Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
27-07-2018, 12:35 #1
Andrzej Mikuś "SCALLY"
Spowiedź chuligana klasy C

Rozdział 1.
Jeśli wiesz skąd pochodzisz

W dzisiejszych czasach nie ma nic fajniejszego niż widok kibiców gości i gospodarzy przemieszanych ze sobą.Fani obydwu drużyn, ubrani w klubowe koszulki, mijają się ze sobą spokojnie. Jedni uderzają do sklepiku nabyć oryginalne gadżety, inni z buteleczką alkopopa w łapie, zastanawiają się, który pub będzie najlepszą opcją. Wolni od wszelakich trosk i zmartwień. Nie stanowią dla nikogo zagrożenia, przeważnie pilnują swojego interesu i może z wyjątkiem Gordies (fani Newcastle United-przyp. tłum.), nikomu się nie naprzykrzają. I niech tak zostanie aż po sądny dzień.
Z drugiej strony, nic mi tak nie podnosi ciśnienia, jak śmieszna ekipka łbów, z klubiku za trzy piątki. Poubierani w tą swoją odzież kibolską, wiraszą grubo i wydaje im się, że zawsze tak było z górki.
No cóż. Nie zawsze. Dzisiaj Everton to spacerek dla przyjezdnego chuligana, lub jego klonów. Chyba, że wiemy, że przyjeżdżasz i mamy ujemne saldo we wzajemnych transakcjach. Nie ma nawet co porównywać z latami 70.i 80., kiedy to L4 (kod poczt.) obejmujący Walton, Goodison Park i County Road, był jednym z najbardziej prz.ejebanych miejsc na chuligańskim szlaku. Nie ważne było jaki wybrałeś środek transportu. Czy przyjechałeś pociągiem czy autokarem, busem czy furą, albo nawet na motorze z przyczepką, lub na chorym wielbłądzie z trzema nogami. Jedno było pewne. Czekała cię ostra jazda. Potrzebowałeś liczebnego wsparcia kolegów i mam tu na myśli konkretne liczby, bo my wystawialiśmy ekipę do 1000 głów, gdzie 1 na 10 handlował kosami. Z żadnego stadionu w tym kraju, nie wróciło tylu pochlastanych, co z Goodison. Jak przyjechałeś autobusem, parkowałeś na Priory Rd. i czekał cię 10 minutowy spacer pod stadion. Jeśli był to jakiś ważny mecz i przyjezdni obiawiali się w znacznej liczbie, parking rozciągał się aż po Pinehurst Avenue, a to mogło oznaczać kolejne 15 minut marszu. Kolejne 15 minut marszu przez piekło, jeśli nie byłeś tutaj lubiany. W latach siedemdziesiątych nie było czegoś takiego jak eskorta na stadion i z powrotem. To była wolna amerykanka. Bitwa najbardziej wysportowanych, albo raczej tych najwredniejszych i najokrutniejszych. Jeśli nie trzymaliście się kupy, jak zalani w superglue czy innej kropelce, wjeżdżaliśmy w was. Jeśli się rozdzieliliście i zaczynaliście biec.. no cóż, było po was. W tamtych czasach widywałem dorosłych mężczyzn zanoszących się płaczem, błagających lokalne psy o pomoc. Niektórym szczęśliwcom wskazywano drogę do zaparkowanych autokarów. Inni, mniej fartowni, dostawali lepca rękawiczką z grubej brązowej skóry, albo sztycha długą pałą z metalową końcówką i mieli powiedziane, żeby tu więcej nie przyjeżdżać, jak nie potrafią o siebie zadbać. Nawet psy były wredne na Evertonie.
Pociąg był najbezpieczniejszą opcją. Tak długo jak ogarniałeś gdzie masz iść, to miałeś jakieś szanse. Ale niewielu je miało. Koło fortuny lubiało się wykoleić, jeśli zostałeś rozkminiony na Lime Street (dworzec główny w Liverpoolu). Stamtąd na stadion jest godzina drogi przez niesławną Scotland Road, wizytówkę ciemnej strony miasta. Na Scotty, mogłeś zostać napadnięty i ograbiony w czerwcu, we wtorkowy poranek, mniejsza o sobotni wieczór w listopadzie, kiedy to zbiry z całego miasta, czasem okolic gorszych niż Walton, polowali tam na zabłąkanych Cockney'ów lub Manc'ów.
Samochody czy busy to też nie było najrozsądniejszym rozwiązaniem, chyba, że byłeś grubo po 50. U nas chuligańskie ostrogi zdobywało się w ten sposób, że za małolata patrolowało się okoliczne ulice wyszukując poparkowane pojazdy gości. Dla urchins, młodych scallies, było to też niezłe źródło dochodu. "Popyllnowaać?!!!" Wrzeszczeli na wysiadających z auta kibiców. Jak nie rzuciłeś paru szilingów I "Poproszę ziomuś." z miejscowym akcentem, twoja fura była zaznaczana i przechodziła do historii. Pamiętam jak kradliśmy kredę ze szkoły, a potem rysowaliśmy krzyże na plecach tych, którzy mówili podejrzanie po liverpoolsku w okolicy stadionu. Wiem, że dziesioniarze adoptowali tą technikę później, znacząc tych co trafili grubo u booka, ale my ją stosowaliśmy już w 72.
No jak dotarłeś na stadion niedraśnięty, no to miałeś farta, ale nie ma co chwalić dnia przed zachodem. Wciąż przed tobą dwie godzinki na stadionie i powrót, także pora jeszcze młoda nawet jak mecz był rozgrywany o 20.To tak, gdybyś się już czuł rozczarowany, że wracasz do domciu w jednym kawałku.
W latach siedemdziesiątych nasz stadion należał do najlepszych w kraju.Gdy w 71 ukończono Main Stand, był to pierwszy obiekt na świecie z 3poziomową trybuną.Niestety dostępna tylko dla zarobionych gnoji. My mieliśmy Park End Stand, albo Gwladys Street End w zależności od tego czy mecz był podwyższonego ryzyka. Gwladys St. End to był nasz młyn i nikt go nigdy nie zajął. W zasadzie tylko Millwall raz próbował i okazało się to dla nich bolesną pomyłką.
Był 3 lutego 1973 roku. 4.runda Pucharu Anglii, gdy owiane złą sławą F-Troops z Millwall dokonały napaści na nasz sektor. Nie trwli tam zbyt długo. "Siedmiu podźganych", Sunday Mirror donosił lakonicznie na pierwszej stronie. Wszyscy oni byli Cockneyami, włącznie z tym gostkiem co próbował uciec na murawę. Pewnie by mu się udało, gdyby nie został ściągnięty z ogrodzenia przy pomocy rzeźnickiego haka wje.banego w plery.
Ja zawsze preferowałen Park End i chodziłem tam dopóki nie wyłapałem dożywotniego bana na Goodison. Wciąż mam 4 karnety do "loży" i pozwalam ich używać chłopakom, w oczekiwaniu na uchylenie mojego bana.Mam tam karnet od 13 roku życia. Loża na Park End to był śmiech na sali. To tak jakby postawić klasztor w miejscu gdzie zwykle był burdel. Ta loża w połowie wypełniona starszymi chłopakami.Jak to mówią:Raz Parkender, to już zawsze Parkender...


ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-07-2018, 21:30 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.


the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
28-07-2018, 15:26 #2
Na długo przed tym jak został wyburzony, został on stworzony do zadym. Pod drewnianą trybuną znajdowały się toalety i miejsce gdzie można było się napić i coś zjeść. Jeśli jednak nie miałeś ostrej czerwonki i nie umierałeś z niedożywienia, to raczej unikałeś tej miejscówy. Przeważnie był tam Sajgon, a policji przeważnie nie było. W pisuarach było zwykle więcej krwi niż szczyn.Uwielbiałem stać w kolejce do Park End. Wsłuchiwać się w odgłosy bieganiny po drewnianych schodach. Znak, że chłopaki przeniknęły wąską linie niebieskich i teraz urządzają sobie ganianki za tymi przyjezdnymi, którzy mieli jajca, żeby się pokazać. W 70 latach, nie wielu je miało. Leeds,Wolves, Gordies i Chelsea w lidze. Bolton i Derby w Pucharze. Tylko Leeds prezentowało się ciut lepiej niż przeciętnie.
Gdy graliśmy z Liverpoolem albo Manchesterem United, to dla nich był cały Park End, a my musieliśmy wchodzić na karnety na Street End. Ale oglądanie stamtąd to już nie było to. Tam ojcowie zostawili dzieciaki, żeby spokojnie móc obejrzeć mecz, więc mieszanie ich z chuliganką, wydaje się być głęboko niemoralne. Tylko Everton i Liverpool miały takie miejsce u siebie.
To był poroniony pomysł. Pełno tam było złodzieji, wymuszaczy, kieszonkowców i wandali.Był tam Mini barek. Musiałeś zagęszczać ruchy przy zakupie Wagon Wheel(herbatniki) inaczej znikały bardzo szybko razem z twoją resztą.Jak nigdy nie paliłeś szlugów, to tam se zapaliłeś. Starsi częstowali cię, a później kazali płacić jak za całą raczkę. Tylko raz tam poszedłem i byłem bardziej posrany niż na jakimkolwiek stadionie na jakim byłem w życiu. Od tamtej pory idąc na mecz, zawsze sprawdzałem dwa razy, czy mam dość floty, żeby nie musieć kupować tam biletu.
Na swój pierwszy mecz piłki nożnej, poszedłem, gdy miałem jakieś 7 lat. Moja siora hajtnęła się z kopaitem(kibicem LFC) i on wziął mnie na Anfield. Liverpool pokonał Stoke 2:1,pomimo doskonałego występu Gordona Banksa w bramce Garncarzy. Mój szwagier zapytał mnie co sądzę o występie Liverpoolu, mając nadzieję, że zostanę Czerwonym. Odpowiedziałem, że wolałbym żeby wygrało Stoke. Już nigdy więcej nie zabrał mnie na Anfield i myślę, że zrobił mi przysługę, bo jako dzieciak, pod jakimś tam naciskiem, łatwo pomylić się przy wyborze.
Większość moich ziomali ze szkoły, to byli Niebiescy. Ale wskazówka popularności powoli przechylała się na drugą stronę, po okresie dominacji Evertonu (mistrzostwa w 63 i 70, Puchar w 66).Pewnie dlatego wciąż, odwrotnie niż dzisiaj, większość szkolnej dziatwy, była za Evertonem. Nieźle machałem łapami jak na swój wiek i nigdy się nie dawałem, gdy starsi kolesie chcieli wymusić odemnie przecenny batonik Azteca. Nie byłem jakiś XXL, ale ładowałem dość mocno i nawet w podstawówce potrafiłem sprzedać dobrą baśkę z nienacka. Zawsze odpowiadałem na zaczepki,więc skłamałbym gdybym napisał, że zaskoczyło mnie, gdy paru starszych chłopaków zaproponowało mi, bym się wybił z nimi na meczyk. Doszły mnie słuchy o tych podźganych z Millwall rok wcześniej i wszystkie inne opowieści i nie powiem, miałem ochotę uderzyć na Goodison. Właśnie z tych względów. Nie dla emocji piłkarskich. Mój stary zawsze był w pracy. Nawet w weekendy brał nadgodziny. Dzięki takiemu podejściu niczego raczej u nas w domu nie brakowało. Tata nigdy nie chodził się nachlać. Zawsze był dżentelmenem. Po prostu nigdy nie było go w domu. Nie wiem co się ze mną stało. Zawsze byłem jak on. Uprzejmy. Z szacunkiem do starszych. Ale tu się kończyło. W szkole byłem rozrabiaką. Nie miałem nikogo, kto by mnie zabrał na mecz. Moja jedyna nadzieja, szwagier był Czerwony. Koniec końców, wkręciłem jarecką, że idę z kumplam i jego wójkiem.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
28-07-2018, 19:05 #3
Łyknęła kit i rzuciła monetę, więc 19 stycznia 1973 roku, po raz pierwszy postawiłem kroki na Goodison Park. Graliśmy z Leeds a na trybunach zjawiło się blisko 56 000 kibiców. Miałem zaledwie 10 lat i obiekt wydał mi się przeolbrzymi. Poszliśmy na Street End i przez cały czas gapiłem się na Main Stand, nie mogąc uwierzyć jaka jest wysoka. Z meczu zapamiętałem tylko tyle, że zremisowaliśmy 0:0 i, że kolo stojący przed nami w parce, nie spodobał się paru urchinsom, więc mu podpalili futrzane obszycie kaptura. Typek, który mnie zabrał, nazywał się Dave Allan. Wiele lat później zginął w katastrofie na platformie wiertniczej Piper Alpha. To był dobry ziomek, parę lat starszy odemnie i kiedy jego żona otrzymała, odszkodowanie z funduszu dla rodzin ofiar katastrofy, ufundowała w imieniu męża sektor dla niepełnosprawnych na Goodison.
Po ostatnim gwizdku, dołączyłem do tłumu, który wylewał się ze Street End i podążał do okoła w kierunku Park End. By poczekać w zasadzce na wychodzących fanów Leeds. Miałem 10 lat, ale to nic, bo w tłumie byli jeszcze młodsi odemnie. Jak dochodziliśmy do Bullens Road, usłyszeliśmy potężny wrzask, co oznaczało, że starcie już się rozpoczęło. Stare zgredy opuszczające trybuny, zachęcały nas, żeby "Jechać z tymi gnojami z Yorkshire!". Niebardzo kumałem o co biega. Wiedziałem co to gnój, ale przecież graliśmy z Leeds, nie z jakimś Yorkshire. Braki w nauczaniu dawały już o sobie znać.
No i się uzależniłem. Od tego momentu oszczędzałem każdego pensa i rzadko kiedy przepuszczałem mecz u siebie. Jarecka wyczaiła co jest trąfem, ale tak długo jak miała spokój i wracałem wcześniej niż stary z 12 godzinnej sobotniej zmiany-to były piękne dni. Gorzej wyglądała sprawa z meczami w środku tygodnia i minął sezon czy dwa za nim na nie też zacząłem uczęszczać. Podobało mi się nawet bardziej niż w weekendy. Atmosfera, hałas, nawet zapach tego miejsca. Niestety w tamtym okresie Everton na murawie już nie istniał, podczas gdy Liverpool zdobywał Puchar Europy. Je. bać to. Myślałam wtedy. Wiele się na słuchałem w tamten czas od szwagra ile tracę nie chodząc na mecze. Mrugałem wtedy do mamy, bo tylko ona wiedziała, że jestem posiadaczem karnetu na Park End, na Goodison.
Już wtedy naoglądałem się scen na meczach. Najgorzej było chyba jak Bolton przyjechał na Puchar Ligi. Strzelili bodaj w ostatniej minucie, wyszarpując remis i po meczu dosłownie piekło zostało spuszczone z łańcucha.
Poszliśmy w górę Priory Road, a tam Bolton szukał nas tak samo jak my ich. Było tam też trochę małolatów i nasza ekipa dopadła paru z nich. Pierwszy raz walnąłem wtedy przyjezdnego typa w zęby i zdarłem mu z szyji szalik. Chłopocek się rozbeczoł. Chwilę później dostałem czymś przez łeb i tyle widziałem moje pierwsze zkrojone barwy. To była pierwsza lekcja do nauczenia. Nigdy nie zakładaj na siebie zkrojnych fantów. Najpierw my wykroiliśmy tych małolatów, a potem sami staliśmy się ofiarami starszych chłopaków, zanim zdążyliśmy wykrztusić jedno słowo wyjaśnienia. Ech! A przez moment się czułem jak Barbapapa, albo jakiś inny super-bohater.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-07-2018, 19:11 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
29-07-2018, 11:59 #4
Nigdy więcej nie założyłem zdobycznych barw. Od tej pory upychałem je w gacie, by móc później powiesić je dumnie na ścianie swojego pokoju. Zanim skończyłem 14 lat, miałem już niezłą kolekcję i tak jakoś mimochodem stałem się piłkarskim chuliganem. Już nie było dla mnie odwrotu.
Zanim nadszedł rok pański 1977, awanti stało się główną atrakcją dnia. Kochałem Everton i zawsze chciałem, żeby wygrali. Wszyscy tego chcieliśmy. Ale to co prezentowali na murawie, było żałosne. Jeśli mogliśmy sobie poprawić nastroje osiągając rezultat poza boiskiem, to oczywiście tak też się działo. W tamtych dniach ilość chuliganów na trybunach stadionu Everton FC, porażała i przerażała. Bywało, że mieliśmy cztery różne ekipy dookoła obiektu, a każda liczyła lekko po pięć stów. My, młodzi, czatowaliśmy w Stanley Park, wypatrując autobusów na Priory Road. Gdy zaczynali parkować, w parę minut byliśmy za nimi i czekaliśmy, aż doczłapią na róg Goodison Rd. Wtedy- atak. Zawsze inna ekipa czekała na cmentarzu,po drugiej stronie i gdy atakowaliśmy, oni symultanicznie ruszali z drugiej flanki. Chociaż nie były to żadne strategicznie opracowane bitwy,bez dzisiejszych możliwości i ułatwień koordynacyjnych jakie daje telefonia komórkowa, zapewniam was, że wypadało to elegancko. Zawsze, niczym 300 występ znanej rewii w kasynie w Las Vegas.
Gdy uciekający tłum przyjezdnych dobiegał do zbawczych bramek na Park End, witała ich tam kolejna liczna wataha naszych. Nawet ci co przetrwali stanie w kolejce, kupując bilet i jednocześnie odpierając ciosy, wchodząc do sektora przyjezdnych, momentalnie byli przejmowani przez naszych chłopaków, którym udało się tam przeniknąć, co było normą w tamtych czasach. Uwierzcie mi. Goodison to nie było miejsce dla zajęczych serc.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
29-07-2018, 12:53 #5
Zanim zaczął się sezon 1977/78,w Liverpoolu większość kibiców zaadoptowała tak zwany, wygląd casual,który do dziś funkcjonuje chyba na każdej trybunie świata. Wiele osób, które pisały o modzie i piłce, przerabiało ten temat i prawdę mówiąc, to nawet moja d.upa zanudziła się tym już na śmierć. Sram na to czy Stoke nosili majtki Stone Island w 1990. Nie obchodzi mnie, czy Sheffield United zaczęli mode na wąsy (chyba rzeczywiście zaczęli). Nieważne. Każdy kto był na początku sezonu 1977 /78 w okolicy Anfield lub Goodison, widział, że większość chłopaków, porzuciła swetry na rzecz casual. Stali się piłkarskimi casualsami. Nie zamierzam tu wykładać całej nurzącej lekcji historii na ten temat. Ale można to szybko zweryfikować, przytaczając trzy powszechnie znane fakty.
Fakt nr1
Scousersi (mieszkańcy Liverpoolu. Scouse to rodzaj gulaszu, serwowany przez tamtejsze gospodynie) to najlepsi na świecie złodzieje i kanciarze.
Fakt nr2
Chociaż niechętnie, przyznaję że Liverpool FC był na przełomie lat 70 i 80 niekwestionowaną potęgą i tysiące jeździły za nimi po Europie.
Fakt nr3
Scousersi zaczęli erę casuals.
Nie wymaga matematycznego geniuszu, że w powyższym równaniu. A+B=C. Europejskie miasta gdzie na każdym kroku był jakiś dizajnerski szopik plus hordy złodzieji z Liverpoolu równa się powstanie Football Casual Look.
Początk ery casual, zbiegł się ze zmianą skali i jakość przemocy na Evertonie. Nasze liczby spadły gwałtownie ponieważ wielu chłopaków, którym nie pasował nowy wygląd, po prostu odbiło. Zresztą nie byli już mile widziani. Nie pasowali do reszty. Nasza ekipa składała się teraz z dobrej setki i chociaż wszyscy byliśmy Scallys (tu także w znaczeniu Casualsami), mieliśmy po 20,nie więcej lat. Musieliśmy odwiedzić takie miejsca jak Newcastle, Manchester, czy Cardiff, gdzie łysi kolesie w bluzach z trzema gwiazdkami, wciąż chodzili obwiązani w barwy od stóp do głów i mieli po trzy dychy albo lepiej, ale nie ma wątpliwości, że wciąż potrafili dobrze p. rzyjebać.Pod koniec lat 70. zdarzało nam się zaliczyć wpadki w takich miejscach, ale byliśmy młodą ekipą i ciągle nas przybywało. Kilka karków za młodu, parę obskoczonych wpierduli za młodu, nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Taką przynajmniej mieliśmy wiarę. Najgorzej wypadliśmy w Newcastle i w Cardiff. Chociaż na Pucharze w 77.,w Cardiff, to trzeba im przyznać, wielu młodszym chłopakom od nas odpuścili, chociaż mogli ich zmasakrować. Na Saint James Park, nie mieliśmy tyle szczęścia. Setki Gordies, atakowały nas ze wszystkich stron i nie brali jeńców. Nawet kobiety, dzieci i ich wszyscy bliscy, co myśleli, że jesteśmy dobrzy...Ale nie byliśmy. I była porażka.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-08-2018, 10:03 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
29-07-2018, 18:26 #6
Nikomu z Evertonu nie odpuszczano. Ale ustawiło nas to do pionu na przyszłe lata. To na pewno. Gdy kończyły się lata 70. większość z nas była przed 20.,albo pod 25,mieliśmy liczną ekipę wariatów i odrobiliśmy nasze praktyki. Od tej pory jeździliśmy wszędzie i nie obawialiśmy się nikogo. U siebie, fakt, że już wtedy byliśmy wszyscy casuals, sprawiał, że wyłowienie przyjezdnych z tłumu, nie stanowiło problemu. Najgorzej było jak w Pucharze zarówno Liverpool jak l i Everton zostali wylosowani jako gospodarze. W tamtych czasach mecze zrzadka były przekładane na prośbę policji i gdy oba kluby grały w tej samej rundzie u siebie, na mieście od południa dochodziło do starć, gdy oba zestawy kibiców przyjezdnych zaczynały się zjeżdżać na Priory Road. Najgorzej było w 1977.,kiedy graliśmy w ćwierćfinale z Derby County, a Liverpool podejmował Middlesbrough na tym samym szczeblu. W odstępie niecałej mili ponad 100 000 fanów oglądało te dwa spotkania, a Kibice przyjezdni, parkowali swoje fury, busy i autokary w tym samym miejscu. Oba zespoły z Merseyside (ujście rzeki Mersey znajduje się w Liverpoolu), awansowały, ale to niewiele obchodziło miejscowych chuliganów. Gdy czekaliśmy na kibiców Derby, blokując Goodison Road, cała masa Czerwonych, robiła to samo na Anfield. Nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem takiego chaosu, jak ten,który zapanował gdy wszyscy spotkaliśmy się w połowie Parku. Borough sp.ierdalało w kierunku Goodison, a Derby w przeciwnym, w stronę Anfield. Priory Road przypominało pole bitwy. Everton walczył zarówno z Derby jak i z Middlesbrough. Tak samo Liverpool. Przysłowiową kropkę nad kompletnym rozpIździejem stawiały starcia pomiędzy obiema przyjezdnymi ekipami. Jeszcze godzinę później można było spotkać grupki gości całych we krwi, próbujących znaleźć środek transportu, którym przybyli na ten niegościnny skrawek Ziemi. Widziałem kibica Boro, który wyłapał kosy pod Smażalnią, a było już dobrze po 19.Inna taka sytuacja miała miejsce gdy my graliśmy z Wrexham, a the Reds mieli Bury u siebie. Nieoczekiwanie obie ekipy stawiły się dość licznie w naszym mieście i po meczu znów zapanował chaos. Każdy kto nosił czerwone lub niebieskie barwy, był atakowany po meczu przez scallies z obydwu miejscowych klubów i ci fani Evertonu i Liverpoolu, którzy jeszcze nie odkryli jeansów Lois i polówek Lacoste, obskakiwało wpierdoll przez pomyłkę. To był ostatni raz gdy zezwolono nam grać w ten sam dzień. Rozsądna decyzja.


ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-07-2018, 10:48 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
30-07-2018, 02:31 #7
To były bardzo niedobre czasy, a nas przybywało z tygodnia na tydzień. Mieliśmy kilka band, dowodzonych przez świrów z różnych części miasta. I jeszcze doszedł jeden czynnik. Wielu chłopaków zaprzyjaźniło się ze Staszkiem. No, nie mówcie, że nie znacie Staszka. Nigdy nie widzieliście noża tapicerskiego Stanley'a? Stachu zmienił reputację Scousers'ów w ciągu jednej nocy. Zamiast być kojarzonym z the Beatles,czy z dwoma fantastycznymi klubami piłkarskimi, od tej pory w świadomości ludzi z poza Liverpoolu, istniała już tylko jedna relacja. Scouser równa się tapicer.

Rozdział 2.
The County Road Cutters

Większość chuligańskich firm posiada swoje nazwy, a niektóre z nich, jak West Ham Utd. Intercity Firm, Chelsea Headhunters czy Cardiff All Soul Crew, do dziś otaczane są należnym szacunkiem. Inne jak Derby Lunatic Fringe czy Lincoln Transit Elite, też mają nazwy, ale już bez szacunku, bo na niego trzeba sobie zapracować. Niewiele ekip posiada metkę na której jest napisane z wykrzyknikami "O żesz koorwa! Oni naprawdę tu są!", tak jak Chelsea czy WHU w latach 80.Gdy mieli się gdzieś pokazać, potrzebowałeś pełnego wsparcia, inaczej byłeś w głębokiej doopie.
My nigdy nie mieliśmy nazwy, z której bylibyśmy znani w chuligańskim pół światku. Ot poprostu sami siebie nazywaliśmy Scallies, zarówno Everton jak i Liverpool, a młodzi członkowie gangów to byli Urchins, która to nazwa wciąż funkcjonuje pośród młodzieżowców czerwono-białych pedałów z gorszej strony Parku Stanley'a. Dotyczyło to nie tylko kibiców, ale ogólnie całej zorganizowanej i niezorganizowanej przestępczości w Liverpoolu, więc może dlatego te nazwy nie zrobiły kariery pośród kiboli.
Właściwie to Everton miał zawsze kilka różnych band, wywodzących się z różnych części miasta, na czele których stały przeróżne indywidua. Często powodowało to tarcia, gdyż każdy miał własną wizję i własną strategię, którą próbował przeforsować. Nie raz i nie dwa było to przyczyną naszych niepowodzeń. W latach osiemdziesiątych, gdy nasz element "H" był dość liczny, można było wyróżnić trzy ekipy, których nazwy może nie były na ustach wszystkich, ale tym, którzy mieli niefart z nimi się spotkać, były bardzo dobrze znane.
Tony C. miał wyjątkowo wredną bandę,która zadawała przeciwnikom konkretne straty zarówno u siebie jak i na wyjazdach. To byli wszystko starsi kolesie, którzy zawsze chodzili po własnych ścieżkach. Ich liczebność to od 50 do 200 typa i nigdy nie posiadali żadnej chwytliwej nazwy ;Bo jej nie potrzebowali. To byli bezlitośni skoorwiele. Gdy byłem młodszy, zawsze trzymałem się od nich na dystans, biegając raczej z główną ekipą, jako, że mieli w sobie coś z oddziałów samobójczych. Tony jest wciąż moim dobrym ziomkiem i dalej niezłym czubem tyle, że swoją agresję, przekierunkował na trochę inne tory i nieźle z tego żyje. Więcej ani słowa o tym.
Inną grupą psychopatów byli Bohaterzy Kelly'ego. Tak jak dowódca z filmu o tym samym tytule, Kelly kierował oddziały swoich Heroes na tyły wroga i siał tam z nimi niewyobrażalne spustoszenie. Przeważnie trzymali z główną ekipą, ale na różnych meczach bez histori zdarzało im się napier.dalać z naszymi. Czasami słyszało się, że ten czy tamten pub został zdemolowany wraz z klientelą i, że stali za tym właśnie Herosi Kelly'ego. Typek wciąż biega na Evertonie i jest chyba najbardziej znanym w kraju spośród nas. Tyle, że za każdym razem gdy coś się wydarzy, chłop ląduje na dechach i jest chyba jedyną postacią na naszych trybunach, która może się pochwalić podobną ilością aktów oskarżenia, co wasz kochany autor. Wielu fanów Man. Utd. wciąż ma go na swojej liście osobników przeznaczonych do zgładzenia, jako, że uchodzi za głównego sprawcę w sprawie pochlastania Jobe'a Henry'ego na Old Trafford w 1982r.(patrz rozdział 3.), chociaż to nie on zrobił. Ciach bajera. Żadnych dalszych wyjaśnień w tym temacie. Kelly to topowy ziomal i wciąż gra na World Class.Proper old school. Jego urok osobisty i czupryna to już wspomnienie, ale jego duch walki, nie.
Jednak najgorszą ekipą jaką mieliśmy w latach 80. i to z zupełnie innej, wyższej (raczej tej najwyższej) półki zła, byli County Road Cutters. Była to ekipa młodszych chłopaków, która na sumieniu miała więcej ofiar, niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Liverpool Echo poświęciło ich wyczynom więcej stron, niż na nekrologi. Chociaż przy paru okazjach omal sami nie dorzucili paru. Bez cienia wątpliwości byli wcieleniem zła. Nie pochwalam, ani nie usprawiedliwiam ich działalności i nigdy nie należałem do ich gangu, ale uważam, że ich historia też powinna zostać opisana.Także dlatego, że Everton był i przez niektórych wciąż jest uważany za najgorszych nożowników w kraju. I nie zamierzam tu ściemniać. Taka jest prawda.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-07-2018, 02:44 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
30-07-2018, 09:44 #8
Wiele historii powstało o Scousers'ach i nożach tapicerskich przez nich używanych. Nie zamierzam tej kwestii zamiatać pod dywan. Wielu nawet na scenie kibolskiej, uważa, że to wynika z naszego tchórzostwa. Wiem, dlaczego tak myślą, bo sam nie przepadam za ostrymi zabawkami, ale nie zgodzę się z tym. W każdym większym mieście są gangi i od pierwszego dnia ich istnienia, broń była w użyciu w walkach między nimi. Noże, brzytwy, różne gadżety rodem z kung-fu i nawet maczety, były widywane w walkach kibiców, przynajmniej od lat 60.W czasach długich płaszczy i długich noży, obecność policji była znikoma, a przeszukania bardzo rzadkie. W erze casuals, gdy rewizje osobiste stały się bardziej powszechne, tapicer był czymś dużo łatwiejszym do ukrycia. Wprowadzenie na trybuny Staszka, było naszym kolejnym wynalazkiem i to bardzo pomysłowym. Łatwy do ukrycia, łatwy do pozbycia, powodował poważne obrażenia, jednocześnie rzadko doprowadzając do stanu zagrożenia życia. Gdy sytuacja wymykała się z pod kontroli, czasami wystarczało jedno ciachnięcie przez poliko, albo klatę i już było po chłopie i jego kumplach. Palili wroty. Może to brzmi brutalnie,ale nie byliśmy uczniami prywatnego liceum, grającymi w siatkówkę. Byliśmy bandami piłkarskich chuliganów, dąrzących do zwycięstwa za wszelką cenę i chcących sobie wyrobić jak najgorszą reputację. Mówię tutaj o masowych starciach ludzi, którzy brali w nich udział z własnej woli. Użycie broni przeciw przypadkowym, tzw. normalnym kibicom, zawsze było i jest niedopuszczalne. Oto historia County Road Cutters, opowiedziana własnymi słowami przez ich lidera. Przez wielu był on uważany za top boy'a na Evertonie. Wciąż chodzi na mecze u siebie i od czasu do czasu, pokaże się na jakimś wyjeździe. Jego historia może być dla niektórych bolesna i rozdrapać parę starych ran u niektórych. Prawdopodobnie jest to najokrutniejsza historia o futbolowej chuligance, jaką kiedykolwiek usłyszycie. Ja w tym nie brałem udziału. Mój psycholog twierdzi, że jestem chory, ale nie skrzywiony.

Oko za oko.
Pościg się skończył i było po chłopie. Słabo oświetlona brukowana uliczka, stała się jego więzieniem, po to by wkrótce, stać się też jego grobem. Gdy stał tak zagoniony w ślepy zaułek jego birmingamski bełkot potkurwiał mnie jeszcze bardziej. "Eejjże, zjomuś. Daaj spokój. Łotpuśćze." Nie wiem po co w ogóle marnowałem ślinę, ale zagadałem. "Zamknij koorwa ryj, bo nie jestem twój zjomuś. I choćby tu twoja doopa wszystkie łzy wypłakała, już się od kary nie wywiniesz.Pajacu."Tyle go było i tyle był wart. Jego los został przesądzony trzy dni wcześniej, gdy jego żałosna ekipka, zaatakowała grupkę fanów Everton. Tak, zwykłych fanów. Nie chuliganów takich jak ja, tylko zwykłych kibiców, którzy po prostu wybrali się obejrzeć mecz. I to było kompletnie nie wporządku. Oślepili typa. Stracił jedno oko. Gdy próbował się bronić, dostał cegłą prosto w ryj i tak zakończył się dla niego sielankowy wyjazd na Puchar na West Bromwich Albion. Przeczytałem o tym w poniedziałkowym Echu i ucieszyłem się, że był remis i już w środę, nadaży się okazja do rewanżu.
West pieprzony Brom. Stałem ze świeżutkim ostrzem w łapie i wciąż nie mogłem uwierzyć, że idę ze sprzętem na kibica WBA. Ale musiałem. Bo jak mówi Pismo: "Wyłupisz mu jedno jego oko, gdy on wyłupi twoje."Już nie wyglądał na takiego twardziela, jakim się prezentował na stadionie. Teraz bez ogrodzenia i bez kordonu stu zomoców, znacznie zmalał i zwiotczał. A na trybunach był taki wielki i tak głośno śpiewał:
To był tylko jeden, mały, biedny scouser.
Co ma mordę jakby dostał pancerfaustem.
Prawie się przez niego pożygałem.
Jak mu cegłą w wredną mordę zayebałem.
Uuu...!Teraz już mnie widzi tylko pół!!!

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-07-2018, 21:45 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
30-07-2018, 21:08 #9
Bum! Bum! Koorewsko zabawne. To był jego błąd. Jego drugi błąd. Bo pierwszym był wyjazd na Everton i spacery po County Road. W bejsbolówce i ogrodniczkach, z wypiętą klatą. Taki cudak się na Evertonie nie uchowa. Uwielbiałem górną trybunę na Park Rd. End. Naprawdę. Przepchać się do przodu i obcinać sobie tych największych napinaczy. Wychodziliśmy tymi samymi bramkami i w parę minut byliśmy przy nich. Pościg nigdy nie trwał zbyt długo.
Pod tym względem Goodison to był kocur. Od zayebania wąskich, nieoświetlonych alejek. To znaczy latarnie tam były, tylko małolaty porozpjerdalały żarówy. Im ciemnej tym przyjemniej. I kiedy okrzyk przerywał ciszę i leciała pierwsza latara,stary,niewielu miało ochotę na sparing.
Na koorwie wyjechałem w niego.Chlasnąłem, raz, i drugi. I jeszcze raz. I jeszcze, jeszcze. Po ubraniu. W strzępy. I jeszcze raz. Chlas, chlas, chlas! Konkretne essa-essa. Ale nie mogłem dosięgnąć celu. Chciałem jego oko.Leżał na glebie i błagał mnie, żebym przestał. Taki chooj!
Próbowałem mu odgiąć paluchy, którymi zasłaniał gały,ale był histerycznie twardy i łatwo się oczka nie chciał pozbyć. Pociąłem mu palce do kości i od tych jego kwików głowa zaczynała mnie boleć, więc odpuściłem. Zwłaszcza, że kurtyna zaczynała już opadać i w powietrzu dało się słyszeć syreny radiowozów. Psy były w drodze.
Koorwa. Zawiodłem, chociaż naprawdę się starałem. Może i oberwało mu się trochę, ale on będzie oglądał do końca życia swoje blizny obojgiem oczu. Czego nie można powiedzieć o kibicu EFC. I to mnie wkoorwiało najbardziej. Ale i tak zapamięta tą noc do końca swojego zasranego życia. No i chooj. Witamy na Evertonie. Właśnie miałeś przyjemność z County Road Cutters.

The CRC
CRC to nie duża grupa. Ze 40 dobrze znających się chłopaków. Wszyscy tutaj Bardzo Dobrze się znamy. Naprawdę dobrze. Koorewsko dobrze.
Działamy raczej bez zarzutów. Właśnie dlatego, że tak dobrze się znamy. Wiele osób z czuba różnych ekip, wyłożyło się właśnie na tym, że pozwoli biegać ze sobą typom, których tak naprawdę nie znali.Ale nie u nas.Jak ktoś obcy próbował się podłączyć, dostawał kosy.
Nie było u nas żadnych dziwnych twarzy. Same swojaki. Znaliśmy się od lat. Wejźmy na przykład tego tu Jędrka, co pisze tą książkę. Przez pięć lat widywałem go na meczach, zanim zacząłem w ogóle z nim bajerzyć. I to tylko dlatego, że stawał ze mną do sprawy. Wtedy wiedziałem, że jest jednym z naszych, zwłaszcza, że się powalił.Wtedy już byliśmy ziomalami, ale wcześniej - no way. Bez urazy, ale w ten sposób funkcjonowaliśmy. Nikt się nigdy nie rozyebał, bo wiedzieliśmy o nim wszystko. I o jego bliskich też. To była nasza polisa ubezpieczeniowa. Od pożaru. Rodzinnego domu.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-07-2018, 00:16 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
31-07-2018, 01:28 #10
Te ekipy Cockneyów co się powaliły w latach osiemdziesiątych, wszystkie popełniły ten sam błąd. Pozwolić komuś latać z tobą, tylko dlatego, że ma nowy, fajny dresik? Chelsea, West Ham, Millwall, oni wszyscy chyba postradali zmysły. Wszyscy poszli na dno, bo zaufali jakimś obcym frajerom.
Nawet ostatnio. Widać, że niczego się nie nauczyli. Ten kolo z Chelsea, dostał 8 lat, bo przez cały sezon pozwalał się kręcić z ukrycia temu reporterowi, McIntyre'owi.No cóż, trzeba być koorewsko głupim. Gdyby ktoś się wprowadził tuż obok mnie, z nowym tatuażem Evertonu i zaproponował by mi, że mnie zabierze na meczyk swoim merolem za 30 koła. Taki koło szybko skończyłby karierę. To na pewno. Zostałby pochlastany, a fura przerejestrowana na nowego właściciela. Albo coś w tym rodzaju.
No, ale macie swoich Cockneyi. Lubią błyszczeć.
Siedzę w tym od dwudziestu lat. Sprawdziliśmy się przez ten czas praktycznie z każdą liczącą się firmą na rynku w tym kraju i o ile mnie pamięć nie myli, to może ze cztery razy zajmowaliśmy. drugie miejsce. Nieważne, że jakieś tam grupki kibiców Evertonu, obskoczyły bęcki po różnych stadionach, że fan club z Dupirkby został przekopany w pubie w Slonton. Mówię tu o czołowych typach z głównej bandy. Nie o pajacach urządzających zasadzki pod knajpą na zwykłych fanów i jeszcze się tym szczycących Tak to każdy potrafi. O nich nie wspominam.
Cztery razy w ciągu 20 lat. To chyba niezły rezultat.
Dwa razy przez Boro. Raz u nas i dla dobrej miary, raz tam u nich, co moim zdaniem wstydu nie przynosi, bo to zawsze byli konkretni goście. Coś jak my. Twardzi jak chooj. Raz na Pucharze Ligi. Na Manchesterze United. To była nasza własna wina, bo się rozdzieliliśmy. Ale nie zamierzam tutaj mieszać gówna, które się rozlało i przyznaję uczciwie, że nas wtedy zrobili. I jeszcze raz polegliśmy na Queens Park Rangers. Nie żartuję na QPR. Bez ściem. Trzeba czasem zmierzyć się ze smutną prawdą. Chłopaki wciąż się spierają, że to może była Chelsea, inni mówią, że młodzi czarni z osiedli dookoła Shepherds Bush, ale ja uważam, że byliśmy na QPR. Zostaliśmy zaatakowani na QPR i zawzięcie ścigani po całej okolicy. A kogo zawiodły nogi i został złapany, został też pocięty. I w moim notatniku zrobiło to Queens Park Rangers.
Z wyjątkiem tych paru czkawek, cała reszta ekip, które stanęły nam na drodze, zrobiły to na własną zgubę.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-07-2018, 01:36 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
31-07-2018, 10:43 #11
Niektóre mecze lepiej zostają w twojej pamięci, inne gorzej. Byłem na nich wszystkich, ale wciąż zdarza mi się poplątać fakty we wspomnieniach. Nie dlatego, że jestem kłamcąy. Po prostu tyle tego wszystkiego było, że po latach trudno to wszystko ogarnąć. Jeśli uważasz, że powyższe historie miały trochę inny przebieg, możesz powiedzieć, że miałeś farta. Miałeś farta, że wciąż możesz opowiedzieć swoją wersję tych wydarzeń.

Boro
W połowie lat osiemdziesiątych, mieliśmy serię gier przeciwko nim w Pucharze Anglii. Zawsze kończyły się remisami i mecze musiały być powtarzane,co doprowadzało do tego, że nie raz mieliśmy z nimi 3 konkretne starcia w ciągu tygodnia. Kozak. W moich czasach Middlesbrough nie było uważane za jakąś wiodącą siłę na chuligańskej scenie, ale pewnej soboty, zajechali do nas pociągiem naprawdę w masywnej ekipie. Przyatakowali kilka pubów dookoła Lime Street i jeden ziomuś przeleciał przez witrynę sklepową obok Yankee Bar. Nie byłem tam, ale słyszałam, że Everton się dobrze postawił, mimo to obskoczyliśmy bęcki.
Nigdy nie jeździliśmy na miasto przed meczem, chyba, że jacyś cockney'e lub manc'i miały przyjechać. Ale słowo się rozeszło i zanim eskorta doprowadziła ich na Scotty Road, już tam byliśmy. Weszliśmy tam prosto na nich przy Great Hommer Street i jeszcze raz na Walton Lane. Liczba zatrzymanych musiała być tego dnia trzycyfrowa, bo rozgrywały się tam dantejskie sceny na oczach psów. Praktycznie całą drogę na stadion. Wynik jak na razie remisowy.
Mecz minął bez histori, poza wycieczką 30 z Boro na dolną trybunę Bullens, gdzie dostali wpjerdol. Ale to nie był nasz kaliber. Nam chodziło o główną ekipę. Ich pierwszy garnitur a nie minibusa z jakimś siuśkami. My to nie Forest, ani Stoke.
Po meczu Boro wyszło z Park End i widać było, że też szukają, ale zanim zdążyli się rozejrzeć, w którą mają iść stronę, dwóch od nich wyłapało kosy, bo za bardzo odstawali od eskorty. Policja zareagowała dość szybko, by nie dopuścić do zaognienia sytuacji i setki naszych zostało rozgonionych przy pomocy policji konnej i policyjnych vanów. To było coś jak sceny ze strajku górników. Śmierć jak kromka chleba.
Spotkaliśmy się w the Brick i od razu zaczęliśmy się zastanawić, jak tu się zorganizować na powtórkę. Tym razem na ich terenie. Nie powiem, byliśmy pod wrażeniem Boro i wiedzieliśmy, że nie można ich zlekceważyć jadąc tam. Siedzieliśmy i dyskutowaliśmy tam już dobrą godzinę gdy nagle razem z oknem, w brzęku tłuczonego szkła, wpadła do środka cegła, a z zewnątrz dobiegło nas skandowanie:Bo-ro! Bo-ro! To była pierwsza ekipa, która się tak pokazała u nas i za to mają mój szacunek, aż do dzisiejszego dnia. Wypadliśmy z pubu oboma zestawami drzwi, prosto na 3 dychy Boro, które stało tam i chcieli wiedzieć, kto pociął ich ziomali. Myśmy to zrobili i to nie było jeszcze nasze ostatnie słowo. Typ na czele wyglądał jak Kevin Webbster z Coronation Street (telenowela na BBC) w czapce narciarskiej.Ruszyłem prosto na niego. Kolejna ofiara z County Road. Chlas, chlas i już miał piękną żaluzję na plecach. I jeszcze raz w promocji rysnąłem go w łapę. Mogło być gorzej, bo miałem go na widelcu, ale na Tony'ego (Montane,czyli scarface, bliznę na twarzy) nie zasłużył.
Walczyli i nie odpuszczali ani na chwilę. Dla żadnej grupy nie mam takiego szacunku jak dla nich. Ile ekip zrobiłoby coś takiego dla dwóch swoich ziomków? Usłyszeliśmy syreny i było po zabawie. Przerwa do środy.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
31-07-2018, 19:01 #12
Przez następne 3 dni telefony nie przestawały dzwonić Wiedzieliśmy, że jak mamy tam jechać, to trzeba ogłosić powszechną mobilizację. Nie tylko u nas, ale też TC's i Kelly's Heroes. Wiedzieliśmy, że tym razem musimy się trzymać razem, więc zamówiliśmy 6 z 8 autokarów dostępnych w Barnes. Poza paroma wolnymi fotelami, wypełniliśmy je w całości i był to skład, którego zatrzymanie wymagałoby konkretnej siły. W naszym autobusie otwarto karton ze Stanley'ami i brali prawie wszyscy. Mieliśmy rakietnicę, szpikulce do lodu i maczety. To było poważne towarzystwo, bez żadnych koniobijców i zamierzaliśmy oprawić Boro, jak jeszcze nikogo nie oprawiliśmy.
Skończyło się oczywiście na niczym. Psy zhaltowały nas na rogatkach miasta i trzymali nas tam praktycznie do momentu rozpoczęcia meczu. Wtedy dowieźli nas pod same bramki i w podwójnym kordonie psów z psami, weszliśmy na sektor. Po meczu to samo. Nie było szans na nic. Wielu chłopaków od nas, co się wybrali prywatnymi środkami transportu, zostało zbombardowanych tego wieczoru przez Boro. No, ale w autokarach było jeszcze parę miejsc i oni powinni je zająć.
Jedyną dobrą wiadomością był wynik. Kolejny remis i po rzucie monetą, okazało się, że to znów my będziemy gospodarzami powtórki. Teraz na nich przyszła kolej się organizować. Nie zrobili tego i słono im przyszło za to zapłacić.
Następnego meczu nie dało się tak od kopa rozegrać i mieliśmy cały tydzień na dogranie wszystkiego. Tym razem będziemy na nich czekać przygotowani. Jeden z naszych chłopaków, miał laskę, która mieszkała pod samym stadionem. Wtedy po raz pierwszy, użyliśmy tego kwadratu jako kryjówki i przebieralni. Potem powtarzaliśmy ten trik wielokrotnie.
Trzymaliśmy tam całe nasze uzbrojenie i mnóstwo kurtek i bluz, w które zawsze można było wskoczyć. Kocur. Mogłeś kogoś pochlastać i gdy wąsy ganiały za kimś ubranym powiedzmy w granatowo-biały skafander narciarski, ty sobie wyłaziłeś na luzaku, od dupeczki z mieszkania, w zielonym golfie. Czasami wpadliśmy tam po kilka razy, zmieniając garderobę jak ten pan Ben z programu dla dzieciaków. A psiarnia miała megazagwozdkę.
Boro przyjechało wcześnie, ale nie byli zorganizowani i prezentowali się dość bylejak. Zamiast trzymać się razem w jednym pubie, rozsypali się do trzech różnych i to była masakra. Byli w the Abbey, w Blue Housie i w the Netley i tylko tym z tego ostatniego udało się częściowo zdoopcyć. Najpierw zaatakowaliśmy the Abbey. Boro próbowało blokować drzwi, ale na nic to. Było nas zbyt wielu i byliśmy zbyt agresywni. Wjechaliśmy do środka, a oni ratowali się przed rzezią kuląc jeden za drugim w kąciku. Ro.zjebaliśmy ich porządnie i po całości. To była ich ekipa, ale niekoniecznie topowi goście. Wtedy usłyszeliśmy głośne "Dawaj!!" i wiedzieliśmy, że reszta naszych ruszyła na Blue House.Tam musiało być ich dowództwo, więc nie marudząc wartko ruszyliśmy w tamtym kierunku. Znaleźliśmy to czego szukaliśmy. Wjazd z punktu. W pubie włączono alarm, ale zagłuszały go jęki i wrzaski chlastanych gości. Boro przyjechało się ponapjerdalać, ale nie byli chyba przygotowani na ten poziom agresji i taką falę przemocy jaka w nich uderzyła. Wkrótce mieli dosyć i zaczęli się kitrać za barem, zastanawiając się intensywnie nad drogą ewakuacji. Kilku się to udało. Pozostałym nie. Paru wyciągneliśmy stamtąd i mieli indywidualny tok nauczania, żeby już tu więcej nie przyjeżdżać. Jedni mieli przekopkę. Inni żaluzje na ryjach. Nikomu nie okazano litości. Chyba ich poyebało, jak myśleli, że będą tak walić w chooja dwa mecze z rzędu., To była rzeź niewiniątek. Jedna z najlepszych na mojej liście wszech czasów.
Nigdy nie dotarliśmy do the Netley. Do tego czasu wąsy już pokryły całą okolicę i latali jak wściekli. Dla wielu jednak było już za późno. Wkrótce do radiowozów dołączyły karetki i rozpoczął się masowy transport ofiar na ostre dyżury. Goście rozpoczęli oblężenie szpitalnych OIONów. Musiało tam być busy.
Sporadyczne walki trwały przez cały wieczór i jeszcze godzinę po zakończeniu spotkania, dwóch z Boro, zostało pociętych niedaleko Everton Valley.
Nagłówki gazet następnego dnia mówiły wszystko - "Dziesięciu pociętych podczas piłkarskiej rozróby". Tacy z nas byli zimni dranie.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-07-2018, 19:08 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
01-08-2018, 02:04 #13
West Ham
ICF zawsze przyjeżdżali do nas dobrą ekipą. Poniekąd byli trochę podobni do nas. Byli trochę inni niż reszta tych pokazowych bojówek z Londynu i z pośród cockney'owskich ekip, stawiam ich najwyżej. Odwiedziliśmy ich parę razy doborowym składem, ale nigdy nie zanotowaliśmy takich rezultatów jak na Arseanalu,Chelsea czy na Tottenhamie.
W latach osiemdziesiątych spadali co chwilę do drugiej ligi, po to, by za chwilę awansować z powrotem. Coś jak Chelsea. Po jednym z takich awansów, wjechali nam na trybunę Park End i byli pierwszą ekipą, która się odważyła na takie coś. Było nas tam ledwo setka, a ich wyjechało tam ze trzysta głów i wtedy psiarnia zamknęła bramki. Prawdę mówiąc, robili wtedy co chcieli.
Po meczu niewielka grupa od nich, próbowała zdobyć sławę i radzili sobie całkiem, całkiem. Ale nic poza tym. Dość powiedzieć, że czytałem ich opis tamtych wydarzeń i dostałem zajadów od śmiania, forsując mocno przepuklinę. Reszta ich ekipy zniknęła wtedy, rozpływając się niczym złoty sen jaki. Jak to zrobili, pozostaje ich słodką tajemnicą.
Następnym razem jak przyjechali, nie było już sztuczek ze znikaniem, tylko mrożący krew w żyłach horror. Gdyby rezultaty się wtedy poukładały mogło to być kluczowe spotkanie dla obydwu zespołów, ale się nie poukładały i mecz był o pietruchę. Ale oni wykupili wszystkie dostępne bilety i przyjechało ich parę koła.
Wszędzie było ich pełno. Przegoniliśmy sporą grupę przez całą County Road aż po Goodison.Zostawili po sobie bardzo dobre wrażenie, chociaż jak się później okazało to nie była nawet ich czołówka. Wkrótce poszła cyna, że ich główne siły, przybyły autokarami. Zaparkowali w Kirkby i kierują się pociągiem na Kirkdale. Typowa ICF. Zorganizowani niczym jednostki specjalne. Inne ekipy zaczęły otpierdalać takie sztosy, dopiero 10 lat później.
Czekaliśmy na nich wtedy "Pod dębem" i jakoś tak dziwnie wtedy wyszło. Dwie firmy stanęły na przeciw siebie i nic tylko mierzyły się wzrokiem. Chyba jedni i drudzy byli pod wrażeniem. My na bank, bo mieli konkret zgraję. Same wyrośnięte chłopy, żadnych szczurków. Przytyczyłem wtedy parę twarzy, co bardzo mi się potem przydało.
Na stadionie atmosfera naelektryzowana, jak rajty na doopie przeciągniętej po wykładzinie. Jeden z tych meczy gdzie włosy ci stoją przez 90 minut na karku, a pikawa może stanąć lada moment. Wiesz, że lada moment zacznie się dziać. Piłeczki golfowe, snookerowe bile, monety i lotki. Wszystko co potrafiło latać i mogło wyrządzić jakąś krzywdę, fruwało gęsto między sektorami. Co chwilę ktoś dobrze trafiony osuwał się na ziemię. Staliśmy tam gdzie była stara klatka a dziś jest sektor rodzinny. Dzisiaj pełno tam typów z dzieciakami, a w 85,ci sami kolesie stali tam ze sprzętem, czekając na okazję by móc pociąć przeciwników. Sektor rodzinny McDonald's, he? Bez jaj.
Po meczu ruszyliśmy drogą na tyły Park End. Spotkaliśmy się w połowie dystansu i oni doskoczyli do nas. Starliśmy się pod bramkami, ale wkroczyła psiarnia w rynsztunku i rozdzieliła obie agresywne bandy. Musieliśmy się wycofać na własną połowę. Na County Road.
Z góry ulicy dochodziła nas wrzawa i wiedzieliśmy, że tam też się dzieje. Rozkminiliśmy, że jak poczekamy tam cierpliwie, to będą musieli koło nas przechodzić. Nie było innej opcji. Nie mogłem uwierzyć memu szczęściu, gdy przyciąłem typa i jego czterech kumpli, z którymi walczyłem przed chwilą pod stadionem.
Miałem go podanego na talerzu, bo w naszej ekipie nie było żadnych czarnych i raczej nie można go było z kimś pomylić. W ciągu kilku sekund rzuciliśmy się w pościg. Pomykał z prędkością światła, ale czuł gorący oddech CRC na plerach. Na początku zignorowaliśmy jego ziomków, bo zależało nam właśnie na nim. Był dla nas za szybki, ale niepotrzebnie się odwrócił i wpadł pod nadjeżdżający samochód. Gdy przeleciał przez maskę, jeden z naszych podbiegł i pacnął go młotkiem w potylicę. A później w ruch poszły ostrza. Młody pies stał 10 stóp od całego zajścia, ale zdoopcył jak zobaczył co się dzieje, a my kontynuowaliśmy dziabanie, nie przeszkadzając nim sobie zbytnio. Nie zapomnę wyrazu twarzy tego młodego funkcjonariusza. Powinien pomóc ofierze, a nie rzucać się do ucieczki, ale takich socjopatów mógł powstrzymać tylko jakiś Harry Callahan. (Kibic West Ham, o którym tu mowa, nazywa się Peter Lawrence i cały ten incydent, któremu częściowo świadkowałem, jest też opisany w rozdziale 11.-autor)

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-08-2018, 12:25 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
01-08-2018, 10:00 #14
Wskoczyliśmy do miejskiego autobusu i odjechaliśmy w stronę centrum. Później jak przejeżdżaliśmy koło tego miejsca, w którym go dorwaliśmy, widzieliśmy obrys ciała kredą na asfalcie i myśleliśmy, że kolo zszedł. Gdy parę dni później usłyszeliśmy, że wyjdzie z tego, naprawdę żeśmy się ucieszyli. Nic osobistego. To był nieprzyjemny incydent dla całej sceny kibolskiej, ale nie mieliśmy żadnych nieprzespanych nocy z tego powodu. Było o tym we wszystkich gazetach, a typek, gdy już jako tako doszedł do siebie, wystąpił nawet w telewizji, apelując, by ktokolwiek kto może wskazać sprawców, zgłosił się na policję. Taki chooj. Nikt się nie zgłosił. Takie rzeczy to nie na Evertonie. Policja "wpadła na trop" , dopiero po emisji Crimewatch (odpowiednik polskiego 997),w którym omawiano tą sprawę i zawineli typa, który rozpowiadał na lewo i prawo, że brał w tym udział. Yebany debil, dostał 7 lat, a nawet go tam nie było.

Chelsea
Everton i Chelsea na przełomie lat 70. i 80., cieszyli się zażartą rywalizacją, po tym jak Chelsea zaliczyła znaczący sukces, masakrując nas w 79.na stacji metra High Street Kensington. Ja wtedy nie byłem, ale każdy ma swoją ulubioną historię w temacie tamtych wydarzeń. Moja jest taka, że zanim zaatakowali, typek z Chelsea wszedł do pociągu i poprosił wszystkie kobiety i dzieci o opuszczenie wagonów. Nie wiem czy to prawda, czy kit,ale lubię myśleć, że tak było. Możecie mówić co chcecie o Chelsea, ale mają napewno swój styl.
Pierwszy raz spotkałem ich dopiero parę lat później. W tamtym czasie, mieliśmy już liczną, wredną ekipę, tak samo jak oni i za każdym razem gdy dochodziło do spotkania, były fajerwerki. Oni już wtedy nazywali się Headhunters i było pośród nich kilku znanych gości. Spotkałem się z nimi przed Milk Cupem, który był rozgrywany u nas. CRC czekała na nich poupychana w pubach wzdłuż County Rd., bo spodziewaliśmy się, że będą tamtędy szli z Lime Street. Ale to były cwane skubańce i przyjechali paroma autokarami. Przyleciał do nas małolat-obserwator i rozgorączkowany, mówi, że parkują na Priory Road. Byli elegancko ubrani, bez policyjnej eskorty i rozdawali klapsy na lewo i prawo. W ciemnościach ruszyliśmy po cichu i w ich stronę i nagle Bang!! Wleźliśmy prosto na nich. Pierwszego co zobaczyłem, walnąłem prosto w ryj drewnianym tłuczkiem, który dźwignąłem ze skrzynki narzędziowej starego. Dobrze siadło, bo z Cockneya wystrzeliła fontanna krwi. To byli sami topowi zawodnicy, którzy nie cofali się ani o krok i całą drogę do stadionu, wybuchały starcie za starciem. Trochę to wszystko było zablisko obiektu i wkrótce zjawiły się siły porządku, kończąc całą zabawę. Gdyby to było trochę dalej od stadionu, pewnie skończyłoby się wiekopomną batalią, ale i tak zaliczyliśmy wyśmienitą brutalną potyczkę. U nas nie prędko zapomnimy o Kenny High Street.
Parę lat później, gdy całe dowództwo Chelsea zostało zamielone w wyniku policyjnej operacji o kryptonimie "Jakimś tam", podczas procesu ,dowodem były zapiski prowadzone przez Terry'ego Lasta (gość odpowiedzialny za strategię Headhunters na początku lat 80.).Można tam było przeczytać, że podczas jednej z wizyt na Goodison, dostał przed meczem drewnianym tłuczkiem prosto w ryj. Kochałem to czytać.
Innym razem,po niedzielnym bezpłciowym meczu zakończonym remisem, siedzieliśmy w Blue Housie obserwując jak eskorta odprowadza ich na Lime Street. Gdy cały konwój ruszył w lewo w kierunku autobusów, które miały ich zabrać na dworzec,mała, ale śmiała ekipka odbiła w prawo i ruszyła w stronę Goodison Road. Przyciąłem jednego z nich. On spojrzał na mnie i wycedził:"No dawaj Mickey!" Spojrzałem na niego nie kumając ocb. Myślałem, że mnie z kimś pomylił. Dopiero później dowiedziałem się, że w ich cockney'owskim slangu Mickey mouser, oznacza scouser. Co za łby.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-08-2018, 13:33 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
01-08-2018, 16:13 #15
Wiedziałem, że jak zaczniemy pod stadionem, to skończy się za szybko, tak jak ostatnio. Więc namawiałem go, żebyśmy odeszli kawałek. 200 yardów zrobiłoby robotę i zabawa by się zaczęła. Widziałem po jego twarzy, źe nie bardzo ma na to ochotę. Te pięć dych od nich zaczęło jakoś tak zwalniać, jakby złapali zadyszkę. Już wtedy wiedziałem, że paru z nich zachwilę otworzymy precyzyjnymi cięciami. 200 yardów, to było dla nich o 100 za dużo. Pod pubem Winslow puściły im nerwy i przyatakowali. To był przypał z ich strony, bo wiedzieli, że psy są w pobliżu. Jedną ulice dalej i bylibyśmy sam na sam, ale oni się posrali. Jeden koleś na przedzie yebnął we mnie kompletną dachówką, ale zdążyłem się schylić. Od kopa doskoczyłem i zacząłem go chlastać. Po klacie i po nogach, żeby padł na glebę. Zaczął wrzeszczeć, żeby zaalarmować swoich ziomków, ale im też się doopa zmarszczyła i go zostawili. Oni zresztą też zostali przechwyceni. Zaliczyli przekopkę i essa-essa. Jeden wielki, tłusty typ co trzymał się z tyłu dostał kawałem dechy i zaliczył glebę. Było mi dane zobaczyć wtedy chyba najdziwniejszą rzecz jaką widziałem na meczu piłki nożnej. Gdy próbowałem go rysnąć w kark, ostrze wygięło się i pękło z brzękiem. Straciłem szansę na hat-trick tego dnia, więc ziomek podbił, żeby mu zrobić piękny sznit. Brzdęk. To samo. Złamane ostrze. Musiał mieć skórę jak krokodyl nilowy. Wrzeszczał, że nie jest chuliganem, żeby go zostawić, więc w końcu odpuściliśmy i nawet pomogliśmy mu wstać. Je.bany farciarz.
Dużo mniej szczęścia miało dwóch, których zdybaliśmy pod the Netley. Myśleli, że im się udało, jakie dobiegli do zaparkowanej fury. Ruszyli z pichami i z okrzykiem "Scouse cunts!". Kilkadziesiąt metrów dalej utkneli w korku. Jeden z naszych dopadł do auta, uchylił drzwi od kierowcy i poderżnął mu gardło. Typ zaczął bulgotać dławiąc się własną krwią. Przyznam, że nie spałem po tym kilka nocek, bo wyglądało, że chłop tego nie przeżyje.

Leicester City
Pojechaliśmy tam kiedyś dwoma nieoznakowanymi busami Lutona. To był 1985 rok. Sezon wcześniej grupa naszych miała na ich trybunie zażartą, nierozstrzygniętą batalię. Więc pojechaliśmy tam dokończyć i rozstrzygnąć. Przyjechaliśmy koło południa i 30 naszych z przedłużaczami, ruszyła w miasto, gotowa na wszystko. Gdy doszliśmy do sklepów na małym ryneczku, okolica wyglądała jak centralny bazar Pakistanu. Jako, że mamy w szeregach kilku prawicowców, jazda zaczęła się momentalnie. Bronili się wściekle. Jeden dostał taką pytę, że już sztywny przeleciał przez stoisko owocowo-warzywne, opuszczając ring na dobre. Niemogli go dobudzić i wkrótce wąsy zalały całą okolicę. Dwóch od nas od razu zamielili, a resztę ustawili pod ścianą. Koorwa. Nie po to żeśmy tam przyjechali. Chcieliśmy chłopaków z Leicester. Zostaliśmy odeskortowani na stadion, z którego po chwili wyszliśmy główną bramą i zaatakowaliśmy ich bandę. Zwiatrowali się po krótkiej walce. Znów paru zatrzymanych i nasza skromna, zwarta ekipka z minuty na minutę stawała się coraz skromniejsza. A mecz się nawet nie zaczął. Wygraliśmy 2:1,po dwóch golach Andy'ego Graya i był to początek zwycięskiej passy, która zawiodła nas aż do mistrzostwa.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-08-2018, 22:18 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
02-08-2018, 01:13 #16
Wyszliśmy tuż przed końcem i wkrótce oddaliliśmy się od stadionu. Od razu wpadliśmy na Leicester. Zaraz się zerwali i ścigaliśmy ich w stronę centrum. Trochę nam było nie po drodze, bo nasze vany były zaparkowane w przeciwnym kierunku. Trudno jednak obwiniać Leicester o brak współpracy. Paru z nich, zmieszało się z nami i powiedzieli nam, żebyśmy szli aż do stacji. To była uczciwa propozycja, ale wtedy jednemu z nich, zupełnie niepotrzebnie wymsknęło się:"Zaj.ebiemy te koorwa jak tam dojdą."W tamtym momencie, to był najgorszy dobór słów z możliwych. Chyba myślał, że jesteśmy z Leicester. Nim skończył mówić" dojdą"już był chlastany. Krzyż na mordę, a jego ziomki zaciekle atakowani.Ale czego więcej się spodziewali.
Doszliśmy do stacji, lecz tam nas znowu przejęły psy i powiadam wam, przechodzili ostatnie stadium wścieklizny. Chcieli się za wszelką cenę dowiedzieć kto pojechał na ostro. Staliśmy tylko i patrzyliśmy w dal, wzruszając ramionami. Ale to ich nie wzruszało. Wręcz przeciwnie. Wkoorwiali się jeszcze bardziej. Chłopaki z Leicester też na nas się pogniewały. LOL. Ubliżali nam. Nazywali "Scouse bastards". Teraz to sobie mogli, jak już zrobiliśmy swoje. . Cwaniaki zza pleców policji. Pokazali się jak ostatnie łajzy, biegając z psami i próbując przybić cokolwiek któremuś z naszych. Frajerstwo. Nikt się nie pobrudził, tylko paru dostało grzywny za zakłócanie i walki. Nic wielkiego. Czekaliśmy aż wyjdą za kaucją. Zeszło do 9.Przez ten cały czas mieliśmy starcia z czarnuchami na okolicznych ośkach. To był dobry dzień.
Możnaby opowiadać długo wspaniałe historie o CRC. Ale po co? Dla mnie one wszystkie są podobne. Przyjeżdża ekipa na Everton. My ich tniemy. To nie jest magia ani chemia molekularna. Życie. Proste jak budowa cepa.
Zaliczyliśmy Gordies. Jedni i drudzy, Newcastle i Sunderland, pochlastani w Blue Housie. W tej samej knajpie, w 85., szlachtowaliśmy Grimsby. Villa też oberwała ostro przed i po ćwierćfinale Milk Cupu w 85. ,ale trzeba przyznać, że dobrze się pokazali. Spurs w 84.Otwarcie sezonu i dwóch pociętych pod bukmacherem na Goodison Road. To niezawsze były Stanleye. Dwóch z Leeds, co ścigaliśmy wzdłóż torów kolejowych w 85.,ogoliliśmy piłkami do chleba. Uwierzcie nie było łatwo i parę razy ich zacięliśmy. Dość poważnie. Ale niechcący. Ha, haha. Również w tej samej edycji Pucharu, trzech z Luton zostało podziurawionych scyzorykami. To była powtórka, bo tam był remis i rewanż za chłopaka od nas co tam wyłapał kosy. Zawsze byliśmy górą, albo przynajmniej na zero. Zapytajcie tych z West Brom.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-08-2018, 01:20 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
02-08-2018, 13:02 #17
Obie ekipy z Manchesteru, mogłyby napisać książkę poświęconą wyłącznie sprawom nożowym, pomiędzy nimi a nami w latach osiemdziesiątych. Pamiętam jak typowi yebnąłem maczetą z 24 calowym ostrzem. To było jednego sezonu, przed pubem na Old Trafford. Ale uwierzcie mi. Oni przez te lata też paru Scousers'ów ładnie poszatkowali. To była niebezpieczna zabawa. Ale nas cieszyła.
Teraz już rzadko chodzę. Wszystkie te policyjne listy, "Pierwszy do zawinięcia", przerażają mnie trochę. I te rzadkie kupy w czapeczkach Burrberry, to jakiś żart. Myślą, że są na wybiegu u Toma Forda. Miałem swój czas, który już minął. Kochałem atmosferę sobotniego popołudnia. Oddychałem nią. Ale zawsze wolałem wieczorne mecze w środku tygodnia i naszą ulubioną piosenkę:
Ten past nine is stubbing time.
Ten past nine is stubbing time.
Teeeen past nine is stuuubbin' time!

Rozdział 3.
Manchester United

jingle bells
Kolo z Manchesteru City, niejaki Mickey Francis, trafił w punkt, gdy w swojej książce "Guvnors", napisał, że w latach 70. i 80.,rywalizację jaka panowała pomiędzy naszymi miastami, można porównać tylko z tą pomiędzy tymi religijnymi czubami, co chodzą na Celtic i na Rangersów. Miał też 100% racji, gdy napisał, że byliśmy najlepszą grupą (Everton) z jaką przyszło im się zmierzyć. Dzięki Mickey za ten komplement, niestety nie mogę się zrewanżować tym samym. My tutaj bardziej cenimy United.
Sezon w sezon przywozili do nas olbrzymią bandę. Hordy. Prawdziwa armia. Nie raz widziałem tłum 1000 głów, same chłopaki, maszerujący na nasz stadion. Bez cienia przesady. Tak było.
To nie były żadne stada Januszy demolujących miasta. To byli sami big-hitters z Salford i inne zakapiory, co dwa razy do roku wyłażą ze swoich zalanych deszczem nor, gdy przychodzi pora polowań na Scousers'ów. Była ich moc. Zawsze.
Pierwszy raz, kiedy miałem wątpliwy zaszczyt spotkania z tą tzw. Armią Czerwoną, to był Boxing Day (w Szczepana) 1977 roku. Przyjechało ich dobre pare koła i generalnie łazili sobie wszędzie jakby byli dajmy na to na jakimś Southampton. Jakby tego było mało, Everton był drugi w tabeli i ścigał Forest, a MU pętało się gdzieś w okolicach strefy spadkowej. Mimo to zrobili nas 6:2 i cały mecz na okręta śpiewali "Jingle bells". Po meczu po raz pierwszy widziałem jak policja trzyma przyjezdnych na sektorze. Ale do dzisiaj nie mam pewności, kogo oni wtedy ochraniali. Niewielu w tamtych czasach ważyło się na wyjazd tam do nich. Do Armii Czerwonej. Szło się tam posrać, a oni byli najsłynniejszymi futbolowymi chuliganami na świecie.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
02-08-2018, 19:55 #18
Jedno jest pewne tamta ekipka zatrzymała by każdego dzwoniąc dzwonkami, albo zębami. Przeciwników oczywiście.
Jak już wspomniałem, niewielu miało odwagę, pojawić się na ich terenie. Ja jednak się wybrałem pod koniec tego sezonu. Mój pierwszy raz. Everton niewiele sobie robił z ich reputacji. Nie dość, że wybraliśmy się tam dobrą bandą to jeszcze jeden wariacik wziął flagę z napisem MUNICH 58'. Równo z pierwszym gwizdkiem wywiesiliśmy ją na płocie, ale spadła szybciej niż samolot, w tamten smutny dzień w lutym 1958 roku. Cały stadion, z wyjątkiem naszych sektorów pod zegarem, momentalnie eksplodował nienawiścią. Miejscowe psy próbowały przechwycić trans, ale nie było łatwo na dobitym sektorze, a my sprawnie przekazywaliśmy rozciągnięty baner z rąk do rąk. Ten typ, autor tej flagi, do dziś trzyma ją skitraną na strychu. Po tych cyrkach, nas trochę dojechali, ale byliśmy tam bandą i pokazaliśmy, że chooj wbijamy w tą całą ich reputację. Niewiele ekip mogło wydać tego typu oświadczenie. To był początek dwóch dekad wzajemnej nienawiści. Na poziomie, który przełożył się na taką liczbę podźganych, że jestem pewien, że żadna inna futbolowa wojna tylu nie widziała.

Narodziny Scally
Jeszcze raz w tym sezonie, pojechaliśmy tam na ćwierćfinał Pucharu Ligi. Wygraliśmy 3:0 i po meczu zostaliśmy za to proporcjonalnie ukarani. Jednak ten wpjerdol był pewnego rodzaju punktem zwrotnym. Następny rok to był już początek ery casuals,jak to nazywają do znudzenia. My mówimy Scally era. Nieważne, co młode manc'i będą ci wciskać po paru shandies bijąc się w cycki. W sezonie 78/79, obie ekipy z Liverpoolu odwiedziły Old Trafford w ekipach 500 osobowych, gdzie znacząca większość, miała grzywki zczesane na bok, rurki Lois i adaśki Stan Smith. Widok tych grup ścigających manc'ów w glanach, odzianych w barwy od stóp do głów, ostatecznie rozprawia się z mitem, że to Manchester jest kolebką subkultury Casuals. Minął dobry rok, zanim wiara stamtąd, przerzuciła się z wełny na bawełnę. Pamiętam, że jeszcze w 82 lałem się z nimi i najdzielniejszy typ od nich, miał długą skórę, którą musiał kupić w latach siedemdziesiątych na jakimś targu staroci. To był ostatni raz jak ją nosił. Uratowała mu doopę, bo kosałkami przerobiliśmy ją na bombera.

Jobe
Szczyt napięć pomiędzy nami i MU nastąpił w 82.,kiedy w listopadzie w cztery stówy wybraliśmy się na środową kolejkę na Old Trafford. Przed meczem spokojnie jak przed burzą. Na mieście psy otoczyły nas liczną i troskliwą eskortą, towarzysząc nam w drodze na stadion. Tuż na końcu Warwick Road przedarliśmy się przez niebieskich i ruszyliśmy na United rozganiając ich po całym placyku pod bramkami. Wszyscy skandowaliśmy:"Mu-nich" i był tam naprawdę niezły kocioł. Chyba nie widzieli jeszcze, żeby ktoś sobie tak u nich pozwalał.
Everton przegrał 2:1i wtedy po raz pierwszy przetestowaliśmy coś, co przez najbliższe 10 lat było stałą pozycją w naszym programie. Czekaliśmy i wychodziliśmy jako ostatni. Trzymaliśmy się tuż za główną grupą i wszystkimi doczepkami. W pewnym momencie.,pozwoliliśmy zwykłym fanom kontynuować ich radosną podróż do domu, a sami zrobiliśmy lewo zwrot na łapie i udaliśmy się na spotkanie być może czołowej firmy na krajowym rynku.
W Manchesterze, jak szukasz to znajdziesz. Zawsze znajdzie się tam grupa w nastroju na sparing. Może nie pierwszy garniak, ale w takich miejscach jak kozaczysz, to nawet dewotki będą się modlić w intencji, żeby ktoś ci pociął doopę, a one wtedy miłosiernie wleją ci ocet w rany.
Nie minęło długo, a już wymienialiśmy ciosy ze śmietanką United. Zdobywaliśmy nawet przewagę. Zaczęli się dzielić na mniejsze grupki i paru takich oddzielnych spotkaliśmy pod Toll Gate. Tu cię mam. To tutaj doszło do pochlastania, które zszokowało cały piłkarski świat. Dziarski, 19 letni czarny chłopak, o imieniu Jobe, Jobe Henry, został dosłownie poszatkowany jak kapusta w beczce. 6 ran ciętych, ponad 200 szwów.
Ta historia była we wszystkich gazetach. "Smutny koniec kariery, młodego, obiecującego boksera, zrujnowanej przez tchórzliwego bandytę z przedłużaczem, mieniącego się kibicem Everton FC." Mieliśmy wtedy Stanleye, tak samo jak oni. Przynajmniej jeden z nich. Trzeba przyznać, że to był dobry lad, wpadł, bo ziomuś go zostawił. Też chciał się wymknąć ,ale wyłapał dobrego czopsa, na punkt. Nikt nie zasługuje na takie essa-essa, ale jakby się nie trzymał z ich bandą, to by go to nie spotkało. Mnóstwo rasistowskiego gówna doklejono do tej sprawy, ponieważ ofiarą był czarny. Gówno prawda. To nie miało nic wspólnego z kolorem skóry. Była też plota, że sprawca wyciął mu na plecach EFC. Następna bzdura,bo ten gość jest akurat niepiśmienny.
To był początek wycinki i rąbanki, która ciągła się przez następne 10 lat. Wynik stale był śrubowany przez bandytów. I tak, nie zaprzeczam. Pewna liczba niewinnych ofiar, ucierpiała po obu stronach,lądując na ostrym, gdzie gruba pielęgniara, nawkekała igłę i "szczerze" ci współczuła. A potem szła do swojego internatu i rozkładała nogi przed młodym doktorkiem, dłubiąc w zębach i narzekając, że Fundusz Zdrowia marnuje kasę na taki margines jak ty. Sezon za sezonem. Z United cały czas na ostro. U siebie i na wyjazdach. Ostra jazda. Najgorzej było w sezonie 84/85. Za każdym razem armagedon. A nie fartownie dla bojaźliwych, graliśmy z nimi aż cztery razy.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-08-2018, 20:14 przez the Painter.



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
02-08-2018, 22:35 #19
Na kozaku
Pierwszy mecz był na Goodison i dwie stówy od nich jakosik dostało bilety na Main Stand. Przyjechali autokarami i przed meczem kitrali się cichutko w przyczajce, po czym jechali z nami na trybunie przez całą pierwszą połowę. Everton szybko puknął trzy i tam na krzesełkach była zwykła czystka etniczna. Masowy mord. Była nas tam tylko garstka i nie braliśmy sztycha. Nawet nam się nie śniło.
Zanim żeśmy to ogarneli jako tako w przerwie, wjechali nam do Tea Baru i znów musieliśmy się wycofać. Prawdę mówiąc to byli tam jak u siebie, chociaż stracili trochę w naszych oczach, jak zaczęli jechać z emerytami stojącymi w kolejce po czaj. Pamiętam zlew, jaki mieliśmy z trzech czarnych typów od nich, którzy spóźniali się trochę za główną grupą. Utknęli na schodach nie mogąc się przedrzeć do swoich, bo nasi co byli na górnej trybunie zaczęli ich raczyć rzęsistym złotym deszczem. Cofnąć się też nie za bardzo mogli, bo za nimi byli nasi. Zażywali więc złocistego shower'a z nienajszczęśliwszymi minami. Może mieli udany dzień, ale tym trzem trochę go im zrujnowaliśmy. Jak wy byście się czuli olani? Śmiedząca sprawa. Jeden pies przykukał nasze harce i wślizgnął się yebany na górny poziom. Zamielił ziomka, który przeholował z Ale i nie zdążył zakręcić kurka. Tak na marginesie, Man. Utd. był wtedy na drugim, a my na czwartym miejscu i pojechaliśmy po nich 5:0.Po meczu już nie pokazali zbyt wiele, ale w ich mniemaniu, nie musieli.

Samobój
Tylko cztery dni musieliśmy czekać na szansę do rewanżu. Szczęśliwy traf podczas losowania w Pucharze Ligi i spotkanie na ich terenie. To był jeden z tych wieczorów, kiedy wszystko co może się spierdollić, pierdolli się, a cała reszta kończy się kompletnym fiaskiem.
Początek dnia, zbiórka. Zwarta SPEC-GRUPA . Bang! Zróbmy the MUnich! I trans z napisem "JOBE, JAK TWOJE PLERY?", powiewający pod zegarem. Sprzedaliśmy 16 tys. biletów i jak łatwo się domyślić rozrzedziło nas w takim morzu ludzkich głów. Recepta na katastrofę wypisana. Wygraliśmy wtedy 2:1, dzięki golowi Johna Gidmana, który chyba zapomniał, że go sprzedaliśmy do United i w doliczonym czasie rąbnął swojaka, wysyłając morze Niebieskich pod siódme niebiosa. Nie ma nic piękniejszego niż zwycięski gol w ostatniej minucie, ale może mieć to też skutki uboczne, w zależności od czasu i miejsca w którym przebywasz. To nie był jedyny samobój strzelony tego wieczoru. Równo z ostatnim gwizdkiem wypaliśmy z rakietnicy i wypruliśmy ze stadionu w przekonaniu, że nic nas nie powstrzyma tego wieczoru. Po za naszą własną głupotą. I to była podstawowa przyczyna naszej porażki. Czasem udawało nam się przechytrzyć samych siebie. Czasem gdy idzie nam za dobrze, opuszczamy gardę i zawsze wtedy paru ucierpi, przyjmując w głowę serię zastrzyków mocy, albo gorzej.
W takim tłumie ciężko było utrzymać wszystkich chłopaków w kupie i przeróżne składy od nas i od nich, toczyły bitwy przez całą drogę aż do Oxford Road, do Piccadilly Station. Nasza ekipa liczyła jakąś stówę, ale brakowało nam kilku kluczowych graczy. Ruszamy boczną uliczką wzdłóż kanału mając nadzieję, że zgubimy sierżanta Ploda (zwyczajowa nazwa funkcjonariusza policji, w Liverpoolu i okolicach) i jednocześnie znajdziemy ich chłopaków. Niestety obie misje się powiodły. Następnie ponieśliśmy klęskę. Wpadliśmy w łapy dobrej, a raczej bardzo złej, ekipy weteranów United. Starych wyjadaczy, którzy zjedli zęby w dziesiątkach walk. Zasypali nas ciosami i w jednej chwili, wiosłowaliśmy ostro z powrotem w górę kanału. Na nasze szczęście nikogo nie pociachali, co zapisujemy sobie po stronie osiągnięć. Wiedzieliśmy, że jak ktoś się wyłoży,to zostanie złożony jako ofiara na ołtarzu mr. Henry'ego. Oprawiona w podobnym stylu. Właśnie zaczynaliśmy śledztwo i przesłuchania w sprawie - Czyja to była wina? - gdy na horyzoncie zaroiło się od typów. Jako, że sierżant Plod kontrolował w miarę tych zwyrodnialców, którzy dopiero co nas pogonili, postanowiliśmy połączyć siły z nowo przybyłymi i chociaż poćwiczyć sobie "ratowanie twarzy" atakując tych zgredów z MU. Zbliżaliśmy się do nich zwalniając z każdym krokiem. Nie mogliśmy wśród nich wypatrzyć ani jednej znajomej twarzy. Powoli zaczęło do nas docierać, że za chwilę poziom gówna w jakim tkwimy, sięgnie naszych uszu. Oni już się zjarzyli, że jesteśmy z Evertonu i migiem ruszyli na nas. Brutalna rzeczywistość, nieprzebierając w środkach, obudziła nas z makabrycznego koszmaru. Nigdy więcej nie widziałem dwóch tak potężnych ekip z jednego klubu jednocześnie i w przeciągu kilku minut zostaliśmy przekopani solidnie po raz drugi. Manc'i rzucali w nas wszystkim co wpadło im w łapy. Traciliśmy teren, mieliśmy rannych, ale trzymaliśmy fason. Postawiliśmy się lepiej niż poprzednio. Poniekąd, bo nie mieliśmy innego wyjścia. Pomogło też to, że jeden z naszych miał rakietnicę, którą nie tylko ich trochę przystopował, ale przede wszystkim zawiadomił psy, które ostatecznie wybawiły nas od niechybnej egzekucji z rąk United. Psy zanosiły się ze śmiechu patrząc jak liżemy rany.

ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.

the Painter
Liczba postów:756 Reputacja: 1,880
03-08-2018, 02:22 #20
Ale najbardziej bolała tamtego wieczoru zraniona duma.Chuligani piłkarscy to dziwny gatunek. Mimo, że wygraliśmy z nimi dwa razy w ciągu tygodnia, wyszliśmy na lidera i zrobiliśmy znaczący krok w stronę Wembley, nastrój w pociągu powrotnym był jak po spadku. Wiele ekip patrząc na taki podwójny akt pocieszałoby się że nie jest tak źle. Że przynajmniej ... Ale nie my. Byliśmy tam jako jedna z niewielu firm. Mieliśmy szansę ich ustawić. Zamiast tego, oni pokazali nam miejsce w szeregu. Dostaliśmy pstryczka w nos. Jak gówniarze odstawieni za ucho do kąta. To był powód do wstydu dla większości chłopaków tłukących się z powrotem do domu, w składzie bydlęcych wagonów, które Brytyjskie Koleje śmiały nazywać pociągiem specjalnym. Szczególnie dla tych przemoczonych, którzy ratowali się skokiem do kanału, albo po prostu zostali tam wrzuceni.
Wielu chłopaków brakowało w tym pociągu. Gdy wysiedliśmy na Lime Street, wyjaśniło się dlaczego. Wciąż parę setek spacerowało sobie w grupach wokół dworca, podnieconymi głosy wymieniali się wrażeniami. Ku naszemu osłupieniu okazało się, że walczyli z jeszcze inną grupą United, całą drogę na dworzec i ogólnie to jechali z nimi. Nasza banda takiego farta nie miała i przez następne tygodnie trwało śledztwo, kto jest odpowiedzialny za sytuację do której tam doszło. To była lekcja do nauczania, że niezależnie od sytuacji grupa bojowa musi trzymać się razem do samego końca. Wykuwaliśmy tą lekcję przez 6 miechów, po czym zrobiliśmy dokładnie to samo na Chelsea.

Przyszłość mamy jasną,
ale nie w pomarańczach.
Każdy zasługuje na odrobinę farta w życiu. Jakieś przełamanie, albo chociaż chwilę przerwy. To był dzień, kiedy uwierzyłem w Boga i wykorzystałem cały limit szczęścia. Nie na jedno, a na dziesięć żyć. To było pewne, że rewanż na Old Trafford będzie obfitował w zajścia i incydenty. Jasnym było, że Man. United to już nie jest stado prostaków w bluzach z trzema gwiazdkami. Wciąż wierzyliśmy, że przy równych siłach są do zrobienia. Ale musieliśmy to udowodnić. Wciąż mieliśmy się za najwredniejszych, jeśli nie najliczniejszych w okolicy. Jeśli wiesz, że będzie ciekawie, lepiej nie zakładać na mecz nic co by cię wyróżniało z tłumu. Żałuję, że nikt mi nie udzielił tej cennej rady, zanim wsiadłem do pociągu wyruszającego o 10.50 z Lime Street w stronę Manchester Piccadilly,razem z trzema pierwszymi setkami w rankingach Evertonu. Zamiast niewinnego granatowego sweterka z krokodylkiem, czy jakiejś stonowanej papy, czarnej lub brązowej, nie. Ja musiałem się wychylić w pomarańczowym kangurze Hugo Bossa. Przeboss był ze mnie..
Jak to zwykle bywa, na miejscu otoczył nas szybko opieką, dzielnicowy Dibble. Tak manc'i mówią zwykle na swoich psów. Zadbali, żebyśmy nie sprawili zbyt wiele problemów przed meczem. Everton był już na ostatniej prostej do majstra i zapełniliśmy cały Away End. Odwrotnie niż dzisiaj, w tamtych czasach niewielu pasjonatów piłki jeździło na wyjazdy. 90% na naszej trybunie, to były chłopaki.


ŚWIEŻO MALOWANE



"CUZ I'M GIFTED, I'VE READ SUN TZU."

I niech dupysię kręcą, aż nastanie świt.






Skocz do: