą trybunę. Prawie się posrałem jak tam wjechali w drugiej połowie ze swoim: "I-C-F! I-C-F!" Trzeba im jednak przyznać, że gdy się zjarzyli, że jest nas tam garstka i większość to ojcowie z dziatwą, odpuścili. Kazali nam czekać po meczu. To musiał być ten mecz, o którym fantazjował Cass Pennant.
Gdy wychodziliśmy, widziałem wielkiego, czarnego typa, w niebieskim swetereku w diamenciki Pringle, który ich przyprowadził na Park End. Z oczywistych względów wyróżniał się z tłumu. West Ham wyślizgnął się z eskorty i kierowali się w stronę Everton Valley. Przyznaję. Wtedy 4 dychy West Ham walczyło przez jakiś tam czas z 7 stówami Evertonu i nawet sobie nieźle radzili. Atakowani z wszystkich stron. Na wszelakie sposoby. To było awanti pierwsza klasa, live&direct. Ale twierdzić, że oni nas tam pogonili??? Idzze, idzze bajoku. Kompletny farmazon. 40 z West Ham nie pogoniłoby nawet 700 scouse-gimnazjalistów. W rozgardiaszu i w gorączce, ludzie by się podzielili, pozapominaliby, że to nieprzyjemna miejscówa,gdzie wszystkie te nożowe sprawy miały miejsce. A jak się podzielisz, zostajesz pocięty.
Na froncie mieli wszystkie swoje gwiazdy. Naprawdę wyrośnięte chłopiska. My przeważnie dopiero dobijaliśmy dwudziestki i czuliśmy respekt, ale paru z nich wyłapało karki i tak naprawdę uratowały ich psy.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-08-2018, 13:58 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
05-08-2018, 17:45 #30
Ostatecznie odstawili ich na stację. To jest moja wersja. Przeczytajcie sobie Pennant'a i wyciągniecie własne wnioski. Tylko pamiętacie, mówimy tu o literaturze faktu, nie o science-fiction.
Sezon później, pojechaliśmy tam i w pociągu jechała gówniana ekipa. Nie było prawie nikogo ze starszych. Myślałem, że może jadą następnym pociągiem, ale okazało się, że wpadli na debilny pomysł wynajęcia autokaru. Poszliśmy do Rising Sun niedaleko dworca Kings Cross i zanim zamówiliśmy po drinku, stoi u drzwi załoga G, to znaczy Man. City Governors. Ruszyliśmy w ich stronę, a tu nasi naginają w przeciwnym kierunku. Co jest? Jakieś żarty? Wiedzieliśmy, że to tylko Young Gov's, zresztą widziałem ich wcześniej na Euston i bez szału. Jaj nie urywali. Co się okazało. Pierwszy co im stanął na drodze, miał liczne, głębokie rany cięte. Na głowie i w okolicy uda i podudzia. Chlastali go jak prosiaka na glebie. Zawineli się, gdy już zrobili swoje, a nasz pościg okazał się bezowocny. Była dopiero 11.Niezły początek dnia. Nasze chłopaki dostały koorwy i ostro się odgrażali. Myślę, że to była hipokryzja z ich strony. Co, my nie robiliśmy takich sztosów? Przyganiał kocioł garnkowi? Tak to szło?
Chłopak pojechał do szpitala i nasza szczupła ekipa została uszczuplona jeszcze o jedną osobę. Manchester City grał na Arseanalu. Typek od nas podjechał bryką i przekazał, że nasze główne siły, tankują koło stacji Liverpool Street. Co raz więcej City zjeżdżało się na Euston, więc odprawiliśmy się do metra, ale oczy dookoła głowy. Nie powiem, że jechaliśmy rozbujani.
Spotkaliśmy chłopaków na Liverpool Street i naprawdę był to prężny skład, który napawał dumą. Tym bardziej byłem zły, że nam się oberwało. Po raz kolejny, dał o sobie znać brak organizacji i przygotowania. Skończyło się oczywiście kłótnią w temacie:Jak mamy jechać na West Ham. I oni sobie wsiedli do swojego autobusiku, a nasza markotna grupa, poszła z powrotem do metra. Jeden taki koniobijca wepchnął się do autobusu, ale jeden z pasażerów, kazał mu wypjerdalać i całej reszcie też. Sam wysiadł z busa, pjerdolnął drzwiami i poszedł z nami do metra. I chooj. Muszę przyznać, że na jego miejscu, zostałbym w autobusie. Sorry.
Pojechali sobie pod stadion, przyatakowali Cockney'i, a my się tam tłukliśmy, niezbyt spragnieni nawarzonego przez nich piwa. Wypiłem już parę kufli i gdy dojerzdżaliśmy do Upton Park, chciało mi rozsadzić pęcherz. Poczekałem aż chłopaki wyjdą po schodach do góry i odlałem się na pustym peronie. Było dopiero 15 po 3.,więc myślałem, że na zewnątrz będzie jeszcze stosunkowo spokojnie, a tu wrzask. Zanim zdążyłem strzepnąć ostatnie krople. Pobiegłem do góry w nadzieji że załapie się na klapsy spuszczane paru spóźnionym Cockney'om co coś pyskowali w pociągu. Akurat szło w odwrotną stronę. Gdy nasze chłopaki wyszły na górę, ci z pociągu od razu w nich wjechali, alarmując wszystkich młodzieżowców co zawsze się włóczą po Queens Market. Widziałem, że Everton spycha ich w dół rampy. Widziałem Carlosa perę jardów przed wszystkimi jak jedzie z nimi równo. Ale ja i mój ziomek Pat Halkyn, który jeździł wtedy ze mną wszędzie, mieliśmy do nich jeszcze ze 200 jardów. Wtedy przytyczyła nas grupka West Ham. Jakiś tuzin. Jeden miał kosałke. Albo lecimy przez nich, albo nawrotka na stację. Ja byłem za planem B, więc zbiegliśmy z powrotem na peron, wywracają po drodze konduktora, który myślał, że próbujemy uniknąć płacenia za bilet, podczas gdy my próbowaliśmy uniknąć lokalnych kosiarzy. Pociąg wjeżdżał na peron. Za plecami słyszeliśmy, że zabiegają po schodach. Tupot i podniecone "Kill the Mickeys!". Nie było gdzie spjerdalać, więc skoczyliśmy na tory. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, to chyba nas poyebało,żeby ryzykować rozjechanie przez pociąg, albo porażeniem paroma tysiącami voltów, dla ratowania doopy przed paroma sznytami, ale wtedy hazard się opłacił. Im się skakać nieuśmiechało, więc zerwaliśmy się i po nasypie, wyszliśmy na tyłach jakiegoś targowiska.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2018, 10:34 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
05-08-2018, 20:44 #31
Na każdym rogu stali tam goście od nich i już nie było "Ea-sy! Ea-sy!". Rozdzieliliśmy się i szliśmy dwoma stronami ulicy, ale i tak nas rozkminili i ścigali do samego stadionu. To był ten West Ham, o którym tyle słyszałem i czytałem. I wcale mi się nie podobał. Dobiegłem do kołowrotków, ale były zamknięte. Momentalnie siadło na mnie mnóstwo dzieciaków. Może to były nastolatki, ale wydawali się czuć bezkarni, dopóki pałkarz nie strzelił ich parę razy pałką i nie odgonił ich odemnie. Potem poszedł sobie na sektor West Ham oglądać mecz. Gdy tylko zniknął za horyzontem, gnoje były z powrotem, skłonni wielce poznęcać się nade mną jeszcze trochę. Zaczęła się gonitwa. Rozbieganymi oczami dostrzegłem policjanta na koniu. Pobiegłem i poprosiłem go o pomoc. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem, tego nie zrobiłem. Ale tamtego dnia, gdybym tego nie zrobił, zostałbym pochlastany. Co do tego nie mogę się mylić. Gnoje pieprzone, byli jak czerwone mrówki. Cała kupa mrówek. Pies z konia oświadczył mi, żebym szedł na sektor West Hamu, albo spjerdalał do domu. Mrówki były w siódmym niebie. Gdy szedłem na ich młyn, kopali mnie po doopie i przysięgli się, że żywy stamtąd nie wyjdę. Terror, od którego zaczynało mi szumieć w uszach. Nie miałem powodu im nie wierzyć. Jak tylko znalazłem się na stadionie, poprosiłem następnego psa o odprowadzenie do naszego sektora. Gdybym miał wtedy jedno życzenie-Teleportacja na Scotty. Poproszę.
Kończyła się właśnie pierwsza połowa i nasza ekipa wyglądała bardzo smutno siedząc podzielona w Tea-barze. Wielu z naszych zostało obitych na zewnątrz, gdy ja byłem ścigany. Ci z autobusu zgodzili się, że wracamy wszyscy razem. Trochę za późno. Chociaż po meczu odbiliśmy trochę utraconej dumy. Wciąż, mnie wkoorwiało, że za dzisiejszym bólem doopy, stoi ekipa autokarowa. To był bardzo, bardzo zły dzień. Straszny dzień. Potwierdziły się wszystkie budzące grozę historie o tym miejscu. Nie przyjeżdżaj tutaj jak nie musisz. Staraj się nie musieć. A jak już przyjedziesz - oglądaj się za siebie. Często.
Z powrotem na Euston. Autobus ich zabrał, akurat tuż przed przybyciem Manchesteru City. A my znów mieliśmy małe tiki-takka z Young Guvnors. To byli ci sami co przed meczem, ale teraz czekaliśmy na nich. Jak się włóczyłem zagubiony wokół West Ham, znalazłem kosę i schowałem w kierman. Teraz na Manc'ów na Euston była jak znalazł. Żaden ze mnie nożownik, ale miałem dosyć na dziś. Ogień gasić ogniem. City się cofnęli i napotkanego psa zaczęli ciągnąć za rękaw, że jeden z nas ma nóż. Zamielili mnie, ale ostrza zdążyłem się pozbyć. Fair enough, jeden z nich przyszedł do policyjnej izby zatrzymań i oświadczył, że to nie byłem ja. Wtedy mnie puścili. Przyciąłem wtedy typa, który był przedpołudniem w Rising Sun, a potem stawał do sprawy YG przed Liverpool Crown Court, kiedy to położył się prawie cały ich gang.
Później tego samego wieczoru, autobus Evertonu, natknął się na Hilton Park Service Station na całą śmietankę Man. City. Na Cool Cats, którzy byli starsi od Young Guvernors. Wymordowali ich. Gazety donosiły o sześciu pochlastanych i jednej nieorzytomnej kobiecie, która zemdlała przy windzie, gdy przez drzwi zaczęła sączyć się krew. W środku leżało dwóch Manc'ów w mizernym stanie. Mam na myśli mizerię z ogórków. Poplasterkowanych. Gdy nasi odjeżdżali stamtąd, jeszcze dwie mile dalej, spotykali typów z City, biegnących poboczem autostrady M60.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2018, 10:40 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
05-08-2018, 23:11 #32
Przez cały następny tydzień, niektóre chłopaki się podkręcały tym, jak pięknie zrewanżowaliśmy się Man. City za Rising Sun. Ale ja na to srałem. Tego dnia graliśmy z WHU i do dzisiejszego dnia uważam, że ekipa z autokaru zawiodła resztę.
West Ham przyjechał na Goodison pod koniec sezonu. To był mecz, na którym pocięto tego chłopaka Lawrence'a. (patrz rozdział 3. i rozdział 11.)Następny raz jak tam pojechałem, to była niedziela i wszyscy jechaliśmy autobusami. Nie mieliśmy ekipy jako takiej, więc im bliżej stadionu rozrzedzaliśmy się i wtapiliśmy się w tłum. Ja sobie wziąłem nawet ulotkę National Front, żeby wyglądać jak miejscowy. To mnie właśnie wkurzało. Następny stadion, na którym powinniśmy się pokazać, a tu zamiast mobilizacji, katastrofane braki kadrowe. Co koorwa, strajk? Wielu się doopy zmarszczyły i teraz przekradaliśmy się jak jakieś łajzy. Nigdy jakoś na WHU nie było tyłu chętnych co na inne trudne stadiony. Tym razem jednak, nawet zanotowaliśmy małe trafienie. Nic wielkiego. Pod koniec meczu udało się otworzyć bramkę ogrodzenia i wjechaliśmy im na sektor, żeniąc kosy jednemu. Nic takiego, ale zawsze coś.
Następna bitwa z nimi, miała miejsce po ćwierćfinale FA Cup. Zamówiliśmy autobus, ale nawet żeśmy go nie wypełnili. Wciąż, cztery dyszki od nas wyrusza na poszukiwanie wrażeń. Byliśmy już trochę startsi, a ja osobiście wbijałem chooj, a nawet dwa w tą całą ich reputację. Od czasów tamtej młócki, byliśmy już tam parę razy. Piliśmy Pod Ślepym Żebrakiem (w pubie, w którym Ronnie Krey zastrzelił jak psa George'a Cornell'a, za to, że ten nazwał go "tłustą ciotą"). Sezon za sezonem. Bez przeszkód. Na luzaku. Wyglądało, że ICF wymarła śmiercią naturalną. Niestety. Znów zła odpowiedź.
To był mecz, gdy wysiedliśmy z autobusu, na pierwszy widok jupiterów. To była tylko łuna na niebie i okazało się, że do stadionu mamy jeszcze pieprzone 3 mile. Doszliśmy, zrobiliśmy rundkę wokół stadionu i nie napotkaliśmy przeciwnika. Spotkaliśmy paru zgredów od nich, którzy powiedzieli, że jak tego chcemy, to żebyśmy przyszli do pewnej winiarni po meczu. Poszliśmy do tej winiarni. I dostaliśmy wpjerdol. Everton przegrał. My też. Dowlekliśmy się do autobusu i powinniśmy się udać w drogę powrotną nie wydłużając niepotrzebnie listy strat, ale nasza ekipa dopiero co się zformowała. Poczuliśmy to pieprzone delikatne ukłucie w środku. Jeba.ć to! Wszystkie autokary pojechały prosto, a my w prawo i za zakrętem-jazda. Zatrzymaliśmy się pod pubem i nie mogliśmy uwierzyć, że tak szybko ich znaleźliśmy. Paru wysłaliśmy na obczajkę. Stałem z przodu instruując kierowcę, żeby nikogo nie zostawiał, gdy nagle wyłonił się typek z młotkiem i rozkoorwił przednią szybę. Za moment zaroiło się. Wyleciała reszta szyb w autobusie i byliśmy atakowani ze wszystkich stron. Pachołek drogowy przeleciał mi nad głową i trafił kierowcę. To był ten właściwy pub, do którego mieliśmy się udać. Wylecieliśmy na nich, ale wciąż byli przy piłce. Otoczyli nas, byli uzbrojeni, a z pubu wciąż wysypywało się więcej i więcej. Próbowaliśmy, ale nas zgnietli. Jeden z naszych Kevin miał wstrętne cięcie na ramieniu i leżał tam w szpitalu przez dwa tygodnie. Autobus był do wyrejstrowania, a podróż z powrotem była przegwizdana. Wśród jęków zawodzącego wiatru (i nie tylko wiatru), trwało 4 godzinne śledztwo w sprawie "Co poszło nie tak?".
W czasie walk, Franny ściągnął jednemu typowi kurtałę z plerów. Wyj.ebał go na ziemię i przekopał, a gdy typek się zerwał do ucieczki, złapał go za katanę, która została mu w ręce. Wciąż miał tą kurtałę i w kielni był notes z adresami. Gdy zajechaliśmy na Watford Gap na szczanie i herbatę, to chcieliśmy zadzwonić do jego świni, że go porwaliśmy i żeby zaczęła zbierać okup. Przemyśleliśmy jednak i daliśmy spokój. Jeszcze on by odebrał. Wyśmiałby nas mówiąc:"Co doopki? Znów zostaliście zrobieni przez ICF."
Raz jeszcze ostatni pokazali się u nas bandą i fartownie unikneli zagłady. To było zaraz po tragedii na Hillsborough i byli kilka meczy od spadku. Gdy wychodziłem z przejścia podziemnego pod biblioteką, wpadłem na jakieś trzy stówy od nich. Odpuścili mi, ale była tam prawdziwa aleja gwiazd. MVPS' mob. Taką samą bandę mieli później na Liverpoolu, kiedy to ich spadek został przypieczętowany.
Przyznam, że nie tęskniłem za nimi i że pisanie tego rozdziału to nie była sama przyjemność. Przypomniałem sobie jak słabo tam wypadaliśmy. Ale jak napisałem wcześniej. Trzymajmy się faktów. Nie mieszajmy do nich bajań i podań ludowych. Everton może nigdy nie rozyebał głównych sił ICF, ale pjerdolenie o 40 goniących 700 z Evertonu, to tylko pjerdolenie. W dodatku bez sensu.

Chelsea
Pierwszy raz zobaczyłem ich w ostatniej kolejce sezonu, w 1978 roku. Dla nas to był jak finał Pucharu Anglii, bo nasza gwiazda i mój idol z lat dziecięcych Bob Latchford, potrzebował tylko dwóch goli, by osiągnąć 30 i otrzymać tysiaka od ogólnokrajowej gazety. Gdy masz 13 lat, wciąż masz swoich idoli. Ja miałem Bob'iego. Nie sądziłem, że zjawi się ekipa Chelsea. Mało kto się wtedy u nas zjawiał, a mecz, przynajmniej dla nich był o pietruchę . (Dla Boba o sałatę.) Więc jak zobaczyłam naszych chłopaków zapinających żwawo w stronę Lime Street, mimo obaw postanowiłem obziorać gdzie oni tak pędzą. To co zobaczyłem, wywróciło mój świat do góry nogami. Powracało do mnie tygodniami, podczas bezsennych nocy. Niewielka banda Evertonu była wściekle ścigana z pod głównego wejścia na dworzec. Zacząłem uciekać razem z nimi. Gdy się obejrzałem zobaczyłem potężnego, jednorękiego czarnucha, wychodzącego z dworca, prowadzącego bandę Cockneys. Po za oglądaniem Pelego w telewizorni, to był mój najbliższy kontakt z czarnym człowiekiem w moim dotychczasowym życiu. Tam gdzie mieszkałem nie było żadnych. Widok jednorękiego, z klatą o obwodzie felgi od traktora, spowodował, że prawie ześwirowałem.
Przed meczem o niczym innym nie mówiono, tylko o czarnym wielkoludzie. To był jak cyrk osobliwości. Setki Urchins przyszły go oglądać z bezpiecznej odległości. Stali tak bez słowa, z opuszczonymi szczenkami, pełni niemego zachwytu. Legendarny Babs maszerował na czele swoich oddziałów. Szli na Goodison.
Na boisku roznieśliśmy ich. Było 5:0 i karny dla nas w ostatniej minucie. Latchford miał już jednego na koncie i gdy posłał piłę obok Bonettiego, tysiące w szale radości wpadło na murawę. Za chwilę ktoś rzucił hasło:Atakujemy Park End! Dobiegłem do połowy i wtedy flash back z ponurą postacią wielkiego czarnucha przywrócił mi zmysły. Szybko oprzytomniałem i wspiąłem się przez ogrodzenie na Gwladys Street End. Mądry chłopak. Chelsea została ponoć później zrobiona, pod każdym względem. Nie wiem. Nie byłem tam. Ale to był pierwszy raz jak przyjechali na Goodison bandą. I to dobrą bandą.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-08-2018, 23:23 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
06-08-2018, 01:57 #33
Na następny dzień w szkole,dzieciarnia nie gadała o niczym innym, tylko o czarnym gościu z jedną ręką. Nawet nauczycielom przewijano historię o Babs'ie. Jeśli Chelsea obskoczyła po tamtym meczu, to na okazję do rewanżu, nie musieli długo czekać. Gdy pojawił się terminarz na nowy sezon, już było wiadomo. Pierwszy mecz, Chelsea na wyjeździe. Nie pojechałem wtedy. Tamtymi czasy najdalej wypuszczałem się na Midlands. Zresztą pracowałem wtedy, żeby mieć na bilet u siebie. Jak masz 13 lat, to Londyn możesz sobie pooglądać co najwyżej w telewizji. Everton pojechał tam bardzo liczną grupą i dostaliśmy wpjerdol, chyba najgorszy w całej naszej historii. Ludzie wciąż tutaj opowiadają sobie historie o High Street Kenny. Chociaż mnie tam nie było, słyszałem bardzo wiele relacji z tamtych wydarzeń i to co tu napiszę, to najczęściej powtarzana z nich.
Everton na zbiórce miał wysoką frekwencję i do specjalnego relacji Lime Street - Euston, zapakowało się 500 osób. Z Euston zostaliśmy przetransportowani na Fulham Broadway pod czujną eskortą. Cało i zdrowo dotarliśmy na stadion, by móc oglądać gol Andy'ego King'a, który dał nam zwycięstwo. To był początek sezonu jak ze snu. A za niecałą godzinę, miał się rozpocząć koszmar. Zostaliśmy odstawieni z powrotem na Fulham Broadway i pomimo paru szarpanin, przynajmniej ci z pociągu, byli dobrze ochraniani przez psy. Ci, co nie przyjechali pociągiem zostali dobrze przeorani I znam nawet typa co już więcej nie pojechał. Stwierdził, że tego dnia dostał tyle butów, że mu starczy na całe życie. Pozostały kontygent, kolejowa 500 zapakowana do metra, była przekonana, że Chelsea nie zdecydowała się na atak na nasze główne siły. Rozbujaliśmy się nawet trochę, ale na krótko, bo okazało się, że pociąg zatrzymuje się na każdej stacji. To nie był bezpośredni na Euston. Na Earls Court na peronie stała dobra grupa z Chelsea i wpakowali się do wagonu na samym końcu. Gdy pociąg ruszył, oni też. Wagon po wagonie, szli do przodu i masakrowali naszych. Ci na przedzie, słyszeli, że nie dobrze się dzieje i ruszyli tamtym z odsieczą. Nagle szarpnęło i pociąg znów stanął. Stacja High St. Kensington. Dewa-stacja. Dla wielu z Evertonu, to był koniec podróży.
Na peronie było ich całe morze. Skini, punki, szalikowcy i chooj wie kto jeszcze. Wszyscy ze sprzętem. Gdy tylko drzwi się otworzyły, poszła pierwsza fala. Najpierw lawina cegieł. W pociągu wybuchła masowa panika. Żadną miarą, nikt nie miał ochoty się z nimi spróbować. Ci z Chelsea, którzy już byli w pociągu, szli przez niego jak huragan bijąc, kalecząc, deptając leżących. NO MARCY.Każdy w odpowiednim wieku był przekopywany w te i we wte.Wielu było wyciąganych na peron, a ich głowami wykonywano serię rzutów karnych. To co zostało z Evertonu, prezentowało się żałośnie i Chelsea powinna już sobie dać spokój, ale wtedy odcięte zostało zasilanie stacji i zaczęli napjerdalać naszych tak jakby dotychczasowy łomot wogóle się nie liczył. W gazetach było później, jak Chelsea wszystko zaplanowała, włącznie z odcięciem dopływu energii. Nie wiem, czy to prawda, ale pociąg jeszcze przez 10 minut nie mógł wyjechać ze stacji, a to bardzo dużo czasu, jak jesteś pod obstrzałem. Na koniec jakoś się pozbieraliśmy i zaczęliśmy się nawet odcinać Typ z Chelsea, z którym gadałem wiele lat później na reprezentacji przyznał, że powinni skończyć wcześniej. Wtedy zwycięstwo byłoby pełniejsze. Wielu z tych na peronie to nawet nie było Chelsea, tylko jakieś lokalne zbiry, które załapały się na napjerdalanie Scousers'ów.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
06-08-2018, 09:55 #34
W drzwi powsadzano gaśnice, które blokowały je, a z otwartymi drzwiami, pociąg nie ruszy. Nawet gdy ma zasilanie. Paru policjantów z British Transport Police uciekło na samym początku. Gdy w końcu podjęliśmy walkę, kilku kolesi, pokazało się bardo dobrze i kilka legend narodziło się tamtego dnia. Jeden kolo JC, założył na głowę stalowe wiaderko i w takim hełmie ruszył do walki. Przez parę tygodni później był prawie głuchy, jako, że Chelsea waliła po tym wiadrze czym się dało, ale paru chłopakom uratował doopy tamtego wieczoru. Nasi rzucili się za Chelsea, ewakuującą się w górę schodów. Nikt nie mówi, że ich pogoniliśmy, tylko było słychać, że policja się zjeżdża. Gdy opadł kurz, okolica przypominała pobojowisko. Kilku pociętych z Evertonu, dziesiątki z innymi obrażeniami,którzy również wymagali hospitalizacji. Chelsea się ztleniła, a przybyli na miejsce policjanci kręcili z niedowierzaniem głowami. Chyba po raz pierwszy w swojej pracy, mieli do czynienia z tak dokładnie zaplanowaną i precyzyjnie wyegzekwowaną zasadzką mającą na celu totalne unicestwienie przeciwnika. Jego zagładę. Byli w szoku. Jednak nie w tak głębokim jak nieszczęśni pasażerowie pociągu. Chodzili oni w kółko, zamknięci w traumatycznym transie odrętwienia,powtarzając tylko dwa słowaConfusedkoorwysyny i zemsta.
Na rewanż u nas przygotowano specjalne ulotki. Jednak z rozmachem zaplanowana operacja policyjna, angażująca siły porządku z całego hrabstwa, zapobiegła full scale riots.
Rany się pogoiły. Zaleczono obrażenia. Ale blizny na psychice pozostały i ilość broni znalezionej tego dnia na Goodison była dowodem, że Chelsea za swoje zbrodnie kiedyś zapłaci. Może nie dziś i nie jutro, ale kiedyś na pewno. I będzie bolało. Bardzo bolało.Nie pokazali się wtedy zbytnio u nas Ani ilościowo, ani jakościowo. Nosa nie wychylili zza eskorty. Na zewnątrz czekały na nich rzesze, opętane żądzą zemsty. Myślę, że gdyby to był West Ham, to by tak nie było. Przyjechaliby dobrą bandą i nie chowaliby się za psami. A biorąc pod uwagę wrogość i wredność tłumu na ulicach Walton , nie obeszłoby się bez ofiar śmiertelnych. Chelsea wróciła do domu bezpiecznie i z końcem sezonu zaliczyli spadek z ligi. Zapłata musiała poczekać.
O ile tydzień w polityce, to strasznie dużo czasu, to 5 lat w świecie futbolowej przemocy, to cała wieczność.Ale właśnie tyle czasu nam zabrało wyrównanie rachunków. Gdy to zostało załatwione, zniknęło nieprzyjemne pieczenie na honorze, a wspomnienia o High Street Kenny, nareszcie znalazły spokój w sali pamięci. Graliśmy z nimi w piątek, w sierpniu 1984. Właśnie awansowali i byli tuż po występie na Main Road, gdzie zajęli oba sektory, gości i gospodarzy. Fanom Manchesteru City, sprzedawali blaszki, karczycha i robili różne inne niemiłe rzeczy przez całe spotkanie. Przez całe lato gazety rozpisywały się o nich. Chelsea to, Chelsea tamto. Jeden z nich udzielił nawet wywiadu, w którym przedstawił swoje prognozy na ten sezon, przewidując, kto będzie ich głównym rywalem. Wymienił Stoke i Everton. Nie wiem jak Stoke, ale my was odwiedzimy na bank.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
06-08-2018, 13:39 #35
Właśnie zdobyliśmy pierwsze trofeum od piętnastu lat, pokonując w finale Pucharu Anglii Watford. I potem wygraliśmy z Liverpoolem w meczu o Tarczę Dobroczynności. Sprawy układały się dobrze. Było zapotrzebowanie na Everton i ten mecz został wybrany jako pierwszy w historii do piątkowej transmisji telewizyjnej na BBC. Nawet się ucieszyłem, bo zaczynała z nami jeździć cała karawana. Piątkowym wypadem na Chelsea, Janusze nie powinni być zainteresowani. Optymizm wyparował gdy przegraliśmy dwa pierwsze mecze u siebie, więc do pociągu o 14.30 z Lime Street, wsiedli tylko podejrzani, ci co zwykle. Było nas tam ze trzy stówy i wydawało mi się, że to trochę mało na tak zwanych "Królów angielskiej chuliganki".
Na Euston zobaczyliśmy ekipę na galerii i pomyślałem "Here we go."Ruszyliśmy na nich po rampie. Ale okazało się, że to setka Evertonu, pracująca w Londynie i w Bournemouth. To było wtedy trendi. Wyszliśmy razem ze stacji i wspiąłem się na murek, żeby mieć lepszy prospekt. Nie widziałem nikogo, kto nie byłby gotów na bitwę. Jeden z naszych, Collins, stanął pośrodku ulicy. "Ta ekipa zrobi Chelsea."- stwierdził prosto. Nic nie trzeba było dodawać.
Nie było się co pjerdolić. Uderzyliśmy prosto do metra. Pojechaliśmy na Chelsea i poszli na Shed. Psy nie zkumały, że jesteśmy Everton. Zaparkowaliśmy w pubie na przeciwko ich słynnej trybuny. Tak blisko bramek niewiele się mogło wydarzyć, ale Chelsea nie mogli uwierzyć, że tak sobie pozwalamy. Cały dzień wszyscy od nas powtarzali:"Pamiętajcie o High Street Kenny.! Pamiętajcie o High Street Kensington!". Tak jakby ktoś zapomniał.
Dostaliśmy całą trybunę na przeciw Sheda, która mieściła chyba ze 4000,więc nasze cztery stówy, musiały wyglądać tam ubogo. Przez cały mecz śpiewali "Everton, co was tak mało?" Mało, bo tyle być miało. Wkrótce pożałowali, że nie przywieźliśmy dwóch składów Januszy. Cały mecz siedzieliśmy, rozparci na barierkach. Zero dopingu. Ta ekipa nie przyjechała na koncerty. Byliśmy tam tylko w jednej sprawie i to nie była piłka nożna.
Wygraliśmy po golu Kevina Richardsona. Pod koniec meczu John Beiley miał małą przepychankę z Poulem Canoville z Chelsea i ci na trybunie obok nas zaczęli od razu napinkę. Więc, żeby dać sygnał do startu, jeden z naszych chłopaków, wypalił do nich z rakietnicy. Chelsea chyba myślała, że poza tą grupą co im wjechała do pubu, nie mamy więcej chłopaków, więc się chyba zdziwili jak przeskoczyliśmy ogrodzenie do bufora. Mieliśmy tylko parę rac do rakietnicy, to zostawiliśmy je na później, a póki co próbowaliśmy wyyebać bramkę ogrodzenia.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
07-08-2018, 02:01 #36
Psy nas stamtąd wygoniły, to otworzyliśmy drugą i omal nie wydostaliśmy się na murawę. Przyleciało jeszcze więcej pał. Trzymali, nas półgodziny po meczu a potem bez żadnych atrakcji, odstawili nas na Euston. Anti-climax po całości. Nie tego żeśmy się spodziewali. W metrze nie spotkaliśmy nikogo. Z każdą stacją rosła ekscytacja. Będą na następnej. Albo na tej. Na tej już na pewno. I nic. Podobno wielu z Chelsea oglądało transmisję. Nie wybrali się, bo cięko jeździliśmy ostatnio i się nas nie spodziewali. I jeszcze kilka lat później, na międzyoaństwowym ze Szwecją, usłyszałem, że jak zobaczyli nasz kompletny brak reakcji po bramce dla Evertonu, wiedzieli dokładnie, kto do nich przyjechał. I gdy przemawiał Jimmy Hill, można zobaczyć, jak wystrzelona flara ląduje na ich trybunie. Wiedzieli, że tam jesteśmy, ale potrzebowali trochę czasu, żeby się przegrupować.Dlatego nie pojawili się gdy wychodziliśmy ze stadionu. Takie przynajmniej są wyjaśnienia Chelsea. Co do następnych dwóch godzin nie ma wątpliwości. Wersja przebiegu wydarzeń jest tylko jedena.
Na Euston cicho wszędzie i głucho wszędzie. Psy wprowadzają nas do hali,a my bez szemrania udajemy się na peron. Miejscowi obi (old Bill-policja) wzajemnie gratulują sobie udanej operacji. Koniec aktu trzeciego. Kurtyna. A nie. Chwilunia. Jest jeszcze epilogue. Psy rozojechały się na swoje posterunki. Pomylili się kompletnie w ocenie naszego nastroju, myśląc, że jesteśmy zmęczeni i mamy dość. Myślimy tylko o powrocie do domu. O naiwności policyjna. Noc była jeszcze młoda, a do wykonania zadania daleko. Wiedzieliśmy, że Chelsea gdzieś tam będzie i jeśli nawet znalezienie ich miałoby zająć całą noc, byliśmy gotowi zostać do rana. Ponure głosy wciąż powtarzały: "Remember High Street Kenny. Remember High Street Kenny." Wciąż byliśmy pełnym składem, gdy po cichu wychyliliśmy się z Euston. Ani pół psa w zasięgu wzroku. Dobrze. Ruszyliśmy w stronę Kings Cross, zaglądając do każdej knajpy po drodze.W jednym z nich było paru gostków, ale nic wielkiego. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu zaczynać i alarmować psiarni. Poszliśmy dalej, sprawdzić bary pod dworcem. Gdy się obejrzałem, wychodzili z knajpy. Wiedziałem, że nas rozpoznali, ale myślałem, że w parę sztuk, wolą nam się nie rzucać w oczy. Tymczasem oni poszli zawiadomić resztę. Jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że oni szukają nas, tak jak my ich.Na Kings Cross nie spotkaliśmy nikogo, więc nasz następny ruch był bardzo przewidywalny. I bardzo głupi. Podzieliliśmy się na małe grupki i poszliśmy na mały rabunek. Do baru z burgerami Wimpy weszły dwie grupy, a trzecia poszła do pubu na rogu. Tego samego, w którym MC, pocięło chłopaka od nas rok później. Był jeszcze salon z maszynami. No i się zaczęło. Zanim ktokolwiek zamówił chociażby nuggetsy, chłop już targał kasę w Wimpim. W salonie wypłacaliśmy z maszyn, choć każdy miał 0 kredytów. Tej co spycha monety z półek, po mogliśmy trochę, przewracając na bok. Miejscowe żury nie mogły wyjść z zachwytu, modląc się w skrytości ducha, by parę monet potoczyło się pod ich cuchnące stopy. Przez chwilę byliśmy jak Leeds, demolując i kradnąc. Ale co robić? Kasa zawsze się przyda, a chętnych z Chelsea na sparing, jakoś nie było widać. Jeszcze. Nagle - "Ej!!! Są! Dawajcie!" Paru od nas wpadło do jaskini hazardu. Myśleliśmy, że chodzi o psy, bo obsługa już ich raczej powiadomiła. Zaczęliśmy się zbierać powoli. Jakaś ekipa przebiegła przez ulicę oglądając się na nas. "Koorwa! To są oni. To jest koorwa Chelsea!" krzyknął ktoś biegnący za nimi. Dołączyliśmy do reszty załogi i to byli rzeczywiście oni. Atakowała nas Chelsea w pełnym składzie. Wielu miało rury ze szwem, dwa i pół cala, wymontowane z rusztowania, z pobliskiej budowy.
Obeszło się nawet bez zwyczajowego pjerdolenia "Stać! Stać!". Każdy wiedział po co żeśmy tu przyjechali. Po to, co się miało za chwilę wydarzyć. Chelsea zaczęła wytracać prędkość i już wiedziałem, że są nasi. Nie byliśmi już dzieciakami, których przetyrali 5 lat wcześniej, nie byliśmi januszmi przekopywanymi na peronie. Mieliśmy już po 25 albo więcej i mieliśmy rachunki do wyrównania. Dla tych co byli na High Street Kenny, to była zapłata, a tych co tam nie byli, mogę zapewnić, że dorzuciliśmy suty napiwek.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2018, 09:40 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
07-08-2018, 10:16 #37
Typ z Chelsea, z czoła wydobył masywne ostrze i przez chwilę było mierzenie się wzrokiem, dopóki ktoś zza pleców nie zayebał mu metalowym kubłem w łeb. Ci którzy byli w pubie, wyszli dopiero teraz i w ten sposób złapaliśmy Chelsea w kleszcze. Zaczęli się wykruszać. To nawet nie było ząb za ząb. Raczej but za ząb. Goniliśmy ich aż do końca Euston Road. Kolo z kosą poparzył się, bawiąc się ogniem, to znaczy sam został pocięty na glebie, gdy stracił ostrość.
Podczas walki, o to kto go potnie, jeden z moich ziomków, którego znam całą wieczność Karl, przewrócił się na tego z Chelsea i inny scouser, poderżął mu gardziel. Karl wpadł w szok. Zatrzymaliśmy przejeżdżającą taryfę i zawieźliśmy go do szpitala (na szczęście przeżył). Gdy chłop, który go pociął przepraszał, świadkowałem jednemu z najbardziej bezlitosnych aktów jakie widziałem na meczach. Inny typek od nas, podbiegł do tego przepraszającego przy taryfie, wyrwał mu przedłużacz i wrócił do leżącego Cockney'a. Podniósł go za włosy i zrobił mu śliczną 6calową krechę na ryju, śmiejąc się przy tym rubasznie. Jestem pewien, że ten z Chelsea, wciąż ją ogląda stając rano przed lustrem. Znów krążyły historie, że chcieliśmy mu wyciąć "EFC" na plecach. Nie do końca to była prawda, bo chcieliśmy wyciąć "KHS" (Kensington High Street). Na pamiątkę tamtej masakry z 1979.Ten, który go pociął,kazał paru urchinsom go dokończyć i za każdym razem jak chłop próbował się podnieść był przekopywany. Z bocznej uliczki wyskoczyła mała ekipka próbująca go odbić. Ucieszyłem się jak zobaczyłem, że się podrywa i zataczając się przebiegł koło mnie. Padł parę metrów dalej i wzywał pomocy swoich ziomków. W tym momencie ścigaliśmy już Chelsea po całej okolicy, ale porozdzielaliśmy się i zapędzaliśmy się w małe ciemne uliczki. Przywołałem mniejszą grupę do siebie, żeby nie ułatwiać Chelsea zadania.
Przegrupowaliśmy się akurat jak nadjechały psy, które właśnie sobie uświadamiały, jak bardzo skiepścili tego wieczoru. Brawo psy. Brawo my. Chelsea zerwała się do pubu, który został rozkoorwiony i psiarnia zamieliła paru naszych. Udało nam się jednak otworzyć ich vana i wszyscy, wraz z uwolnionymi, wróciliśmy na Euston.
Rozyebaliśmy Chelsea zasadniczo i całą okolicę też. Chłopaki z Chelsea,którzy tam byli i z którymi gadałem o tym, przyznali, że tak było. I to mi wystarcza. Dług spłacony i kwita.
Na dworcu psy srały się do nas strasznie i upychali nas do na prędce zamówionego "speciala". Byle się nas koorwa pozbyć stamtąd. Najfajniejsze jednak spotkało nas na końcu. Gdy old Bill pałami zaganiał nas do pociągu, stał tam na peronie, ze swoim biletem pierwszej klasy, obmierzły cham- Holly Johnson. Gwiazdor z zespołu Frankie Goes To Hollywood. Jego psy też upchnęły z nami do pociągu. Prawie się popłakał i protestował żałośnie przeciw takiemu traktowaniu. Miał przecież bilet na pierwszą klasę. Funkcjonariusz policji pouczył go, że nie ma czegoś takiego jak pierwsza klasa dla Scousers'ów i żeby się lepiej zamknął. Dla stołecznych przedstawicieli prawa, wszyscy byliśmy lumpami, złodziejami i pijakami. Holly tak jak reszta. Dostał kopa w doopę i wpadł nam do przedziału. Bez "Pa,pa."Good bye London.
Powrót do domu był legendarny. Yebana pisda Johnson, wraz ze swoim zespołem, wdarł się właśnie na szczyty list przebojów, z kawałkiem" Two tribes". Natomiast w drodze powrotnej z Londynu, darł się cały czas pjerdolony, bo terroryzowaliśmy go okrutnie. A wszyscy dookoła robili początek tego kawałka, to całe "Awww! Awww! Let's gooo!!". Urchins próbowali go nawet utopić w zamkniętym przedziale. Jedno ze swoich nagrań mr. Johnson poświęcił chuliganom Evertonu (sam jest kibicem EFC). Śpiewał o tym jakim to oni są wstydem i hańbą. Dla miasta i dla klubu.Chlastanie mu się najbardziej nie podobało. Był nawet pomysł, by go trochę zastrugać, ale nikt nie chciał ryzykować.
Jeszcze raz zrobiliśmy "Leeds" demolując wagon restauracyjny, w którym i tak nic nie było i o 4 nad ranem byłem z powrotem w domu. Kropli alkoholu nie miałem w ustach przez ostatnie 24 h. Nic. Podobnie jak 90% naszego składu. Rozprawiliśmy się z kolejnym mitem, że chuligani rozrabiają tylko po alkoholu i, lub po narkotykach. Bzdura. Nie potrzebujemy jasnego pełnego, ani ściechy koksu. Nic tak nie odurza jak przemoc na meczach.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2018, 18:05 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
07-08-2018, 15:27 #38
Jak oceniam brutalne wydarzenia tamtego wieczoru? Po powrocie do domu pomyślałem, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Gdy graliśmy z Chelsea jeszcze raz na wyjeździe w następnym sezonie, też pojechaliśmy dobrą bandą. Jednak szans na powtórkę z rozrywki już nie było. Ekipa w pociągu może była nawet lepsza, ale nie było już tej zimnej wrogości, co rok wcześniej. Wielu pojechało wtedy, wiedząc, że osiągnęliśmy już tam dobry rezultat. Niektórzy jechali po raz pierwszy na Stamford Bridge. W moim mniemaniu powinni jechać rok wcześniej. Wtedy mieliby chrzest.
Małą grupą pojechaliśmy tam wcześniej i piliśmy w the George obok Euston, czekając na przybycie głównych sił następnym pociągiem. Mieliśmy specjalne urządzenie do nabijania kredytów na owocarkach.No to nabijaliśmy ile się dało. Nagle weszło paru i jeden otworzył zamaszyście pałkę teleskopową. Miało nas to zastraszyć. Spojrzeliśmy na zegarki. Ocho! Nasi wyjeżdżają na stację. Wyszliśmy, więc przed nich, żeby się nie zgubili w drodze po machających teleskopem Chelsea spottersów.Gdy wracaliśmy po nich, akurat wychodzili z knajpy. . Zobaczyli nas. Cofnęli się i parę sekund później wykoorwili tylnym wyjściem. Było nas w chooj, ale podzieliliśmy si na dwie grupy, bo jedni chcieli jechać na stadion, a drudzy zostać na piwko, albo dwa. To był znów ten typowy Everton. Podzieleni, bez przywódców. Tym od piwka, wkrótce się piwkiem odbijało. Na stadion dojechaliśmy bez żadnych przygód. Widzieliśmy bandę na Earls Court, ale wogóle nami nie zaiteresowaną, więc pomyślałem, że to chyba nawet nie było Chelsea. 20 minut po rozpoczęciu gry, na stadion dotarł zastęp skautów piwnych. Lekko poszarpanych. To znaczy, nie wyglądali najgorzej, ale karków trochę wyłapali. Bo ta ekipa na Earls Court, to rzeczywiście byli Chelsea Finest.Naszczęście nikt nie został pochlastany. Niestety tego samego nie można było powiedzieć o ich skórzanych kurtkach, które nadawały się już tylko na paski do damskich torebek. To była dość ostra walka i paru od nich zostało później wciągniętych za to. Typek z Headhunters, Jeremy Bodkin, powalił się nawet do tego, gdy policja przestudiowała jego memoir, w których opisał swoje zaangażowanie.Napisał,że wyyebali okna w wagonie, którym jechał Everton i strzelili flarę do środka. I że chłopak od nas przez chwilę stał w płomieniach. Bzdury. Widziałem wszystkich i żaden nie przypominał Guy'a Fawkes'a. Sędzia jednak to łyknął i pan bajkopisarz dostał 6 lat. Silly twat.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
07-08-2018, 17:06 #39
Wracając po meczu trzymaliśmy się już razem. Znów Chelsea próbowała nas zaskoczyć na Earls Court. Drzemnąłem w metrze nagle Bang! Wyleciało okno. Zamrugałem powiekami, czy nie sen. Nie. Peron znów był pełny chłopaków z Chelsea. Próbowali rozyebać pociąg. Nasi wstali i trzymając się uchwytów nad głową, próbowali wyyebać okna butami. Drzwi się w końcu otworzyły, ale Chelsea się zerwała, za to przybiegły psy. Agresywne, jak chooj. Brutalnie wtłoczyli nas z powrotem do wagonu. Jeden chłopak załapał się na podwójny ekstra wpierdoll i wyglądał bardzo kiepsko. Policjant w cywilu, który był tam przypadkowo, obserwował całą ich akcję z innego peron i na następnym meczu w programie pojawił się jego apel. Nakłaniał w nim pobitego chłopaka, by ten zgłosił się, bo bez tego ukaranie winnych będzie niemożliwe. Zapewniał też, że nie jest to żadna pułapka. Typek zaufał, zgłosił się i dostał nawet jakąś kompensację, a paru piesków musiało sobie poszukać innego zawodu.
To by było na tyle w temacie Chelsea. Nie mieliśmy już później, poważniejszych starć. Nie ma wątpliwości, że gdy będą mieli dobry dzień, to wystawią prężną firmę. Jednak moja opinia o nich jest taka, że są trochę takim Manchesterem United. Nigdy nie byli taką zgrabną paczką jak West Ham. Serio. Myślę, że zawsze byli przecenniani.
Z wszystkich przebudowanych stadionów ostatnimi laty, Stamford Bridge, zmienił się najbardziej nie do poznania. Odkąd w klubie pojawił się Rusek z kasą na podpałkę do grilla, zwykły kibic został wykopany za ogrodzenie. Nie, żebym się użalał, ale 45 kwitów za wejście, to jest jakiś cyrk. True blue może sobie pooglądać co najwyżej Sky. To zabiło chuligankę u nich. Mówię wam. Abramowicz ich rozyebał po całości.
Miałem jeszcze jeden fajny dzień u nich.W sezonie 2001/2002. Siedziałem w knajpie w pobliżu Sheda z paroma weteranami od nich i wspominaliśmy zgiełk bitewny minionych batali. Mówili, że mają dla nas ogromny szacunek. Jeden tam tylko nie umiał się zachować i cały czas pod nosem burczał coś o złodziejskich scouse-pisdach. To mu dałem nauczkę i dźwignąlem mu karnet z kielni. Reszta zaczęła śpiewać "You're not welcomed, in this pub." Ja i mój kumpel Hopper pomyśleliśmy- je.bać ich. Wyciągnąłem ten karnet i rzuciłem im w ryj. Cała knajpa wstała momentalnie. Jeden Cockney otworzył tylnie drzwi i wyrzucił nas. Out! Bez negocjacji. Chłop był po prostu miły i ratował nam doopy. Inaczej by nas tam zaciukali. Ale tak jak pisałem. Typowa Chelsea. Duża ilość, niestety nie przekłada się na wysoką jakość. Gdybym był na tyle głupi, żeby takiego sztosa odybać na West Hamie, nie byłoby mnie tutaj, żeby opowiedzieć tą historię.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:759 Reputacja: 1,888
07-08-2018, 20:53 #40
Queens Park Rangers
Zdezydowanie największy łomot w stolicy.Mówię o wydarzeniach pozaboiskowych. Parę tygodni wcześniej, na Kings Crossie rozjechaliśmy ich lokalnego rywala Chelsea. Zawsze liczną grupą odwiedzaliśmy Loftus Road i przez wielu obiekt ten, był uważany za najłatwiejszy w Londynie. Na taki wyjazd zabierasz młodego, żeby miał przedsmak wizyt w stolicy. Nieźle nam tam szło. Nawet gdy skończyli za Liverhoojem i zdobyli wicemistrzostwo, pjeerdolneliśmy ich tam 5:1. Cztery bramki Boba Latchforda. Zawsze odbywało się bez kłopotów i łaziliśmy tam sobie całymi grupami, jakbyśmy sami byli Cockneyami. Ale to się zmieniło po roku 1984.
Jak już wspomniałem, niewiele wcześniej, mieliśmy rozliczenia z Chelsea na Kings Crossie. Wielu było przekonanych, że przyjdą szukać rewanżu właśnie na tym meczu. Ale przed meczem nie widzieliśmy ani ich, ani Rengersów. Piwkowaliśmy sobie w kilku pubach przez nikogo nie niepokojeni. Mecz 0:0.Padaka straszna. Atrakcją wieczoru był nasz własny psycho-killer Pat van den Hauve,który wdał się w bójkę z jednym z zawodników QPR i prawym hakiem został posadzony na doopie. Obaj pięściarze zostali nagrodzeni przez arbitra czerwonymi kartonikami.Zaledwie paru Cockney'i pojawiło się na scenie.
Po meczu wyszliśmy zwartą ekikpą udaliśmy się na stację metra. Nie wiem, która jest bliżej. White City, czy Shepherds Bush. Widziałem cały tłum naszych jak znika w tunelu i było tam też paru chłopaków,. Za kilka minut pożałowałem, że nie zniknąłem z nimi. Gdy byliśmy już koło schodów, wyłoniło się kilku Cockney'i i przyatakowali. Pomyślałem, że to jacyś samobójcy. Nie było ich więcej jak 20, a nas wciąż trzymało się dobre 8 dych. Wielu zostało w nadziei, że CFC się jednak pokaże. Trzy razy tamci wyjeżdżali na butach i trzy razy wracali po więcej. W końcu oderwaliśmy się od stacji i pogoniliśmy ich aż do jakiegoś parku. Wtedy ich przywódca, strasznie rozdarta morda zwrócił się ku nam. On i jego banda. Niektórzy mówili, że to był McGregor, szycha, ale ja widziałem McGregora parę razy w okolicy Euston i nie sądzę, że to był on. W zasięgu wzroku nie było ani jednego psa i powinniśmy się zjarzyć, że to wystawa. Ale co tam. My byliśmy Everton. Dopiero co, zrobiliśmy Chelsea. Kto to jest koorwa jakieś QPR. Nieważne McGregor, czy nie, wystawił nas fachowo. Zanim przenieśliśmy ciężar na wykroczną do kopnięcia, typek wpadł między nas i rozpieprzył butlę amoniaku, albo innego syfu. Jak jeden zaczęliśmy kaszleć i smarkać na potęgę. Otoczył nas ponury tłum, głównie czarnych, młodych i ciężko uzbrojonych. Jak pieprzona zulu armia na filmie Chakka. Wszyscy skandowali:Wojna! Wojna! Wojna!To był przerażający widok.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2018, 21:06 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.






Skocz do: